Komentarz
Dawno, dawno temu wakacje w mieście były karą. Wszyscy wyjeżdżali nad morze, w góry albo „do babci na wieś”, a człowiek zostawał skazany na trzepak i topniejący asfalt. Dziś sytuacja się odwróciła. Rano Orientarium, po południu EC1, wieczorem kino plenerowe. Następnego dnia warsztaty robotyki, park linowy i lody w Manufakturze. Trzeciego dnia Aquapark Fala, bo przecież dziecko musi odpocząć po odpoczynku. Współczesne wakacje w mieście przypominają trochę wyjazd all inclusive. Różnica polega na tym, że zamiast opaski na ręce mamy kartę miejską, a zamiast walki o leżak przy basenie poszukiwanie miejsca parkingowego. Paradoksalnie coraz częściej okazuje się, że największą atrakcją wakacji jest dzień, kiedy nie dzieje się absolutnie nic. Dziecko leży na trawie, rodzic siedzi obok, telefon milczy, a kalendarz świeci pustkami. I wtedy wszyscy przypominają sobie, że wakacje wymyślono nie po to, żeby zdążyć wszędzie, ale żeby czasem nigdzie nie musieć zdążyć.