Ludzie

Radość i ekscytacja

Radość i ekscytacja

Kiedy nadejdzie ten moment, zapewne trudno mu będzie pożegnać się z projektem Queen Symfonicznie, który od 10 lat cieszy się wciąż niesłabnącą popularnością. Jak podkreśla, z muzyką zespołu Queen osiągnął już wszystko, a wielu artystów w takim momencie zastanawia się, czy może to już czas – cytując klasyków – „odejść niepokonanym”. Poznajcie JANA NIEDŹWIECKIEGO, łódzkiego muzyka, lidera zespołu Alla Vienna i Hollyłódzkiej Orkiestry Filmowej, kontrabasistę Filharmonii Łódzkiej.

Skoro mamy rozmawiać o muzyce, to zaczniemy od matematyki. 300 koncertów, 200000 widzów, 10 lat. Tak w skrócie można podsumować projekt Queen Symfonicznie. Jakie emocje towarzyszą Panu, kiedy kolejny raz pojawia się na scenie z tym niesamowitym projektem?

Wciąż radość i ekscytacja. A zawodowo to są nadal najprzyjemniejsze chwile mojego życia. Oczywiście, równie wielką radość sprawia mi granie IX symfonii Beethovena podczas koncertów w Filharmonii Łódzkiej, w której orkiestrze jestem kontrabasistą, a także sukcesy uczniów szkoły muzycznej, w której uczę. Ale projekt Queen Symfonicznie, który sam stworzyłem, jest mi szczególnie bliski.

Muzyka zespołu Queen była obecna w Panu życiu od dzieciństwa. Freddie Mercury zawsze był Pana idolem. Chciał mu Pan oddać hołd jednym koncertem. Jak to się stało, że Queen Symfonicznie od tylu lat gości na różnych scenach i słuchaczy nigdy nie brakuje?

To prawda, że zainteresowanych nie brakuje. Przybywa fanów, ale często na koncertach widujemy osoby, które po raz kolejny nas oklaskują. Skąd to wiem? Po prostu pytam o to i zawsze pojawia się las rąk. A dlaczego przez tyle lat ten projekt cieszy się niesłabnącym powodzeniem? To wypadkowa kilku czynników, jak to zwykle bywa. Przede wszystkim muzyka zespołu Queen jest po prostu wspaniała i fantastycznie znosi upływ czasu. Na pewno wzbudza teraz jeszcze większe zainteresowanie po filmie „Bohemian Raphsody”. Poza tym – może zabrzmi to nieskromnie… – ale ten projekt dopracowałem w każdym szczególe. To nie jest tylko odgrywanie piosenek. To budowanie napięcia, dobrze dobrane aranże i wysokiej klasy muzycy. Niebagatelną rolę w tym widowisku odgrywa również chór, będący integralną częścią zespołu Alla Viena. Ponadto szanujemy się nawzajem, doceniamy i dopingujemy. I na scenie to czuć, że się lubimy, mamy dobrą energię, a koncerty cały czas nam muzykom sprawiają radość. Wyrobiliśmy sobie dobrą markę. Z roku na rok gramy coraz więcej koncertów. Pod względem liczby koncertów i gromadzonej publiczności możemy się równać z małą filharmonią, a tymczasem koncerty Queen Symfonicznie organizujemy w dwie rodziny – ja, moja żona Marta i nasz menedżer Michał Kapuściarz z małżonką.

Największe marzenie związane z tym projektem – występ w Atlas Arenie – zrealizował Pan w rodzinnej Łodzi. Wielu marzy, ale niewielu takie widowisko potrafi skonstruować. Jak to się robi?

Faktycznie koncert w Atlas Arenie okazał się dużym sukcesem. Ale duża w tym zasługa byłego dyrektora tego obiektu Krzysztofa Maciaszczyka, bez którego ogromnego zaangażowania, ten koncert zapewne nie doszedłby do skutku. W tym przypadku obaj chcieliśmy sukcesu – i to się nam udało. A w realizacji marzeń najważniejsi są ludzie, którymi się otaczamy. Szanuję ich, daję im jak najwięcej od siebie, dzielę się dobrą energią i oni odwzajemniają mi się tym samym.

Czy połączenie brzmienia symfonicznego z rockowym ma wydobyć coś nowego z tej muzyki, pokazać ją z innej strony?

Tak, oczywiście, mamy na scenie dużo większy aparat wykonawczy, niż zespół rockowy. Możemy dzięki temu uwypuklić wszystkie niuanse tej muzyki, dodać barwy, wzbogacić aranżacyjnie. To zespół Queen, szczególnie koncertując na żywo, nie zawsze mógł przekazać. Możemy też niektóre utwory zmienić nieco stylistycznie; na przykład, gdy gramy The Millionaire Waltz, możemy ten utwór „pchnąć” nieco w stronę wiedeńskiego walca. Te aranżacje poszerzają delikatnie i wydobywają coś nowego z tej muzyki.

To Pan je przygotował, czy zespół osób nad tym pracował?

Aranże to moja część projektu. Ale fantastycznie jest wsłuchiwać się w te nuty stworzone przez Czwórkę z Londynu, a potem przelewać je na papier i delikatnie dodawać coś od siebie. Jestem wielkim fanem zespołu Queen, więc nie pozwalam sobie na jakieś drastyczne odejście od oryginalnych piosenek. A muszę powiedzieć, że – jako muzyk filharmonii – brałem udział w kilku projektach, w których nagle okazywało się, że ze znanej i ładnej piosenki po przeróbkach niewiele zostało i bardziej zakrawało to na pastisz. U nas coś takiego nigdy się nie wydarzy.

Czy repertuar podczas koncertów Queen Symfonicznie zawsze jest ten sam? Dyskografia zespołu jest bogata. Czym się Pan kierował podczas wyboru piosenek do show – własnym upodobaniem czy popularnością utworów?

Gramy przede wszystkim moje ulubione piosenki i może jedną lub dwie, które nie są w moim panteonie, ale dobrze pasują do charakteru koncertu. W każdym roku nieco zmieniamy setlistę, właśnie dla tych osób, które na koncerty przychodzą po raz kolejny. Najczęściej są to piosenki nieoczywiste dla największych fanów – na przykład w tym sezonie gramy The March Of The Black Queen. Nie usłyszymy tych utworów w radiu, ale one fantastycznie wzbogacają muzyczny portret zespołu Queen.

Niedawno narodził się projekt – młodszy rockowy brat – zespół Queentet. To poszerzenie oferty, czy wymóg pandemicznych czasów?

To bardziej spełnienie kolejnego marzenia  „małego chłopca”.  Zawsze chciałem grać w zespole rockowym i któregoś dnia poprosiłem chłopaków, byśmy zostali po próbie, trochę pograli i fajnie wyszło. Z tym składem po prostu, od czasu do czasu, gramy w nieco mniejszych salach, w których prezentacja rozbudowanego projektu Queen Symfonicznie jest po prostu niemożliwa.

Są takie miasta, w których publiczność reaguje w jakiś szczególny sposób, zwłaszcza podczas drugiej, bardziej rockowej części projektu?

W każdym z miejsc, w których się pojawiamy, publiczność reaguje żywiołowo. Jeszcze bardziej żywiołowo, gdy przyjeżdżamy do miasta po raz drugi, trzeci, czwarty, czy – jak do Gdańska czy Szczecina – po raz 20. Niektórzy słuchacze to już nasi dobrzy znajomi – na przykład w Szczecinie pewien pan zawsze siedzi w pierwszym rzędzie z żoną, a byli już chyba na naszych 12 koncertach. Zawsze bardzo żywiołowo jest na Śląsku, no i oczywiście w naszej kochanej Łodzi!

Wiosną chce Pan wystartować z nowym projektem Muzyka The Beatles Symfonicznie. Rozumiem, że to kolejni idole z lat Pana młodości… Utwory zapewne już wybrane, aranżacje przygotowane. Zatem co usłyszymy podczas koncertów?

Mam nadzieję, że nie tylko moi idole, ale tysięcy tych, którzy będą chcieli znów do Beatlesów powrócić… Pod koniec marca premiera tego projektu będzie miała miejsce, oczywiście w Łodzi, w klubie Wytwórnia. Potem ruszamy z koncertami w Polskę. Zespół The Beatles to taka druga moja miłość i kolejny naturalny krok w naszym artystycznym rozwoju. Większość aranży jest już gotowa, ćwiczymy od kilku miesięcy. Nie zabraknie wielkich hitów: Hey Jude, Yesterday, She love you, ale oczywiście – jak to mam w zwyczaju – przemycę kilka mniej znanych kompozycji, które dobrze pasują do dynamicznego charakteru koncertu, jak chociażby The End. Na pewno będzie to fantastyczne muzyczne wspomnienie dla fanów Czwórki z Liverpoolu, ale dobrze bawić będą się także osoby, które po prostu lubią muzykę i ciekawe aranżacje.

Czy projekt Muzyka The Beatles Symfonicznie, podobnie jak Queen Symfonicznie, będzie dwuczęściowy?

Projekt będzie podzielony na dwie części, ale na pewno nie będzie miał takiej dynamiki, jak druga część koncertu Queen Symfonicznie. Jednak wierzę, że zaśpiewamy razem z publicznością i będziemy się dobrze bawić.

Wejście z nowym projektem oznacza pożegnanie z Queen Symfonicznie?

Zobaczymy, jak to będzie wyglądać, bowiem nie da się wydłużyć tygodnia. Na co dzień jestem muzykiem Filharmonii Łódzkiej, pracuję też w szkole muzycznej, więc na koncerty zostają nam tylko soboty i niedziele, a przecież… kiedyś trzeba też odpocząć. Nie wiem, czy ten nowy projekt zastąpi Queen Symfonicznie, ale z muzyką zespołu Queen w zasadzie osiągnęliśmy już wszystko i wydaje mi się, że z tym projektem trudno nam będzie zrobić coś więcej. W takiej chwili zapewne wielu artystów zastanawia się, czy może to już czas – cytując klasyków – „odejść niepokonanym”. Takie myśli chodzą mi po głowie, ale myślę, że życie pokaże, jak to się będzie toczyło. Moje życie rodzinne będzie też miało wpływ na dalsze losy projektu.

Bywa Pan czasem w domu?

Zdecydowanie za mało czasu mamy na codzienne, domowe życie. Dostrzegłem to szczególnie w pandemii, kiedy mogłem być częściej w domu. Zauważyłem, jak bardzo cieszą mnie drobne rzeczy i czas spędzony z rodziną.

Koncertuje Pan wspólnie z żoną Martą, która jest skrzypaczką Filharmonii Łódzkiej. Łatwiej iść przez życie, gdy dzieli się wspólne pasje?

Oczywiście, że tak. Pomagamy sobie, wyręczamy się w wielu sytuacjach, a przede wszystkim rozumiemy się doskonale.

Ma Pan dwóch synów. Obaj dzielą pasje rodziców, czy każdy idzie własną drogą?

Dzielą nasze muzyczne pasje, choć im niczego nie narzucamy. Chłopcy chcą się kształcić, bo muzyka sprawia im wiele przyjemności. Starszy syn, Stasio, który ma 15 lat, gra na fortepianie, a młodszy Wojtuś na skrzypcach. Mieliśmy już taką wzruszającą chwilę, gdy Staś zagrał u boku taty na scenie, zastępując naszego pianistę, który się rozchorował. Okazało się, że jest już prawie „muzykiem pełną gębą”.

Zawsze podczas koncertów podkreślacie, że jesteście z Łodzi. Kocha Pan Łódź?

Łódź jest w moim sercu, nie wyobrażam sobie, żebym miał się przeprowadzić do innego miasta, co więcej nie wyobrażam sobie, aby moje dzieci miały wyjechać do innego miasta. Łódź była, jest i będzie zawsze w moim sercu.

Mam Pan swoje ulubione miejsce?

Generalnie uwielbiam Bałuty, tu się czuję najlepiej.

Rozmawiała Beata Sakowska
Zdjęcia Justyna Tomczak

Jan Niedźwiecki
Urodził się w 1979 roku w Łodzi. Tu, w 2006 r., ukończył Akademię Muzyczną (kierunek kontrabas), a trzy lata wcześniej historię na Uniwersytecie Łódzkim. Studiując, doskonalił swe umiejętności muzyczne na stypendium Erasmus w Enschede w Holandii oraz na kursach mistrzowskich. Grał w Orkiestrze Kameralnej Juventus (1997–2001), z Warszawską Filharmonią Młodzieżową (2001) i Polską Operą Kameralną (2001). Od sezonu 2002/2003 jest członkiem orkiestry Filharmonii Łódzkiej im. Artura Rubinsteina. Od 2003 r. nauczycielem kontrabasu w Zespole Szkół Muzycznych im. S. Moniuszki w Łodzi, a od 2016 r. jej wicedyrektorem. W 2008 r. założył septet Alla Vienna, realizując nowatorskie projekty, łączące różne gatunki muzyczne: Ale Kino, Kochamy Seriale, Filmowe Piosenki z Chórem, Muzyka Zespołu Queen Symfonicznie, Gwiezdne Wojny Koncertowo. Rozszerzona wersja Alla Vienna to Hollyłódzka Orkiestra Filmowa.