Nade wszystko kocha życie i muzykę. Uważa, że życie bez pasji nie będzie życiem spełnionym. Uprawianie muzyki jest dla niej pracą w duchowości. Dzięki niej może sięgać głębiej do swojego wnętrza. Rozmawiamy z IZĄ POŁOŃSKĄ, wokalistką, kameralistką śpiewającą w różnych stylach od klasyki po piosenkę aktorską i jazz, doktor sztuk muzycznych, ambasadorką Fundacji Instytutu Ericksonowskiego.

Kiedy kilka miesięcy temu usłyszałam Panią podczas koncertu, czułam się, jakbym na chwilę znalazła się w innym, lepszym świecie. Klasa, styl, elegancja i ten głos kojący wszystkie smutki. Jakiej magicznej sztuczki Pani używa, by tak czarować publiczność?

Dziękuję za tak miłe słowa. Bardzo zależy mi by intencja, z którą wychodzę na scenę, została dobrze odczytana, a Pani odczytała ją bezbłędnie. Bardzo się cieszę! Nie stosuję żadnych sztuczek, myślę, że tę magię wyzwala twórczość, do której sięgam, czyli tzw. piosenka z tekstem. A jeśli mówi Pani o lepszym świecie… od razu na myśl przychodzi mi Kabaret Starszych Panów, na którym się przecież wychowałam. Tam panowie Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski wykreowali właśnie taki świat, gdzie ludzie, niedoskonali ludzie ze swoimi wadami, są jakby przytulani, rozgrzeszani. Świat, w którym człowiek wykazuje szlachetną empatię wobec drugiego człowieka. Tak naprawdę moje uprawianie piosenki jest właśnie o kochaniu drugiego człowieka, ze wszystkimi jego wadami, niedociągnięciami, słabościami. Piosenka jest przecież najkrótszą formą literacko-muzyczną, która przy dobrym tekście zamyka pewien rodzaj prawdy o nas, o naszym życiu, o doświadczaniu rzeczywistości, o emocjach. Bywa, że nie potrafimy nazwać niektórych uczuć, stanów emocjonalnych i wtedy właśnie dobra piosenka w magiczny sposób pozwala nam je wyrazić i w pewnym sensie obnażyć. Wychodząc na scenę, pragnę zabrać siebie i publiczność w idylliczną przestrzeń, pozbawioną trudu dnia codziennego. Czynię to z ogromną pokorą w sercu, zdając sobie sprawę, iż tylko w ten sposób można uczynić ze swojej profesji coś więcej, niż tylko pokazanie innym swojego warsztatu czy umiejętności.

To rzadko spotykane w czasach wszechobecnej komercji. Nie korci czasem pójcie na skróty, woli Pani ten lepszy świat?

Ani trochę nie jestem komercyjna, zawsze idę w tę stronę, która jest bliska mojemu sercu. I tak już pozostanie, niech komercją zajmują się inni. Ukształtowała mnie muzyka klasyczna i jej otoczka – orkiestra, frak, lakierki, długa suknia, teatr. Moje sięganie po piosenkę, to swoista symbioza dwóch światów – współczesnego i takiego, za którym tęsknię, a którego jest coraz mniej. Nie mam masowej publiczności i wcale o nią nie zabiegam. Najcenniejsi są dla mnie słuchacze, którzy przychodzą dla mnie. Wtedy mam pewność, że szukają tych samych wartości, których szukam ja. Czuję, iż są ze mną nie przez przypadek. Przychodzą, bo odnajdują coś wyjątkowego w tym co robię. Nasze koncerty wypełnione są po brzegi publicznością, pomimo braku tzw. masowej popularności.

Uprawianie muzyki jest dla mnie tak naprawdę – pracą w duchowości. Dzięki niej mogę sięgać głębiej do swojego wnętrza. To, z czym mamy do czynienia we współczesnej muzyce rozrywkowej, to często zewnętrzność, powierzchowność, brak intelektu. Coraz mniej znajduję treści w tekście i przekazu w muzyce. Wszystko jest do siebie podobne, jakby skopiowane. Kiedy pojawia się ktoś taki jak ja zawieszony pomiędzy czasami, szukający własnej drogi, sięgający do lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, osiemdziesiątych ubiegłego wieku, a często też do lat dwudziestych, to okazuje się, że odstaje od pozostałych. Jestem muzycznym outsiderem tych czasów…na pewno. Lubię to.

W swoich projektach muzycznych sięga Pani po piosenki Bertolda Brechta, Bułata Okudżawy, Agnieszki Osieckiej, Jonasza Kofty, Wojciecha Młynarskiego, Magdaleny Czapińskiej, Jeremiego Przybory, Juliana Tuwima. Nie myśli Pani o własnych tekstach?

Oczywiście, piszę swoje teksty, mierzę się ze sobą. Jednak, póki co, nie znajduję w sobie odwagi, by pokazywać je światu. Jestem wobec siebie, wobec tekstu, bardzo wymagająca i wiem, że nie dorastam do tego poziomu, który reprezentowali Przybora, Młynarski, Osiecka, Kofta czy nadal prezentuje – Magda Czapińska. Kiedy popatrzymy na twórczość Mistrza Wojciecha Młynarskiego, to okazuje się, że odkrywamy najwyższy kunszt – umiejętność bezbłędnego trafienia słowem w myśl i też warsztat, który pozwala ukryć pod słowem, stwierdzeniem – dziesiątki znaczeń. Dzisiaj zalewa nas dosłowność, nie potrafimy myśleć w sposób ironiczny. Wiem, wiem, czasy mamy inne, ale mam wrażenie, że Młynarski, będąc swoistym kronikarzem tamtych czasów, w fantastyczny sposób potrafił kamuflować rzeczywistość. Przecież my dziś ponownie odbijamy się w jego tekstach jak w lustrze. Z jednej strony to mnie trochę przeraża, a z drugiej strony może tylko świadczy o jego genialności, uniwersalności i ponadczasowości. Prawdopodobnie polska natura jest wciąż taka sama. Mam też w sobie ogromny głód frazy w tekście, szukam w nim melodii. Dlatego kiedy muzyka i tekst pasują do siebie, splatają się ze sobą, wtedy mamy tzw. mariaż doskonały. Traci się miarę tego, co jest ważniejsze, słowa czy dźwięki, jest jedność. Takich piosenek szukam.

Aranże muzyczne tworzy Pani sama?

Aranże w większości tworzy dla mnie Leszek Kołodziejski, z którym współpracuję od lat i rozumiemy się doskonale. W dźwięku, we wrażliwości na frazę, na rodzaj brzmienia. Wzajemnie się rozwijamy, mobilizujemy. Spotkaliśmy się pierwszy raz przy projekcie poświęconym Piotrowi Hertlowi „Zielony pejzaż”, potem „Gwiazda dla Piotra Hertla”, które współtworzyliśmy z pianistką Aleksandrą Nawe. Zresztą śmiało mogę powiedzieć, że moja przygoda z piosenką rozpoczęła się właśnie dzięki Piotrowi. To właśnie autor muzyki do Misia Uszatka pierwszy zaprosił mnie do nagrania dwóch swoich piosenek. Napisałam zresztą doktorat w dziedzinie wokalistyki dotyczący wykonawstwa piosenki aktorskiej poświęcony jego twórczości i łódzkiemu STS PSTRĄG, czyli odpowiednikowi warszawskiego STS-u. Piotr Hertel bardzo aktywnie działał w Pstrągu, tak jak i wielu innych, potem wybitnych łodzian, którzy tworzyli to miasto.

Czy to znaczy, że chciała Pani być nauczycielem akademickim?

Po obronie doktoratu i trudnych doświadczeniach w życiu prywatnym sama odeszłam z Akademii Muzycznej. Teraz coraz częściej myślę o tym, by jednak wrócić na uczelnię i przystąpić do przewodu habilitacyjnego, zadbać o swój dalszy rozwój także na tym polu. Przez ostatnie lata współpracowałam z aktorami w teatrach i ze studentami aktorstwa w Łódzkiej Szkole Filmowej przy spektaklach dyplomowych. Taki rodzaj pracy wyjątkowo mnie fascynuje, tak jak i zajęcia na przykład z ludźmi biznesu, którzy w swojej pracy muszą posługiwać się głosem. Pomagam im dotrzeć do ich prawdziwego brzmienia, które jest uwarunkowane ciałem, organiką. Ważne, by mieć tego świadomość, wtedy pomału dochodzi się do momentu, w którym wydobywanie z siebie głosu przestaje być stresujące.

Czego ich Pani uczy?

Świadomego korzystania z możliwości wokalnych. Każdy z nas rodzi się z pewnego rodzaju umiejętnością wydobywania dźwięku z siebie, ale są też wewnętrzne blokady emocjonalne i blokady w ciele, ograniczające nasze możliwości. W największym skrócie – chodzi o to, by się ich pozbyć. Na tym polega moja praca trenera wokalnego.

Mierzy się Pani z różnymi gatunkami muzycznymi. Z czego to wynika i czy to oznacza, że ciągle Pani poszukuje?

Na pewno jestem teraz bardziej piosenkarką niż śpiewaczką, przestrzeń typowo klasyczna przestała mnie rozwijać. Potrzebowałam czegoś innego. Z pewnością cały czas szukam. Szukam także swoich technik wokalnych, nowych dróg dochodzenia do swojej prawdy w głosie i treści, którą chcę przekazać. Zmieniam się z biegiem czasu, gdyż z wiekiem zmienia się nasz głos i nasze warunki fizyczne.

Na korzyść?

Na pewno tak! Głos staje się pełniejszy, coraz bardziej osadza się w ciele, obniża się i nabiera przestrzeni. Uważam, że zmienia się też pod wpływem doświadczeń. Od lat mówię, iż głos jest tym czymś najintymniejszym w nas i jeśli ktoś potrafi słuchać, może w głosie wychwycić rzeczy, które mówią o nas o wiele więcej niż to, co próbujemy zawrzeć w słowach. Głos jest największą prawdą organiczną, jaka się z nas wydostaje na zewnątrz. Krystyna Janda kiedyś powiedziała „Jak już nie możesz wypowiedzieć jakiejś emocji, to co ci zostaje – możesz już tylko zaśpiewać”. Myślę podobnie, śpiewanie wzięło się z emocji, której już nie można było zatrzymać w ciele. Akt śpiewania jest aktem uwalniającym.

Od czego uwalnia?

Od emocji. Mnie uwolniło i nadal uwalnia od bardzo trudnych emocji – od straty, bólu, nie akceptacji, ale też radości, miłości, zachwytu… bo czasem trudno wszystko w sobie pomieścić.

Ale śpiewała Pani też wcześniej?

Tak, śpiewam profesjonalnie od 1999 roku, jednak to moje śpiewanie jest teraz z pewnością głębsze. Przyszedł taki moment w 2018 roku, kiedy musiałam zatrzymać się na krawędzi mojego życia i zdecydować, co chcę dalej robić. Doszłam do wniosku, że jeśli w tym momencie nie wybiorę piosenki, nie zaryzykuję, mogę już nie mieć kolejnej szansy. A przecież życie bez pasji nigdy nie będzie życiem spełnionym. Pragnę czuć, że moje życie jest spełnione.

Od dziecka marzyła Pani o tym, żeby śpiewać?

Kiedy miałam cztery lata, zorganizowałam swój pierwszy koncert dla rodziny. Goście w domu, tort, a ja wyjęłam magnetofon szpulowy z szafy, wzięłam mikrofon taty i zaśpiewałam piosenkę „Nie było Ciebie tyle lat, myślałam, że nie wrócisz już”. Wszyscy pamiętali to latami, w ogóle nie miałam tremy. Wiedziałam chyba już wtedy, intuicyjnie, co kryje się w mojej dziecięcej duszy.

W domu była Pani otoczona muzyką?

Mój tata pięknie śpiewał i grał na akordeonie, moja babcia śpiewała mi od urodzenia, przy każdej zwykłej czynności, a druga babcia grała na skrzypcach. Dziadek z kolei uwielbiał panią Irenę Santor i ciągle słuchał jej płyt. Dużo mi o pani Santor opowiadał. Choć nikt z nich nie był muzykiem zawodowym, muzyka była obecna w moim domu zawsze.

Czym dla Pani jest muzyka?

Całym moim światem. Gdyby nie było muzyki, życie byłoby bardzo trudne. Muzyka niesie przestrzeń, w której możemy zmieścić wszystko, co nienazwane, co czuje wrażliwe serce i umysł. Często nie potrafimy zamknąć czegoś w słowie, bo słowo też ma swoje ograniczenia, a muzyka daje wolność, pozwala fruwać wyobraźni, jest Niebem na Ziemi.

Ale słyszałam, że też lubi Pani ciszę, ponieważ w ciszy przychodzą do głowy najlepsze pomysły.

Lubię ciszę. Daje przestrzeń do spotkania samej siebie. Potrzebuję kontaktu ze sobą. Gdy go nie mam, pojawia się poczucie, iż moje działania są bezsensowne, a tego bardzo nie lubię. Przed każdym koncertem muszę pobyć w ciszy, to mój rytuał.

Co sprawia Pani w życiu największą przyjemność oprócz śpiewania oczywiście?

Bycie wśród ludzi, których kocham! Odczuwanie miłości wokół siebie uważam za największe dobrodziejstwo. Kocham też żyć, cieszę się każdą chwilą daną nam tutaj na Ziemi, staram się też pamiętać o tym jak piękne jest ludzkie istnienie. Bardzo bliskie są mi słowa Einsteina: „Życie można przeżyć tylko na dwa sposoby: albo tak jakby nic nie było cudem, albo tak, jakby cudem było wszystko”.

Czy to śmierć męża wpłynęła na taki sposób myślenia?

Zawsze tak myślałam. Myślę, że ta moja fascynacja każdą chwilą życia, która jest jedyna i niepowtarzalna, była dla Dominika niezwykle atrakcyjna. Oczywiście w świadomości tego oczywistego faktu pomogła mi także muzyka, bo tam wszystko dzieje się w TERAZ. Kiedy rusza koncert – niczego nie możesz powtórzyć. Pociąg rusza i cześć. Możesz tylko być do końca w danej chwili. Naprawdę myślę i wiem z doświadczenia, iż publiczność od razu to wyczuwa. Jeśli ktoś jest nieobecny na scenie – publiczność od razu przestaje słuchać.

Co czerpie Pani od publiczności?

Siłę, nadzieję, energię, którą się wymieniamy. Kiedy mam przed sobą skupioną publiczność, widzę ich oczy i reakcję ciał, wtedy jest tak, jakbym podłączyła się do ładowarki. Jeśli koncert jest udany, to mam ochotę powtórzyć go natychmiast. Czasami naprawdę mam wrażenie, że jestem w raju, że nie może być już piękniej. Niewątpliwe taki stan jest ogromnym przywilejem. Uprawianie sztuki jest przywilejem, staram się o tym zawsze pamiętać.

Czy któryś koncert zapadł Pani szczególnie w pamięci?

Może nie tyle same koncerty ile miejsca. Lubię Radom, Lubin, Wrocław… wiele miejsc. Mam tam swoją publiczność, która zawsze reaguje z taką otwartością i nieprawdopodobną miłością, że uwielbiam tam wracać. Zawsze czekam na te koncerty. Jednak Łódź jest mi szczególnie bliska, tu mieszkam i inauguruję wszystkie swoje muzyczne projekty, stąd ruszają w świat. Jednym z takich wyjątkowych koncertów był dla mnie niewątpliwie występ z jedną tylko piosenką „Miasteczko Bełz” na jubileuszu pani Gołdy Tencer w Teatrze Nowym im. Kazimierza Dejmka w Łodzi. Ten moment stanowił o moim staniu przy sobie po śmierci męża. A do tego wszystkiego wpisał mnie w jakiś tajemniczy sposób w ciągłość historii tego miasta. Tak to czuję i jestem głęboko wdzięczna.

Pierwsza, symboliczna płyta „Pejzaż bez ciebie”, ukazała się dwa lata temu i była wyrazem hołdu dla Pani męża. Czy pracuje Pani nad nowym materiałem na kolejną płytę? Czy był to jednorazowy impuls i skupia się Pani bardziej na projektach koncertowych?

Absolutnie nie był to jednorazowy impuls. Kolejna płyta „SING! OSIECKA”, tym razem z piosenkami Agnieszki Osieckiej jest gotowa od ubiegłego roku. Tworzyliśmy ją wspólnie z Andrzejem Adamiakiem, liderem zespołu Rezerwat. Nawet było już zaplanowane wielkie wydarzenie promujące w Gdyni i koncerty, ale pandemia pokrzyżowała wiele zamierzeń, nie tylko moich. Czeka więc na lepsze czasy, kiedy znowu będziemy regularnie koncertować. Wydanie płyty bez trasy koncertowej to dziś chybiony pomysł, gdyż płyty sprzedają się głównie podczas koncertów. Dodam w tajemnicy, iż naszym gościem specjalnym na tej właśnie płycie jest Mieczysław Szcześniak, co traktuję jako ogromne wyróżnienie, bo Mietek jest dla mnie najwybitniejszym wokalistą rozrywkowym w tym kraju, legendą.

No właśnie skoro o pandemii mowa, to proszę powiedzieć, jak Pani sobie radziła w tym czasie?

Przede wszystkim jestem mamą, tak też jest w pandemii. Dzieci spędzają ze mną ten czas w domu, determinują moje życie codzienne. Zdalne nauczanie, zamknięte lasy i parki… bardzo i mnie dotknął ten czas. Na szczęście do współpracy zaprosiły mnie różne instytucje. Z Filharmonią Łódzką zagraliśmy kilka projektów, m.in. koncert KRAJEWSKI SYMFONICZNIE i muszę przyznać, że o takiej widowni można tylko marzyć. W czasie rzeczywistym koncert wysłuchało i obejrzało ponad cztery tysiące widzów, co uplasowało nas w pozycji najliczniej oglądanego koncertu filharmonicznego w całej Polsce. W kolejnych miesiącach chwilowych odblokowań występowałam też w różnych składach w Radomiu z Radomską Orkiestrą Kameralną, w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu wraz z Leszkiem Kołodziejskim, Wojciechem Myrczkiem i z Polish Cello Quartet, w Filharmonii w Częstochowie – wszędzie wyprzedaliśmy bilety w dozwolonym obostrzeniu 50 procent publiczności, a trzeba pamiętać, że to duże sale, np. wrocławski NFM – duża sala koncertowa liczy sobie 1800 miejsc. Nagraliśmy też recital dla TVP Kultura w programie Scena Muzyczna. Program jest zarejestrowany i można go wciąż oglądać na platformie VOD. Nie będę ukrywać, iż wzbudza moją ogromną radość fakt, iż w tej serii wystąpili m.in. Leszek Możdżer czy Marcin Masecki. Ze wszystkich pandemicznych realizacji, właśnie to uważam za jedno z najważniejszych. Udało nam się także zarejestrować koncert ze Zbyszkiem Zamachowskim i piosenkami Wojciecha Młynarskiego w Teatrze Nowym w Łodzi dzięki środkom z FWK. Reakcje publiczności były wspaniałe. Część piosenek z tego wydarzenia znalazło się na moim kanale YouTube. Pracowałam również dużo w studio, dopieszczając płytę i nad nowym projektem WYSTARCZY BYĆ z piosenkami Magdy Czapińskiej. Myślę, że to materiał z potencjałem na kolejny krążek, o którym snujemy wspólne plany z gitarzystą i kompozytorem Witkiem Cisło. Na swoją premierę czeka też nasz duży projekt symfoniczny z piosenkami Magdy Czapińskiej WSIĄŚĆ DO POCIĄGU z udziałem Mieczysława Szcześniaka i pani Magdy Umer. Do tego jednak potrzebna jest pełna publiczność. Marzę o tym. W ostatnim czasie zostałam także ambasadorką Fundacji Instytutu Ericksonowskiego, co traktuję bardzo wyjątkowo.

Życzę więc szybkiego powrotu na scenę i do zobaczenia.

Dziękuję i zapraszam gorąco na moje koncerty!

Rozmawiała Beata Sakowska
Zdjęcia Izabela Urbaniak
Make-up Kamila Lewandowska
Sesja zrealizowana w restauracji Len i Bawełna