Julia Roberts jest jedyna i niepowtarzalna. To, co nas łączy, to na pewno te kręcone włosy, bez których nie wyobrażam sobie Vivian. To jej znak rozpoznawczy! Burza loków! Ale nie skupiam się na tym, żeby być drugą Julią, bo to chyba byłoby nieciekawe. Pokażę swoją Vivian. Mam nadzieję, że też będzie jedyna i niepowtarzalna – mówi Malwina Kusior, odtwórczyni głównej roli w przygotowywanym przez Teatr Muzyczny w Łodzi przedstawieniu musicalu „Pretty Woman”.

LIFE IN Łódzkie: Jaka będzie Pani Vivian?

Malwina Kusior: Na pewno nie kopią Julii Roberts z filmu „Pretty Woman”, choć przyznam, że to pierwowzór doskonały, ale film rządzi się swoimi prawami, teatr
swoimi, a teatr muzyczny jeszcze innymi. Muszę pamiętać o tym, że występuję w musicalu, a nie na filmowym planie. Na scenie śpiewamy i tańczymy. Tymi środkami artystycznymi wyrażamy emocje, opowiadamy historię, dajemy widzowi na dłoni swoje cierpienia i radości. Poza tym chcę wykreować Vivian po swojemu. Dlatego często śmieję się, że jedyne, co mamy wspólnego z Julią Robert, to długie, kręcone włosy. I zapewne na nie też uwagę zwrócił reżyser przedstawienia Jakub Szydłowski. A wracając do Vivian i jej osobowości: to dziewczyna taka, jak ja. Marząca o tym, aby coś w życiu osiągnąć. Jest spontaniczna, dziewczęca, ja też czuję, że taka jestem. Nie chcę tworzyć kopii, kreuję tę postać po swojemu.

Wspomniała Pani, że tak jak Vivian lubi marzyć, o czym więc zawsze Pani marzyła?

O wielkiej sławie (śmiech). Marzenia w życiu każdego człowieka to wielka siła, która ciągnie do tego, żeby spełniać się i być szczęśliwym w życiu. Gdyby nie one
to pewnie byśmy teraz nie rozmawiały. Te marzenia, które mam w sobie, nawet jeśli ich teraz nie spełniam, to wiem, że są i codziennie kolejny k rok zbliża mnie do ich realizacji. Gdy byłam małą dziewczynką, marzyłam, żeby się znaleźć na wielkiej scenie i śpiewać jak Edyta Górniak. Na wielkiej scenie się znalazłam i śpiewam jak… Malwina Kusior.

Śpiewa Pani, odkąd pamięta?

Śpiewam od zawsze.

To rodzinna tradycja?

Nie nazwałabym tego w ten sposób. Śpiewałam razem z siostrą. Jestem młodsza od niej, więc była dla mnie idolką. Jak to młodsza siostra, zgapiałam większość tego co ona robiła. No i zaczęły się konkursy, festiwale, w których chętnie brałam udział. Podczas jednego z nich, który odbył się w Wadowicach, zdobyłam Grand Prix i pojechałam na warsztaty muzyczne do Bielska-Białej. Na ich zakończenie jako ostatnia zaśpiewałam piosenkę Mariah Carey „Emotions”, w której ona wydobywa z siebie dźwięki tak wysokie, jak – śmieję się – nietoperze. No i po wykonaniu tej piosenki podszedł do mnie Maciej Pawłowski, ówczesny kierownik muzyczny Teatru Roma i powiedział: „Dziewczyno, co ja mam z tobą zrobić”.

Pomyślała Pani, że pewnie już pora wracać do domu?

Zapytałam: „O matko, aż tak beznadziejnie?”. Zaśmiał się i spytał moich rodziców, czy przywiozą mnie do Teatru Roma w Warszawie. Podskoczyłam z radości. Miałam wówczas tylko szesnaście lat.

Rzuciła Pani szkołę i przeprowadziła się do Warszawy?

Nie. Uczyłam się w liceum w moich rodzinnych okolicach i co dwa tygodnie dojeżdżałam do Warszawy, żeby śpiewać w chórkach w musicalach „Koty” i „Miss Saigon”. A dwa lata później odbył się w Romie casting do „Tańca wampirów”. Opiekę artystyczną nad przedstawieniem miał sprawować Roman Polański. Pomyślałam, że spróbuję. Jak wyjdzie, to wyjdzie, a jak nie, to nic się nie stanie. Nie musiałam walczyć o rolę za wszelką cenę. Chyba brak świadomości, że to wielka szansa sprawił, że podeszłam do tego na luzie i wygrałam.

„Taniec wampirów” bez wątpienia był kamieniem milowym w Pani karierze. Jak wspomina Pani pracę przy tym spektaklu?

To niezapomniany czas. Pełen wrażeń, ale przede wszystkim ciężkiej pracy. To tak, jakby mnie ktoś wrzucił na głęboką wodę i kazał się na niej utrzymać. Opłacał się wysiłek, który włożyłam w przygotowanie roli Sary. Do dziś zbieram tego owoce.

A jakie wrażenie zrobił na Pani Roman Polański?

Roman Polański to bardzo miły i konkretny człowiek. Wie, czego chce i nie idzie na łatwiznę. Jeśli jest do czegoś przekonany, po prostu to realizuje. Jednym słowem: profesjonalista. Bardzo się cieszę, że dane było mi spotkać go na mojej zawodowej drodze.

Która z dotychczasowych ról była najważniejsza?

Każda moja główna rola wniosła do mojego życia artystycznego bardzo dużo. Sara z „Tańca wampirów” była wyjątkowa, to był mój początek, spełnienie marzeń i w dodatku pod pieczą artystyczną cenionego na całym świecie reżysera. Éponine z „Nędzników” to jedna z moich ukochanych ról. Można powiedzieć, że ja i ona byłyśmy w tym czasie jednością. Tak samo nieszczęśliwe w miłości na scenie, jak w życiu prywatnym. Staram się te moje własne przeżycia jakoś przekazywać
postaciom, które gram, bo tak naprawdę to życie nas kształtuje. Każda z moich dotychczasowych ról stworzyła podwaliny pod rolę Vivian. Śmiejemy się z dziewczynami, że przez te trzy miesiące prób codziennie budzę się i jestem Julią Roberts… 24 godziny na dobę. Pracuję ciężko i staram się, bo to wielka, odpowiedzialna rola. Śmiało mogę chyba powiedzieć, że największa rola, którą mi dano wykreować.

Pierwszy raz na scenie Teatru Muzycznego w Łodzi?

Tak, to mój pierwszy występ w łódzkim teatrze. Ludzie są tu znakomici, mają takie samo poczucie humoru jak ja, mają cierpliwość, szacunek do drugiego człowieka. Śmiejemy się i płaczemy razem, tworzymy bardzo dobry i zgrany zespół.

Scena teatralna to nie wszystko, jest jeszcze scena muzyczna…

W 2011 roku pojawiła się moja płyta „Przeznaczenie”. Od jakiegoś czasu przygotowuję materiał na nową i mam nadzieję, że niedługo się nią pochwalę. Teraz jednak w głowie mam jedynie Vivian. A tak naprawdę w moim przypadku scena teatralna i muzyczna to jedno, bo musical to takie trzy w jednym – śpiew, taniec i aktorstwo.

Co jest dla Pani w życiu najważniejsze?

Chyba miłość.

A jest teraz?

Nie ma i przyznam, że wciąż marzę o takiej miłości, która uskrzydla, sprawia, że od razu człowiek czuje się lepiej i góry może przenosić. O miłości pełnej namiętności i romantyzmu, ale też szaleństwa i pozytywnych wibracji. Miłość to piękna rzecz i wydobywać ma z nas to, co najlepsze.

Jak odreagowuje Pani stresy?

Idę spać. Podczas snu najlepiej się regeneruję.

Gdyby nie było muzyki to, co by Pani robiła?

Nie mam pojęcia. Kiedyś myślałam, że mogłabym być stomatologiem. A tak naprawdę muzyka to jest cały mój świat, zaczęłam pracować w Teatrze Roma, gdy miałam 16 lat, byłam bardzo młodziutka i dziś nawet nie wyobrażam sobie innego planu na życie. Kiedy kilka dni temu, podczas próby musicalu, gdy realizowaliśmy jedną ze scen, poleciały mi łzy, łzy szczęścia. Uświadomiłam sobie, że mam szczęście, bo robię w życiu to, co kocham i jeszcze mi za to płacą (śmiech).

No dobrze, a na pewno nie chciała Pani zostać dziennikarką?

Pyta Pani o kierunek studiów, które skończyłam. Jestem magistrem dziennikarstwa i komunikacji społecznej, bo chciałam mieć jakąś alternatywę w życiu, jakby mi z tym moim śpiewaniem nie wyszło (śmiech).

Wykorzysta Pani kiedyś tytuł magistra?

Nie. Zostawiam to pani. A wiedza wyniesiona ze studiów przydaje mi się teraz w kontaktach z mediami.

Czy jest Pani osobą szczęśliwą?

Tak. Spełniam swoje marzenia i na nich się koncentruję.

Plany na przyszłość.

Na razie skupiam się na roli Vivian w „Pretty Woman”. Co będzie dalej, jeszcze nie wiem, zobaczymy, co los przyniesie.
Może ktoś zadzwoni?

Rozmawiała Beata Sakowska
Zdjęcia Izabela Urbaniak