Kultura

Dziś już nie mam żadnych ograniczeń

Dziś już nie mam żadnych ograniczeń

Ciekawa świata i ludzi. Może realizować się w każdej przestrzeni, którą sobie wymarzy. Doskonale spełnia się w wielu życiowych rolach. Przeżywa drugą młodość i czerpie z życie, ile się da. Zapraszamy na spotkanie z Magdaleną Kumorek, aktorką, piosenkarką, trenerką, a niebawem też coachem.

 

Lubi Pani przyjeżdżać do Łodzi?

Tak, lubię. Taką mam też pracę, że często podróżuję i bywam w różnych miejscach, w dużych miastach i mniejszych miejscowościach. A w Łodzi faktycznie ostatnio bywałam każdego miesiąca. Gram jedną z ról w cudownej sztuce „Niepamięć” zrealizowanej w koprodukcji dwóch teatrów: warszawskiego Garnizonu Sztuki i łódzkiego Teatru im. Jaracza.

Jak Pani postrzega miasto?

Prawdę mówiąc, jak przyjeżdżam do pracy w teatrze, to nie mam czasu na jego zwiedzanie. Po spektaklu wracam do domu, do moich dzieci. Słyszałam od znajomych, że to miasto pełne pięknych parków i przyznam szczerze, że nigdy bym z tym Łodzi nie skojarzyła, więc muszę to jakoś nadrobić. Fascynują mnie także łódzkie murale, o których mówi się wiele dobrego. Już od dawna obiecuję sobie, że gdy pojawię się tu z kolejnym projektem, na pewno znajdę czas na to, aby zobaczyć, choć fragment Łodzi.

Zapraszam serdecznie, chętnie Panią oprowadzę.

Dziękuję za zaproszenie.

W Łodzi widziałam już Panią w kilku rolach – aktorki, wokalistki i prezenterki. Życie wymusiło tyle ról, czy to świadomy wybór. Z którą z nich Pani najbardziej po drodze?

Ze wszystkimi, nie lubię się ograniczać. Ciągle potrzebuję nowych wyzwań. Samo aktorstwo jest niezwykle pojemne i daje mi wiele możliwości, z których chętnie korzystam. A że mam również inne talenty, w tym wokalny, więc i w tym kierunku cały czas się rozwijam, angażuję i tworzę nowe projekty. Kilka lat temu ktoś zaproponował mi także wystąpienie na scenie podczas konferencji i podzielenie się wiedzą o tym, jak radzić sobie z emocjami. Potem przyszedł czas na szkolenia z wystąpień publicznych. Faktycznie, jak tak spojrzeć to jest tego sporo, ale wszystkie działania koncentrują się w obrębie szeroko pojmowanych umiejętności aktorskich.

To kiedy Pani odpoczywa?

To jest to, nad czym mocno pracuję, żeby w tym wszystkim naprawdę wygospodarować czas na odpoczynek. Cały czas się tego uczę.

Nie wspomnieliśmy jeszcze o jednej życiowej roli – matki. Z tego co wiem, to narodziny dzieci w niemałym stopniu wpływały na Pani zawodowy rozwój?

Wie pani, że jak byłam dziewczynką, nigdy nie marzyłam o rodzinie, o tym, że będę matką, żoną. Tego nie było w moich planach. Ale jest takie ładne powiedzenie: „Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach”. I szybko wyszłam za mąż, urodziłam najpierw syna, potem córkę. Dziś syn ma dziewiętnaście lat i staje się zupełnie samodzielny, córka jest trochę zbuntowaną nastolatką, a ja mam coraz więcej czasu na realizację wszystkich moich planów. Przeżywam drugą młodość w momencie, kiedy moje koleżanki ze studiów, wychowują małe dzieci. I to jest fantastyczne. Mogę realizować się w każdej przestrzeni, którą sobie wymarzę.

Wspomniała Pani o marzeniach, to skoro nie rodzina, to pewnie aktorstwo było jednym z nich?

Nie do końca. Od dziecka uczyłam się gry na fortepianie, uczęszczałam na lekcje śpiewu i tańca. Na scenie występowałam od szóstego roku życia. I wszyscy byli przekonani, że dalej będę się kształcić w kierunku muzycznym. Mając szesnaście lat stwierdziłam, że absolutnie gra na fortepianie to nie jest moja przyszłość. Nie mam takiego typu charakteru, że mogłabym siedzieć godzinami i ćwiczyć do perfekcji. I nie kręci mnie to również jako środek wyrazu. Długo nie szukałam nowego pomysłu na życie. Stwierdziłam, że moim jednym wyborem może być szkoła aktorska, a wypracowane w dzieciństwie talenty, tylko będą moim atutem przy zdawaniu egzaminów. Nie myliłam się, dostałam się do szkoły aktorskiej za pierwszym razem.

Te talenty muzyczne to dar od rodziców?

Moi rodzice obydwoje byli inżynierami i raczej nie przejawiali muzycznych pasji. Za to kuzyn mojej mamy jest śpiewakiem operowym i na jakiejś rodzinnej imprezie zabrał mnie na spacer po torach. Miałam wtedy sześć lat i w pewnym momencie z nudów zaczęłam śpiewać. Potem bawiliśmy się w powtarzanie melodii. Po powrocie ze spaceru podszedł do mojej mamy i powiedział, że musi mnie zapisać do szkoły muzycznej, bo mam doskonały słuch i szkoda by było, żeby dziecko się zmarnowało. W szkole muzycznej zaproponowano grę na skrzypcach, ale mama uparła się, że będę grać na fortepianie. Na całe szczęście, ponieważ skrzypiec bym nie zniosła w żadnym wypadku. Ponoć sama chętnie do szkoły chodziłam, ale trudno mi w to uwierzyć, bo szybko zorientowałam się, jaka to orka. Moja mama pochodzi z takiej rodziny, w której jak ktoś za coś się zabiera, to musi to robić dobrze, rzekłabym nawet perfekcyjnie. Więc jak usłyszała, że żeby odnieść sukces, trzeba ćwiczyć nawet po szczęść godzin dziennie, to praktycznie żadnego weekendu wolnego nie miałam. Za to dzisiaj wykorzystuję moją edukację muzyczną w stu procentach. Śpiewam, komponuję, tworzę własne projekty muzyczne.

Rozbudza Pani te pasje także w swoich dzieciach?

Syn Franek, sam je w sobie rozbudził. Mój były mąż też jest muzykiem, kompozytorem. Kiedyś zabraliśmy naszego wówczas czterolatka na koncert. Franek dostrzegł stojącą na scenie perkusję i kolega zapytał, czy chce sobie pograć. To było dość ryzykowne posunięcie, bo co by się stało, gdyby dziecko przebiło membranę w bębnie. Franek chwycił pałkę i zaczął stukać do rytmu. Po koncercie mąż kupił mu szybko zestaw na Allegro za grosze, żeby w ogóle zobaczyć, czy faktycznie go to zainteresuje. Postawiliśmy go w pokoju i nasze dziecko zniknęło. Franek skończył szkołę muzyczną w klasie perkusji, świetnie gra na fortepianie, improwizuje. Z córką było podobnie. Ona też chłonęła nas, jeździła na nasze koncerty i okazało się, że świetnie śpiewa. Jest po sześciu latach w szkole pierwszego stopnia w klasie fortepianu, ale nie chce kontynuować już nauki w tym zakresie, chce uczyć się śpiewu. Super, niech się rozwija. Trzeba dać podążać dzieciom własną drogą.

Teraz chciałbym Panią zapytać o wspólny projekt muzyczny z Tubis Trio, z którym koncertuje Pani między innymi w Łodzi. To tylko okazjonalna przygoda?

Projekt „Komeda. Perspektywa Nova” realizujemy okazjonalnie, ale za to z wielką przyjemnością. Tubis Trio to fantastyczny skład, fenomenalnie bawiący się na scenie, otwarty na to, co dzieje się w danym momencie, niechowający się za nutami i formą. I za to im bardzo dziękuję, bo wrażeń, których jestem głodna. Za każdym razem dostarczają mi w nadmiarze.

I tych wrażeń zapewne także aktorstwo dostarcza Pani mnóstwo. Czym jest ono dla Pani?

Uprawiam ten zawód dlatego, że bardzo mnie ciekawi istota ludzka i im więcej różnych trudnych ról zagrałam, w im większy projekt wchodzę, tym coraz bliższe jest mi to powiedzenie, że nic co ludzkie nie jest mi obce. Każdy z nas, każdy literalnie nosi w sobie wszystkie możliwe rozwiązania i te najfajniejsze ku stawaniu się wspaniałym człowiekiem i te najgorsze. I tak naprawdę tylko sytuacja, w jakiej jesteśmy stawiani, okoliczności i filtr, przez który w danym momencie patrzymy determinuje to, jak się zachowujemy. Dlaczego tak myślę? Przez kilka lat grałam Lady Makbet i wszyscy myślą, że to zła kobieta była. Natomiast przy okazji pracy nad tym przedstawieniem z reżyserką Agatą Dudą-Gracz doszłyśmy do wniosku, że ona wszystko, co robiła, robiła z miłości do Makbeta i z wiary w wielkość tego człowieka. I czym wobec tej wielkiej wiary okazywało się zabicie jednego, drugiego, czy piątego człowieka. Niczym. Ona wierzyła, że on może być wspaniały, może być królem. Proszę zwrócić uwagę, jak takie podejście zmienia perspektywę. Ile razy my dokonujemy w różnych sytuacjach życiowych wyborów. Potem ktoś patrząc z boku, zastanawia się, jak w ogóle mogliśmy się tak zachować. I my zawsze na to znajdziemy odpowiednie wytłumaczenie. Aktorstwo jest dla mnie ciągłym poszukiwaniem odpowiedzi na egzystencjalne pytania.

Wiąże się także ze sławą, w której można się zatracić.

Zatracenie mi raczej nie grozi. Kiedyś drażniła mnie moja rozpoznawalność. To, że jak szłam ulicą, czy weszłam do sklepu, to ludzie szeptali – to ta aktorka. Dziś mówię sobie, że to bonus mojej pracy, przecież jakbym była księgową, to nikt by mnie na ulicy nie zaczepiał. Nie mam też absolutnie takiej potrzeby, żeby po sobie coś pozostawić, żeby zagrać taką rolę, którą wszyscy na zawsze zapamiętają, albo ktoś zechce napisać o mnie książkę. W mojej zawodowej karierze przerobiłam już takie momenty, gdy telefon w ogóle nie dzwonił i takie, gdy przez dwadzieścia pięć dni w miesiącu praktycznie nie schodziłam z planu filmowego, a moja córka miała wówczas tylko trzy miesiące.

Czy było to podczas realizacji niezwykle popularnego serialu „Przepis na życie”?

Dokładnie tak. Moja mama przywoziła mi córkę na plan, bym mogła ją nakarmić. Tam na planie w ogóle panowała niesamowita atmosfera. Pozytywna energia udziela się wszystkim, był nawet moment, że reżyser gotował nam posiłki. Tę dobrą energię udało nam się przenieść na telewizyjny ekran, dlatego serial cieszył się taką popularnością.

A Pani wszystkim zaczęła kojarzyć się z Anką, taką dziewczyną z sąsiedztwa.

I to mnie zaczęło nieco męczyć, dlatego odpuściłam na pewien czas filmowe role. Po „Przepisie na życie” otrzymywałam jedynie propozycje zagrania dziewczyn podobnych do Anki, a to mnie już w ogóle nie interesowało. Wiedziałam, że nie wykreuję już lepszej postaci, a gorzej grać nie chciałam. Marzyła mi się rola złej kobiety, takiej zołzy. Chyba każda aktorka i każdy aktor marzy, by grać role różne od scenicznego emploi. Tylko tak w tym zawodzie możemy się rozwijać.

I postanowiła Pani rozwijać się na teatralnej scenie?

Tak, choć wszyscy uznali, że w ogóle przestałam grać, ja tymczasem spełniałam i nadal spełniam się w teatrze. To zupełnie inny świat niż ten filmowy. Tam jestem z moimi bohaterkami zdecydowanie dłużej, przez cały czas mogę udoskonalać swoją postać. I to jest fantastyczne. Absolutnie nie siedziałam z założonymi rękami przez ten czas, czekając na fantastyczną filmową rolę. Napisałam także one woman show „Madaleine”, na który składają się historie z życia wzięte i te utkane z mojej wyobraźni. I tam gram, kogo chcę, spełniając swoje artystyczne pragnienia. Postawiłam sobie poprzeczkę wysoko, bo przez ciut ponad godzinę wcielam się w dwanaście różnych kobiet, które zapraszają widza do swojego świata. Ponadto śpiewam swoje piosenki, akompaniując sobie na fortepianie. A przede mną  jeszcze wiele ról, na które mam apetyt. Teraz piszę scenariusz nowej sztuki dla czterech kobiet. Ponieważ nie jestem zobligowana żadnym kontraktem w tym zakresie, piszę wówczas, gdy czuję wenę. Będzie to sztuka traktująca o trudnych sprawach, o których bez wątpienia trzeba mówić głośno, ale dająca nadzieję, niepozostawiająca widza w sytuacji, z której nie ma wyjścia. Wyjście zawsze jest, tylko czasami trzeba je wskazać. Wierzę, że znajdzie się teatr, który tę sztukę wystawi.

Dokładnie planuje Pani swoją przyszłość, czy zdaje się na to, co los przyniesie?

W kwestiach finansowych raczej dokładnie planuję, ponieważ samotnie wychowuję dwoje dzieci i muszę im jakiś byt zapewnić. Za to, gdy skończyłam czterdzieści lat, uświadomiłam sobie po przebytej terapii i wielu medytacjach, że warto otworzyć się na to, co los przyniesie. Nie odmawiać udziału w telewizyjnym show, czy w reklamie, co skutecznie czyniłam przez ostatnie lata, nie przyjmując żadnej z ofert. Dzisiaj już wiem, że może to być zupełnie nowe doświadczenie, z którego mogę wiele wynieść dla siebie. Mówią, że mądrości nabywamy z wiekiem.

W czym Pani pomaga medytacja?

Medytacja to dla mnie taki czas, kiedy chcę się zatrzymać. Medytuję i ćwiczę codziennie rano. Spotkam się w ciszy ze sobą, by wiedzieć, kim jestem i czego chcę. A chcę mieć realny wpływ na swoje życie. Jeśli obudzę się w słabszym nastroju, co mi się czasem zdarza, to wiem, że tylko ja jestem za to odpowiedzialna.

Co w najbliższych planach?

Nieustanny rozwój i praca nad sobą. Od października zaczynam studia podyplomowe z coachingu na Akademii Leona Koźmińskiego. Dzisiaj już wiem, że mogę rozwijać się nie tylko jako aktorska, piosenkarka, ale przede wszystkim człowiek. Człowiek ciekawy świata i drugiej osoby.

Rozmawiała Beata Sakowska
Zdjęcia Justyna Tomczak