Jestem dumny z tego, co udało się nam tutaj zbudować i cieszę się, gdy widzę w Monopolis uśmiechniętych, zadowolonych ludzi, którzy robią sobie zdjęcia, odpoczywają, korzystają z oferty restauracji czy kawiarni i tłumnie przychodzą do teatru, albo na koncerty. Czuję się wtedy trochę jak ojciec, obserwujący swoje dziecko, które rośnie, fajnie się rozwija i zmierza w dobrym kierunku. Rozmawiamy z Krzysztofem Witkowskim, prezesem Virako sp. z o.o., inwestorem Monopolis.

LIFE IN Łódzkie: Łódź to dobre miejsce do życia?

Krzysztof Witkowski: Bardzo dobre. Lubię Łódź, żeby nie powiedzieć, że darzę ją jeszcze głębszym uczuciem. Tu można złapać balans między tym, co robimy w życiu zawodowym, a czasem poświęconym rodzinie i przyjaciołom. Kiedy spotykam się ze znajomymi, albo wychodzę z rodziną do restauracji, to praca schodzi wtedy na dalszy plan. Łódź to też fantastyczne miejsce dla pracy dla tych wszystkich, którym się chce. Tu na każdym kroku jest tyle możliwości i tak wiele do zrobienia, że wystarczy tylko zawinąć rękawy i zabrać się do pracy. Ale coś za coś… W Łodzi, w sensie zawodowym, nie żyje się łatwo. Żeby odnieść tutaj sukces, trzeba się bardziej napracować. Za to tutaj jest więcej miejsca na ludzką serdeczność. Kiedy na przykład spotykam się z kimś z Łodzi w sprawach biznesowych, to przeznaczamy na spotkanie nawet dwie godzin i rozmawiamy o wszystkim.

Dlaczego w Łodzi biznes robi się trudniej?

Ponieważ wymaga ogromnej determinacji, dużo większej niż gdzie indziej, i samozaparcia. Na przykład biznes deweloperski oparty na korporacjach, którym się zajmuję, jest dużym wyzwaniem. Rynek nowoczesnych przestrzeni biurowych w Łodzi jest bardzo płytki. Mniej jest firm, które z nich korzystają. W innych miastach, gdzie korporacji działa więcej, jest łatwiej. I nie mówię o Warszawie, bo tu dzieli nas przepaść. Wystarczy, porównać się do Krakowa, który ma od nas ponad dwa razy więcej powierzchni biurowej. Oznacza to, że jest tam więcej firm, które chętnie korzystają z przestrzeni biurowych i dzięki temu można łatwiej zdobyć klienta. Nie tylko korporacyjnego. W Łodzi walka o niego jest wyzwaniem i wymaga wielkiej determinacji. Ale to tylko jedna strona medalu, bo są biznesy, które w Łodzi robi się łatwiej niż gdzie indziej i które później dobrze się prowadzi. To przecież u nas powstały ogólnopolskie sieci gastronomiczne, Sfinks, Da Grasso, które dziś doskonale radzą sobie w kraju.

Mówi Pan o tym, że branża nieruchomości biurowych to ciężki biznes. W takim razie, dlaczego Pan się zdecydował akurat na taki biznes?

Przypadek. Ja zresztą uważam, że całym naszym życiem rządzi przypadek. To kogo, gdzie i w jakim momencie w swoim życiu spotkamy, jest zwykłym zrządzeniem losu. Nam się wydaje, że mamy swój los pod kontrolą, a to nie zawsze prawda. Jeszcze będąc na studiach, wpadłem wspólnie z mamą na pomysł,
żeby kupić starą fabrykę na Dowborczyków. To był koniec lat 90. Kiedy tam przyjechałem, zobaczyłem totalną ruinę – zapadnięte dachy i zniszczone mury. W mniej zniszczonych fragmentach ktoś prowadził sklep ze starociami, ktoś inny podupadającą szwalnię. Pamiętam, że usiadłem na jakimś murku i zacząłem się zastanawiać co z tym zrobić. Wpadłem wtedy na odważny, by nie powiedzieć nowatorski, na tamte czasy pomysł, żeby w tym miejscu stworzyć przestrzeń,
w której będą się mogły znaleźć powierzchnie biurowe, sale konferencyjne, restauracja. Krok po kroku zaczęliśmy go realizować. Zrobiliśmy chyba pierwszą rewitalizację w Polsce, na kilka lat przed innymi. A ja w ten sposób zostałem przedsiębiorcą z branży nieruchomości biurowych. Zdecydował przypadek i moja mama, która mi zaufała i pozwoliła stworzyć z ruiny fajną i unikatową wówczas przestrzeń. A wszystko, co stało się później, to konsekwencja tamtych decyzji.

Nie opadły jeszcze emocje związane z rewitalizacją i otwarciem Monopolis, a Pan już startuje z kolejną inwestycją, z wieżami Monopolis. W sumie powstanie 9,4 tys. mkw. powierzchni biurowo-usługowej, podziemny parking na 100 aut. Nie obawia się Pan problemów z komercjalizacją tej inwestycji, szczególnie w dobie koronawirusa?

Jakieś obawy temu towarzyszą, ale bez przesady. Pierwszy etap inwestycji w części biurowej jest skomercjalizowany w stu procentach. To olbrzymi sukces. Ostatnią umowę najmu z firmą ABB podpisaliśmy już podczas pandemii. Z wieloma firmami prowadzimy rozmowy na temat wynajmu już od jakiegoś czasu i szkoda byłoby ich teraz zostawić. I poniekąd właśnie to motywuje nas do rozpoczęcia kolejnego etapu. Nową inwestycję planujemy zakończyć w drugiej połowie przyszłego roku, a na proces komercjalizacji w naszym przypadku patrzymy raczej nie w miesiącach, a latach. Monopolis to dobry projekt, który znajdzie chętnych do wynajęcia przestrzeni biurowej. Ważne też w tym wszystkim jest to, że zmiany spowodowane pandemią mogą zmienić oczekiwania najemców co do przestrzeni biurowych. Dziś firmy zastanawiają się, czy i co powinny u siebie zmienić, żeby poprawić bezpieczeństwo pracy. Jeżeli dojdą do wniosku, że wynajmowane biura nie spełniają ich oczekiwań, są za duże czy źle urządzone i mają na przykład za dużo otwartej przestrzeni, wspólnych stref czy miejsc do chilloutu, to będą chciały zmienić na inne. Wtedy my z przyjemnością zaprosimy do siebie i będziemy rozmawiać o ich oczekiwaniach. Oczywiście koronawirus wprowadził na szeroką skalę pracę zdalną, ale jestem przekonany, że to zmiana chwilowa. Patrząc długofalowo, w perspektywie 2-5 lat, rynek biurowy wróci do stanu sprzed pandemii, a popularność pracy zdalnej przeminie. Przynajmniej w takim wymiarze jak widzimy to obecnie.

Sami szukacie klientów czy we współpracy z wyspecjalizowaną w tym zakresie firmą?

Mamy od tego zespół, na którego czele stoi Ania Celichowska i sami dużo robimy w tym zakresie. Natomiast mamy też wyłącznego partnera, firmę JLL Polska, która nas wspiera w wielu sprawach. Poza tym współpracujemy ze wszystkimi agencjami z sektora nieruchomości biurowych. Warto dodać, że w przypadku projektów mixed-use, takich jak Monopolis, czasami łatwiej jest pozyskać mniejszego najemcę samemu, niż za pośrednictwem wyspecjalizowanej firmy. Klientami Monopolis są przecież nie tylko wielkie korporacje jak Clariant czy ABB. Mamy u siebie restauracje, których korporacyjność może odstraszać. Procedury, biurokracja, mnogość dokumentów – to wszystko potrafi zepsuć atmosferę. W takich sytuacjach lepiej postawić na kontakt bezpośredni.

Wspomniał Pan, że popularność pracy zdalnej za jakiś czas przeminie. Skąd takie przypuszczenia?

Niektórzy twierdzą, że praca zdalna będzie już na zawsze. Otóż nie. Kiedy zostanie wynaleziona szczepionka, bądź inne lekarstwo, które stłumi pandemię, wszystko wróci do poprzedniego stanu. Uważam, że obecna popularność pracy zdalnej jest chwilowa, a ludzie potrzebują relacji bezpośrednich. Restauracje, salony fitness, siłownie, baseny, czyli miejsca, w których chcemy i lubimy spędzać czas, są przecież otwarte. I są tam tłumy ludzi. Kreatywność, nowe pomysły,
projekty – to wszystko wymaga bezpośrednich spotkań, rozmów, czasami kłótni. Poza tym jak na odległość budować zespół, jak sprawić, żeby pracownicy siedzący w domach walczyli o możliwość awansu, co z relacjami i duchem zespołu, które jeszcze kilka miesięcy temu były siłą napędową wielu projektów? Być może są branże, w których praca zdalna się sprawdzi, może informatycy rzeczywiście będą zadowoleni z takich rozwiązań, ale na pewno taki system i tu nie utrzyma się w pełnym wymiarze. Korporacje potrzebują kontaktów bezpośrednich do zarządzania ludźmi. Dlatego coraz częściej pojawia się pytanie, czy praca z domu jest rzeczywiście dobrym rozwiązaniem? Wprowadzane są kolejne rozwiązania mające na celu kontrolę w domu pracowników. Tego czy i w jaki sposób pracują. Ludzie zaczynają też coraz częściej myśleć o tym, czy chcą być aż tak bardzo kontrolowani przez pracodawców w swoich domach. Człowiek dla zdrowia psychicznego i higieny pracy potrzebuje też oddechu, dystansu i odpoczynku od otoczenia, które czasem jest powiązane ze stresem. Praca, nowe projekty, gonitwa za wynikami, to część naszego zawodowego życia. Czy na pewno chcemy, aby nasza sypialnia nam się z tym kojarzyła? Pozostaje jeszcze kwestia bezpieczeństwa naszych danych. Czy w domach, przy niezabezpieczonym wi-fi, czy chociażby przy osobach trzecich, z którymi mieszka na przykład pracownik banku czy biura księgowego, z którym współpracujemy, nasze dane są zawsze bezpieczne? W wielu przypadkach mamy też do czynienia ze spadkiem efektywności. W urzędach, w bankach sprawy, które załatwialiśmy kilka miesięcy temu w kilka dni, dziś potrafią zajmować tygodnie. Odnoszę też wrażenie, że teraz łatwo się mówi o pracy zdalnej komuś, kto już coś w życiu zawodowym osiągnął. Ma określony status, spore mieszkanie czy nawet dom i nie musi albo nie chce walczyć o więcej. Natomiast praca zdalna dotyczy też pracowników, którzy są na początku swojej kariery zawodowej, mają własne albo wynajęte małe mieszkanie i małe dzieci. Oni zwyczajnie nie mają warunków do takiej pracy. Nie mają też warunków do rozwoju zawodowego i budowania swojej kariery zawodowej, w tym awansu. Jeszcze inną kwestią jest dysproporcja społeczna, swego rodzaju przywileje klasowe. Przecież osoby pracujące fizycznie na budowach, w zakładach pracy, w kopalniach, w sklepach, restauracjach, usługach muszą chodzić i chodzą do pracy. Zatem istnieje ryzyko, że na dłuższą metę poczują się gorszą częścią naszego społeczeństwa. Wówczas może się to stać poważnym problemem społecznym.

Niektórzy – trudno stwierdzić czy przyjaciele, czy wrogowie – porównują Pana do mitycznego króla Midasa, który wszystko, czego dotknął, zamieniał w złoto. Wszystkie Pańskie dotychczasowe inwestycje przyniosły sukces i pieniądze – najpierw Faktoria, jedna z pierwszych udanych rewitalizacji w Łodzi, później biurowiec Forum 76, wielokrotnie nagradzany przykład nowoczesnego budownictwa biurowego, a teraz Monopolis, które bardzo szybko staje się jednym z symboli Łodzi. Zdradzi nam Pan swój przepis na sukces?

Nie wiem jak mam zareagować na porównanie do króla Midasa, który był przecież tragiczną postacią… (śmiech). A mówiąc poważnie wszystko, co udało się dotychczas zrealizować, to efekt ciężkiej pracy kilkunastu osób, z którymi od lat mam przyjemność współpracować. Warto zaznaczyć, że nic nigdy nie przyszło nam łatwo. Cały czas ciężko pracujemy, zwiększamy swoje kompetencje, rozwijamy się, a przede wszystkim chcemy, żeby każda kolejna inwestycja była inna od poprzedniej, większa i bardziej skomplikowana. Staramy się przy tym nie przesadzić. Mój serdeczny przyjaciel, prezes sporej korporacji, powiedział mi kiedyś: – Pamiętaj Krzysztof, że każdy nowy projekt wyjdzie ci tylko wtedy, gdy nie będzie większy trzy razy od poprzedniego. Trzymam się tego, bo wiem, że wielkość inwestycji ma logarytmiczny wpływ na jej skomplikowanie. Mogłoby się komuś wydawać, że skoro zbudował dom, to poradzi sobie też z budową biurowca, a to tak nie działa. Skala wyzwań i rzeczy, które dzieją się wokół takiej inwestycji, jest ogromna i potrzebne jest inne doświadczenie. Krótko mówiąc, porywając się na coś, o czym nie mamy większego pojęcia, może nas bardzo dużo kosztować. Monopolis jest innym projektem, niż wszystko, co do tej pory zrobiłem. Na każdej płaszczyźnie, od społecznej zaczynając, przez kulturalną, a kończąc na biznesowej. One wszystkie stanowiły dla nas wielkie wyzwania, z którymi musieliśmy sobie radzić.

W przypadku Monopolis nie miał Pan nigdy wątpliwości, że to właściwa inwestycja?

Miałem i to nie raz. Pamiętam jak kiedyś, stałem razem z Marcinem Michniewiczem, kierownikiem kontraktu ze strony Virako, nad zwałami ziemi pod jeszcze zrujnowanymi murami i zapytałem go, czy ta inwestycja ma sens i czy nasza praca w związku z tym ma sens. Byliśmy bardzo zmęczeni walką z różnymi przeciwnościami, które pojawiały się co i rusz. Marcin powiedział mi wtedy, że to nie jest jakaś kolejna inwestycja, że realizujemy coś wyjątkowego i trzeba ten projekt traktować jak wyzwanie, a te nigdy nie są łatwe. To było fajne, bo gdy potrafimy się w zespole nawzajem motywować i wiemy, że zawsze możemy liczyć na siebie, to wtedy nie ma takich problemów, których nie dałoby się pokonać. Ludziom z zewnątrz mogłoby się wydawać, że budowa Monopolis to prosta sprawa i rzeczywiście jest tak, jak z królem Midasem – chcemy czegoś, bach i jest, chcemy czegoś innego, bach i znowu jest. Cały czas powtarzam, że jeden tego typu sukces, to setki, a może i tysiące drobnych porażek. I żeby go odnieść, trzeba mieć twardy kręgosłup i ogromną determinację. Jedna podpisana umowa, to dziesiątki innych, których nie udało się podpisać.

Jak Pan sobie radzi z porażkami?

Wyjeżdżam na Mazury… (śmiech) A tak naprawdę szybko zapominam o porażkach, bo przecież nie ma sensu zamartwiać się czymś, co nie wyszło i na co nie ma się już wpływu. Warto jednak z każdej porażki wyciągnąć wnioski na przyszłość, choćby po to, żeby nie popełnić ponownie tego samego błędu. Poza tym mnie porażki motywują do jeszcze cięższej pracy.

Monopolis w szybkim tempie wyrasta na nowy symbol Łodzi. Stary zakład monopolowy przekształcił Pan… No właśnie w co? Czym dla Pana jest Monopolis?

Miasto jest fajne do życia, gdy potrafi zaproponować mieszkańcom i przyjezdnym różnorodną ofertę. Jeszcze niedawno mieliśmy w Łodzi tylko Piotrkowską. Później pojawiła się Manufaktura, kilka lat temu OFF Piotrkowska, teraz Monopolis. Odradza się Księży Młyn. Im więcej takich miejsc, tym lepiej, im bogatsza oferta, tym życie w mieście atrakcyjniejsze. Staraliśmy się stworzyć coś, co będzie atrakcyjne, ale jednocześnie charakterystyczne dla Łodzi. Wyjątkowa oferta kulturalna, którą wspólnie z Kamilem Maćkowiakiem i Art Kombinatem zaproponowaliśmy łodzianom, fajna propozycja kulinarna, z którą wychodzą nasze restauracje, do tego czerwona cegła, komin, rzeźba w pasażu – to wszystko tworzy tożsamość tego miejsca i mam nadzieję, że za jakiś czas rzeczywiście stanie się ono jednym z symboli Łodzi. Nie chciałbym, żeby to, co teraz powiem, zabrzmiało, że się chwalę, ale o Monopolis rozmawia się dziś w Warszawie, w Krakowie i w Gdańsku. Wiem to od znajomych, którzy dzwonią do mnie i zapowiadają swój przyjazd do Łodzi. Właśnie po to, żeby zobaczyć to nowe miejsce. Dla mnie Monopolis od samego początku było wyzwaniem, któremu poświęciłem osiem lat. W każdym projekcie wszystko zaczyna się od pomysłu, później jest czas na konkretne plany i ich realizację, a w końcu przychodzi taki moment, kiedy trzeba zweryfikować to, co zbudowaliśmy. Najlepiej weryfikują to ludzie. W przypadku Monopolis weryfikacja już się zaczęła i mam wrażenie, że całkiem dobrze wypada. Przykładem na to niech będzie anegdota o jednym z gości
Sendai Sushi, który wpadł tu tylko na chwilę, żeby zobaczyć miejsce i wypić kawę, a został do zamknięcia. Zamawiał sushi, które popijał Prosecco i powtarzał, że stąd nie wyjdzie, bo tu jest tak pięknie (śmiech). Jestem dumny z tego, co udało się nam tutaj zbudować i cieszę się, gdy widzę w Monopolis uśmiechniętych, zadowolonych ludzi, którzy robią sobie zdjęcia, odpoczywają, korzystają z oferty restauracji czy kawiarni i tłumnie przychodzą do teatru, albo na koncerty.
Czuję się wtedy trochę jak ojciec, obserwujący swoje dziecko, które rośnie, fajnie się rozwija i zmierza w dobrym kierunku. Jestem wtedy dumny i spełniony, choć wiem, że to jeszcze nie jest koniec i przed nami dużo pracy.

Montreal, Bangkok, Singapur i Łódź – w tych miejscach zrealizowano projekty nominowane do tytułu MIPIM Awards, czyli Oscara w branży nieruchomości. Myśli Pan, że Monopolis ma szansę na tytuł?

Chciałbym bardzo i wiem, że to jest możliwe, ale o tym jak będzie, przekonamy się już niebawem. Już sama nominacja do nagrody jest dla nas ogromnym osiągnięciem. Jesteśmy jedynym projektem z Europy w tej kategorii, więc cieszymy się z tego, bo nie ma większego wydarzenia dla branży nieruchomości.
Konkurs nie został rozstrzygnięty w normalnych okolicznościach podczas targów nieruchomości w Cannes. Przez pandemię stało się inaczej i finał ma się odbyć podczas kongresu branży w Paryżu. Wierzę, że będzie to duża promocja dla Łodzi i dla samego Monopolis.

À propos promocji… W opinii specjalistów od marketingu doskonale radzicie sobie z działaniami, które budują markę miejsca. Promocja Monopolis rozpoczęła się na długo przed samą inwestycją, regularnie komunikowaliście się z otoczeniem w czasie jej trwania, a później podczas podpisania umów z kolejnymi najemcami. W działaniach jesteście oryginalni i często zaskakujecie otoczenie. Można powiedzieć, że promocja to od początku ważny element tej inwestycji…

Miejsce żyje nie wtedy, gdy odnowimy w nim mury, ulice, chodniki i wydaje się nam, że ludzie na pewno będą tu przychodzić. Miejsce żyje wtedy, gdy przestrzeń wypełnimy wartością emocjonalną, społeczną i kulturową. Pomysłami, wydarzeniami, które sprawią, że zapragniemy tu spędzać czas. Dlatego bardzo ważne jest, aby nad tym pracować. Jeżeli robimy coś z pasją, a tak jest w naszym przypadku, to ta pasja przyciąga innych. Od samego początku, kiedy kupiliśmy tereny dawnego Polmosu, czyli od 2013 roku postawiliśmy na otwarcie tego miejsca dla łodzian. Ze względu na historyczny kontekst, staraliśmy się na bieżąco informować i pokazywać to, co z projektem Monopolis się dzieje. Naszą pasją i zaangażowaniem przyciągaliśmy do siebie wielu innych, jak chociażby Janusza Kaniewskiego, twórcę logo Monopolis. Mieliśmy i mamy świadomość, jak ważne jest to miejsce na mapie Łodzi. Przez te siedem lat wykonaliśmy mnóstwo pracy, również tej marketingowej, aby łodzianie zachcieli polubić to miejsce i przyjść tu.

Plan działań promujących Monopolis przygotowaliście sami czy pomaga wam w tym jakiś zewnętrzny podmiot?

Virako, jak wcześniej wspomniałem, tworzy wspaniały zespół ludzi, którzy temu projektowi oddają wiele serca. W tym również w działaniach promocyjnych, na których czele stoi Barbara Otto. Sami tworzymy plan działań i pomysły na promocję miejsca. Choć oczywiście wspieramy się różnymi firmami z zewnątrz, ale to już bardziej przy samej realizacji poszczególnych projektów.

Z jednej strony biura, z drugiej gastronomia, a z trzeciej kultura i rozrywka – na takich trzech filarach działa Monopolis. O ile dwie pierwsze działalności przynoszą dochód, o tyle do kultury i rozrywki trzeba zwykle dopłacać. Dlaczego zależy Panu na tym, żeby kultura była ważnym elementem Monopolis i to aż tak bardzo, że stworzył Pan nawet prywatny teatr?

Można powiedzieć, że z kultury w Monopolis jestem bardzo zadowolony (śmiech). Teatr na Scenie Monopolis prowadzony przez Kamila Maćkowiaka pięknie się rozwija, jestem pewien, że również koncerty, które ma w planach Art Kombinat przypadną do gustu łodzianom. A dlaczego zależy mi na tym, żeby kultura była mocno eksponowana w Monopolis? To jest właśnie ta różnica pomiędzy nami a innymi inwestorami. My jesteśmy stąd, lubimy robić biznes i zarabiać pieniądze, ale mamy też świadomość tego, że oprócz fajnej nieruchomości warto dać temu miastu, naszemu miastu, coś więcej. W przypadku Virako to nie jest jakieś przypadkowe, jednorazowe działanie. Od początku angażujemy się w życie społeczne i kulturalne Łodzi. Już w Faktorii na Dowborczyków organizowaliśmy koncerty i to nie byle kogo. Był Marek Grechuta, Zbigniew Wodecki i wielu innych znanych artystów. Nasza fundacja wspierała świetlice środowiskowe, które opiekują się dziećmi z różnych środowisk. Od lat wydajemy Kalendarz Virako, tworzony przez wyjątkowych fotografów. Przez dwa lata w Parku Źródliska organizowaliśmy Letnią Scenę Monopolis, na której grali artyści z łódzkich i warszawskich teatrów. Na widowni zupełnie za darmo zasiadło blisko 6 tysięcy osób. Tak to sobie wymyśliliśmy, wpisaliśmy w misję firmy i tego się trzymamy. Przyznaję, że teatr na Scenie Monopolis był pomysłem odważnym. Na początku mówiliśmy o nim nieśmiało, bo nie wszyscy byli przekonani, że teatr tutaj to dobry pomysł, ale pomimo tego zdecydowaliśmy się go wybudować. To duża inwestycja. Nie tylko w mury, ale przede wszystkim w technologię, akustykę, wyposażenie. Dziś cieszymy się, że go mamy. Jest mocnym punktem Monopolis,
który sprawia, że łodzianie tłumnie nas odwiedzają. Bardzo dużo osób przyciągają też koncerty muzyczne, które organizujemy w naszym kameralnym amfiteatrze od 10 czerwca w każdy piątek przez całe lato w ramach Spirit of Łódź. Music Festival. One też stały się już ważną częścią kulturalnej sfery działalności Monopolis. Są za darmo i każdy może w nich uczestniczyć. Jedynym ograniczeniem jest liczba miejsc. Co ciekawe jest to festiwal, którego słowem kluczem jest „tajemnica”. Nasi goście nigdy nie wiedzą, kto wystąpi, a artysta zawsze jest miłą niespodzianką. Jak dotąd jego publiczność możemy liczyć już w tysiącach odwiedzających nas gości.

Dziś przestrzeń gastronomiczną w Monopolis tworzą trzy restauracje, piekarnia i kawiarnia, ale miejsca jest na więcej lokali. Kogo chcecie zaprosić do współpracy w najbliższej przyszłości?

W tej chwili mamy w Monopolis pięć lokali, a cztery powinny się otworzyć w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Przez pandemię dużo spraw przesunęło się na później i dziś nie zależy nam na tym, żeby jak najszybciej kogoś mieć. Wręcz przeciwnie, szukamy takich konceptów, które uzupełniłyby naszą ofertę. Może zabrzmi to zaskakująco, ale w tym przypadku czas działa na naszą korzyść. Restauracje, które u nas są, nie narzekają na brak gości. Przeciwnie, jest tak duże zainteresowanie, że bez wcześniejszej rezerwacji trudno jest znaleźć wolne miejsca, szczególnie w weekendy. Łódzcy restauratorzy to widzą i coraz częściej pytają o warunki wynajmu powierzchni w Monopolis, bo zdają sobie sprawę, że to się może opłacić. To, co dla nas jest ważne to pomysł na lokal i jego jakość w każdym wymiarze. Na pewno nie chcemy u siebie lokali sieciowych.

A najchętniej jakie jeszcze lokale widziałby Pan w Monopolis?

Oczywiście takie, których jeszcze u nas nie ma. Na przykład chętnie widzielibyśmy u siebie restaurację z kuchnią polską-łódzką, tajską czy burgery. Chcielibyśmy też mieć lokal typu casual dining, niezobowiązujący, z kuchnią mieszaną. Planujemy również coś w typie one bar, bez obsługi kelnerskiej, ale z dobrym jedzeniem. Będzie też winiarnia. Z kilkoma właścicielami takich punktów prowadzimy rozmowy.

Oprócz lokali gastronomicznych czym jeszcze zaskoczycie swoich gości?

Mam nadzieję, że jesienią wystartuje klub dla dzieci. Miał być otwarty już na wiosnę, ale z oczywistych względów tak się nie stało. To będzie fajne miejsce, dbające o rozwój dzieci. Chcemy, żeby działał przez siedem dni w tygodniu i oferował wyjątkowy program, na przykład zajęcia aktorskie albo teatralne. Oczywiście będzie tam też można wyprawić dziecku urodziny, ale to niejako przy okazji. Przede wszystkim chcemy, aby pobyt dziecka w klubie, nawet przez dwie godziny po szkole, był dla niego wartościowy i pozwolił rozwinąć jego zainteresowania. We wrześniu zamierzamy także otworzyć nasze muzeum produkcji wódki, którym chcieliśmy uhonorować historię tego miejsca i ludzi, którzy pracowali w dawnym Polmosie. Muzeum już jest gotowe, ale uznaliśmy, że wakacje to nie jest dobry czas na start. Planujemy tam degustację różnych wódek. Znawcy tematu twierdzą, że można doszukiwać się różnicy w smaku pomiędzy wódką z ziemniaków i z pszenicy. Sprawdzimy, czy mają rację.

Kiedyś, przy jakiejś okazji wspominał Pan, że w Monopolis jest też miejscem na dobry gabinet kosmetyczny…

Bo jest! Zwykle opowiadam o Monopolis w kontekście kulinarnym i kulturalnym, a to nie jest pełna nasza oferta. Na przykład butik, studio z propozycjami wyposażenia wnętrz, barber, salon piękności – to wszystko jak najbardziej mieści się w naszych planach. Nawet teraz prowadzimy rozmowy z jednym z łódzkich salonów fryzjerskich, który chcielibyśmy mieć w Monopolis. Docelowo to miejsce ma spełniać wiele różnych funkcji usługowych. Ludzie, którzy nas odwiedzą, muszą mieć wybór, bo wtedy będą do nas wracać. Raz po to, by zobaczyć fajny spektakl, a innym razem, by wziąć udział w koncercie, zjeść rodzinny obiad, spotkać się z przyjaciółmi na kawę albo wino, skorzystać z fryzjera czy zrobić makijaż.

A w nowej inwestycji też przewiduje Pan działalność usługową?

W wieżach Monopolis aż 95 procent powierzchni przeznaczamy na biura, pozostałe 5 procent na usługi. Ten etap inwestycji ma wymiar typowo biznesowy. Planujemy tam oczywiście przedszkole, plac zabaw, miejsca na kawiarnię i bistro, ale przede wszystkim będą to przestrzenie biurowe.

Nie lepiej było najpierw wybudować biurowce, a dopiero później skoncentrować się na rewitalizacji budynków po byłym Polmosie?

Pewnie lepiej, ale myśmy przyjęli inny model dla naszego projektu. Zaczęliśmy od serca Monopolis, czyli od budynków z czerwonej cegły i funkcji miastotwórczych. Już wielokrotnie podkreślałem, że Monopolis to z wielu powodów bardzo trudna inwestycja. Zarówno w zakresie technicznym, jak i docelowej funkcjonalności tego miejsca. Jest to także inwestycja kosztowna, która musi na siebie zarobić. Wieże stawiamy właśnie w tym celu.

Monopolis to projekt, który jeszcze przez jakiś czas będzie absorbował Pana uwagę i czas, ale chyba myśli Pan już o nowych wyzwaniach… Mamy rację?

Jest jeden koncept, nad którym zaczynamy pracować. Na razie pojawiają się pierwsze pomysły, ale może on być równie ciekawy jak Monopolis. Więcej na razie nie chcę zdradzać, może tylko tyle, że będzie to inwestycja w sąsiedztwie nowego centrum Łodzi.

Rozmawiamy kilka dni po Pana urlopie. Proszę zdradzić, jak Pan najlepiej wypoczywa?

Człowiek, który tak, jak ja działa codziennie na określonym poziomie emocji i napięcia, dla którego nie ma dnia bez wyzwań, nie da rady spędzić urlopu na nicnierobieniu. To mogłoby się dla niego źle skończyć. Dlatego wszystkie urlopy spędzam bardzo aktywnie, zwykle na Mazurach, które są dla mnie wyjątkowym miejscem. Jazda konna, pływanie po jeziorach, przejażdżki rowerem po lesie – tak najbardziej lubię wypoczywać. No i to jest też ten czas, który mogę poświęcić rodzinie. Poskakać wspólnie do jeziora z pomostu albo z łódki, wybrać się na wycieczkę rowerową, pograć w jakieś gry.

Ma Pan jeszcze czas na jazdę konną i starty w zawodach?

Przez ostatni rok Monopolis pochłonęło mnie całkowicie. Musiałem odpuścić sobie jazdę konną, ale zamierzam do tego wrócić. Może jeszcze nawet w tym roku.

Rozmawiali Beata i Robert Sakowscy
Zdjęcia Izabela Urbaniak