O swoich książkach mówię, że są to powieści kryminalne, w których zbrodnia idzie pod rękę z romansem i historią. Zawsze oprócz wątku kryminalnego, czytelnik znajdzie w nich dużo tematów obyczajowych, pojawiają się historie miłosne. Na dodatek fascynuje mnie historia, szczególnie dzieje Łodzi, więc dużo jest odniesień historycznych – mówi Agnieszka Płoszaj, łodzianka, pisarka, przedsiębiorca.

LIFE IN. Łódzkie: Jak się zostaje pisarką i na dodatek autorką powieści kryminalnych?

Agnieszka Płoszaj: Nie wiem jak u innych, ale w moim przypadku to był proces dojrzewania do tego, żeby zacząć pisać. Zawsze miałam łatwość pisania. Nie mam też problemu z wymyślaniem fabuły. Czasami żartuję, że wystarczy dać mi człowieka, a ja szybko i bez problemu wymyślę jego historię. Cztery lata temu, któregoś dnia doszłam do takiego momentu, że postanowiłam wyrzucić z siebie to, co tkwiło w mojej głowie. Zaczęłam pisać. A dlaczego kryminały? Lubię ten gatunek literatury – czytać i pisać. Więc niejako stało się to naturalnie.

O kryminałach mówi się, że każdy napisany jest według podobnego schematu, a różnią się pomysłem i sposobem budowania fabuły – w niektórych jest zaskakująca i bardziej skomplikowana, w innych mniej. To rzeczywiście takie proste?

To nie jest ani proste, ani skomplikowane. Kryminał rządzi się swoimi prawami i ma określone kryteria, których trzeba się trzymać, ale… Jestem pewna, że warto czasami wyjść poza schemat, zaproponować czytelnikowi coś oryginalnego, nietypowego. Pierwszą książkę – „Czarodziejkę” – napisałam zupełnie po swojemu, nie przestrzegając żadnych zasad. Redaktor, z którym nad nią pracowałam powiedział, że trudno ją przypisać do jednego gatunku. Uznał mnie za wyjątkowy eksperyment, był ciekaw co z niego wyjdzie i jak książkę przyjmą miłośnicy kryminałów. Przyjęli bardzo dobrze, a ja pracuję z nim do dziś. Ufam mu i kiedy proponuje zmiany w treści, sugeruje skróty, to wiem, że muszę się nad tym mocno zastanowić, bo zazwyczaj ma racje. Gdy piszę, nie trzymam się kurczowo jednego gatunku i nie powielam schematów, a o swoich książkach mówię, że są to powieści kryminalne, w których zbrodnia idzie pod rękę z romansem i historią. Zawsze oprócz wątku kryminalnego, czytelnik znajdzie w nich dużo tematów obyczajowych, pojawiają się historie miłosne. Na dodatek fascynuje mnie historia, szczególnie dzieje Łodzi, więc dużo jest odniesień historycznych.

Co to znaczy, że ma Pani łatwość pisania?

Lubię pisać i sprawia mi to przyjemność, a na dodatek mogę pisać wszędzie, o każdej porze dnia i nocy (śmiech).

W 2017 roku „Czarodziejka” rok później „Ogrodnik”, a w tym roku „Bigamista” – cykl trzech łódzkich kryminałów Pani autorstwa. O ostatnim recenzenci mówią, że jest najbardziej dojrzałym, a Pani jak ocenia swoją trylogię? Która z tych trzech pozycji jest najlepsza?

To tak, jakby zapytać matki trojga dzieci, które kocha najbardziej. Zdecydowanie wolę, żeby czytelnicy o tym decydowali. Każda napisana przeze mnie książka ma dla mnie taką samą wartość. Różnią się może tylko wspomnieniami, które towarzyszyły ich powstawaniu. Tematy z moich książek często mają swoje odniesienie w rzeczywistości. Na przykład postać Mańki z „Czarodziejki” wzorowałam na koleżance ze szkolnych lat. Spory sentyment mam do „Ogrodnika”, którego temat przewodni wciągnął mnie emocjonalnie. Poznając temat podziemia aborcyjnego, spotykałam się z dziewczynami, które opowiadały mi swoje historie. Podejmowane przez nie decyzje nie były łatwe. Z kolei „Bigamistę” oparłam o niesamowitą, ale prawdziwą historię małżeństwa Polaka i Litwinki,
którą usłyszałam od znajomego…

“Bigamista” o mały włos mógł się nie ukazać. Dlaczego?

No tak, było z nim trochę perturbacji, ale z kilkumiesięcznym opóźnieniem trafił do księgarń w marcu tego roku. Nie potrafiliśmy się porozumieć z moim poprzednim wydawnictwem co do terminu wydania. Poczułam się trochę zlekceważona. Doszło do zerwania umowy. Znalazłam nowego wydawcę, a nieco później podpisałam dwa kolejne kontrakty z naprawdę świetnymi domami wydawniczymi. Mimo niesympatycznych doświadczeń uważam, że finalnie dobrze wyszło.

W “Czarodziejce” rozprawiła się Pani z przemocą wobec dzieci, w “Ogrodniku” na warsztat wzięła problem podziemia aborcyjnego, a w “Bigamiście” prześwietliła świat sportu siłowego i trenerów personalnych. To nie są tematy, o których się po prostu wie. Jak Pani przygotowuje się do pisania o sprawach, w których nie jest ekspertem?

Kiedy wiem już o czym chcę pisać, znam zarys fabuły, postacie bohaterów, to zaczynam uzupełniać swoją wiedzę w niezbędne informacje. Nie zdradzę żadnej tajemnicy, gdy powiem, że najwięcej zawsze czerpię od osób, które znają temat, ekspertów z danej dziedziny. Spotykam się z nimi, rozmawiamy, tłumaczą mi specyfikę swojej pracy i wyjaśniają skutki określonych działań.

Łódź jest tłem wszystkich dotychczasowych Pani książek. Kiedy się je czyta to jawi się Pani jako doskonała znawczyni historii tego miasta. Skąd czerpie Pani wiedzę o tamtej Łodzi?

Historia pasjonuje mnie od zawsze, szczególnie dzieje Łodzi, a dokładnie Łodzi fabrykanckiej. Czasy, kiedy w mieście tworzyły się wielkie fortuny, a wraz z nimi potęga miasta, zachowały się w łódzkich pałacach i kamienicach. I tam można je jeszcze dziś zobaczyć. Każdy budynek w Łodzi ma swoją wyjątkową historię, zapisaną przez mieszkańców. Lubię dowiadywać się o nich, poznawać ich radości i dramaty. Te fragmenty życiorysów bywają dla mnie inspiracją i niektóre historie wykorzystuję w swoich książkach.

A nie ma Pani obaw, że zostanie tylko lokalną autorką łódzkich kryminałów?

Przyznaję, że trochę mnie martwi przypisanie do jednego miasta. Jest jednak wielu autorów, zarówno polskich, jak i zagranicznych, którzy swoją twórczość koncentrują wokół jakiejś miejscowości czy określonego rejonu i nie rzutuje to na ich popularność. Czasem zastanawiam się nad tym, żeby wyjść z fabułą poza Łódź, ale na razie czerpię z tego miasta garściami. Może kiedyś…

W “Bigamiście”, najnowszej Pani książce, równolegle obok siebie toczą się dwie opowieści – jedna to zbrodnie, które dzieją się współcześnie, a druga to historia, której początek sięga czasów przedwojennych. Do końca nie wiadomo co je łączy i dopiero w finale wszystko się wyjaśnia. Skąd wzięła Pani historię Eleny i Bogusa?

Przypadek. Ich historię usłyszałam kiedyś podczas rodzinnego spotkania. Była tak nieprawdopodobna, że musiałam ją dokładnie poznać. Znajomy, który o niej opowiadał miał kilka listów, wysłanych przez pierwszą żonę swojego ojca Elenę. Synowi zapomniał o niej „wspomnieć”. Listów było kilka, wszystkie po litewsku, napisane w latach wojny. Daliśmy je do przetłumaczenia, a później zaczęłam na ich podstawie budować fabułę książki, która toczy się jakby w dwóch płaszczyznach – z jednej strony poznajemy historię związku Eleny i Bogusa, a z drugiej śledzimy akcję, która dzieje się współcześnie. Jedna osoba łączy oba wątki, ale o tym kim jest, dlaczego znalazła się w książce i jaką odegrała rolę nie będę mówiła. To trzeba samemu przeczytać.

Pałac Biedermanna przy skrzyżowaniu ulic Północnej i Franciszkańskiej to znany łódzki zabytek, ale niewiele osób zna dzieje zbrodni, która miała w nim miejsce. Jak się Pani o niej dowiedziała?

Wiedza o tym, że po wkroczeniu Rosjan do Łodzi, ostatni właściciel pałacu zastrzelił się tam, zabijając wcześniej żonę i córkę, a zwłoki kazał zakopać w przypałacowym parku, nie była może powszechna, ale wiele osób o niej wiedziało. Już nie pamiętam, kto mi o tym opowiedział, ale tworząc Bigamistę miałam pewność, że ta historia musi znaleźć się w książce.

Również w Łodzi toczy się akcja Pani najnowszej książki – “Pałac pod ptasimi głowami”. To coś nowego w Pani dotychczasowej twórczości – książka dla młodzieży. O czym jest?

To prawda, ta książka jest zupełnie inna niż to, co napisałam dotychczas, ale inaczej pisze się dla dorosłych, a inaczej dla młodzieży. Bo 9+ to już chyba młodzież (śmiech). Jest to książka przygodowa, oczywiście z elementami kryminału i można powiedzieć, że powstała na zamówienie moich córek. Któregoś dnia zażądały powieści dla siebie i najlepiej o sobie. Nie miałam wyjścia i napisałam. “Pałac pod Ptasimi Głowami” to historia dwóch dziewczynek, które przypadkiem wplątują się w aferę i stają się bohaterkami historii o poszukiwaniu skarbu ukrytego w pałacu Reinhardta Bennicha, łódzkiego fabrykanta. Pałac jest prawdziwy, wciąż stoi przy Gdańskiej 89, a o zakopanym w nim skarbie wciąż krążą legendy. Więcej już nic nie powiem i zapraszam do lektury. Książka trafi do księgarń już niebawem.

Jest Pani łodzianką, której dzieciństwo i młodość toczyło się niedaleko parku Źródliska. Które miejsca w Łodzi są Pani szczególnie bliskie?

Śródmieście i Księży Młyn. To są miejsca, w których czuję się najlepiej – pełne niesamowitych historii, ludzkich radości i dramatów. Piotrkowska o wczesnej porannej porze, też mnie urzeka. Lubię patrzeć jak miasto budzi się do życia, z tym porannym chłodem. Siadam nieraz z kawą w ręku i się delektuję.

Czy ma już Pani swoich fanów, którzy czekają na kolejne książki?

Mam czytelników, którzy piszą do mnie, komentują przygody bohaterów i pytają, kiedy będzie następna książka. Są dla mnie bardzo ważni, ponieważ dzięki nim mam motywację do dalszego pisania, jak chyba każdy autor.

W takim razie co nowego szykuje Pani dla swoich czytelników i kiedy możemy się spodziewać nowej powieści kryminalnej? No i czy będzie to kolejna część przygód śledczych Karskiego i Mielczarka?

Nowa książka jest już skończona, złożona w wydawnictwie i czeka na swoją kolej, ale nie będzie to ciąg dalszy przygód dwóch łódzkich śledczych. Może jeszcze kiedyś do nich wrócę, ale na razie dość. Wspólnie z nowym wydawcą szykujemy powieść kryminalną, której bohaterowie przeniosą nas w czasy drugiej wojny światowej, m.in. do łódzkiego getta, do Litzmannstadt. Książka trafi do księgarń najprawdopodobniej pod koniec tego roku lub na wiosnę przyszłego.

Mama dwóch córek – 10- i 12 letniej, żona, prowadzi Pani dom, jest właścicielką salonu urody, organizuje warsztaty dla młodzieży… Kiedy znajduje Pani czas na pisanie książek?

Rzeczywiście dużo tego i w moim życiu nigdy nie narzekałam na nudę, ale ja inaczej chyba nie potrafiłabym żyć. A piszę kiedy mogę. Najczęściej w nocy, gdy wszyscy śpią i właśnie w firmie, gdzie mam swoje malutkie biuro. Nikomu tam nie przeszkadzam, nikt nie przeszkadza mnie, a przy okazji doglądam interesów. Poza tym mam bardzo mądrą i wyrozumiałą rodzinę, która docenia to, czym się zajmuję i wspiera mnie w tym. Wiedzą, że kocham pisanie i są ze mnie dumni.

Potrafi Pani sama podciąć włosy i ułożyć fryzurę?

No pewnie.

Da się wyżyć z pisania kryminałów?

To zależy jakie się ma potrzeby. W moim przypadku da się. Po pierwszej książce zaczęłam myśleć o tym, żeby sprzedać salon i zając się tylko pisaniem. Jednak to nie jest takie łatwe odciąć się od czegoś co stworzyło się od zera. Co przynosi owoce. Pracuję mniej, ale zdałam sobie sprawę, że salon nie przeszkadza w pisaniu. Za to daje możliwość spotykania i poznawania ludzi. A ja tego potrzebuję.

Jak Pani nie pisze, to co sprawia Pani najwięcej radości – podróże, spacery czy może kawa w jakiejś łódzkiej kawiarni?

Wszystko co Pan wymienił ma wiele uroków i sprawia mi wiele radości. Lubię podróże, często gdzieś wyjeżdżam. Kocham wyjazdy do Chorwacji, lubię spacery po Łodzi i poznawanie historii miasta, kawę też lubię, a najbardziej cappuccino w jakiejś zacisznej łódzkiej kawiarni, która oczywiście ma swoją historię.

***

Agnieszka Płoszaj – autorka powieści kryminalno-obyczajowych. łodzianka, przedsiębiorca. Zadebiutowała w 2017 roku powieścią „Czarodziejka” (wyd. WAB), która otwiera cykl łódzkich kryminałów. Prowadzi warsztaty literackie dla dzieci. Propaguje czytelnictwo wśród najmłodszych poprzez liczne spotkania i wspólne czytanie książek w szkołach, przedszkolach i bibliotekach. Jest członkiem rady nadzorczej fundacji „Lorem”, wspierającej dzieci i młodzież autystyczną. Prywatnie jest mamą Nataszy i Poli.

Rozmawiał Robert Sakowski
Zdjęcia Archiwum Prywatne