Aktorstwo! Czym jest dla mnie? Spotkaniem z widzami. To takie wyjątkowe momenty na scenie, które trudno opisać. Jest też ciągłą pracą. Wydaje mi się, że każdą kolejną rolę trzeba traktować jako tą pierwszą. Poza tym trzeba cały czas szukać, nie można osiadać na laurach. Rozmawiamy z Arkadiuszem Wójcikiem, aktorem Teatru Powszechnego w Łodzi.

LIFE IN Łódzkie: Wynudził się Pan przez te długie miesiące bez pracy, z dala od teatru, sceny i teatralnych kolegów?

Arkadiusz Wójcik: Na pewno nikomu nie było łatwo, również aktorom, bo przecież nagle straciliśmy możliwość normalnej pracy, a co się z tym wiąże – zarabiania. Ale wbrew pozorom tego czasu na nudę wcale nie miałem tak dużo. Po dwóch dniach od zamknięcia teatru dla widzów dyrektor Ewa Pilawska powiedziała, że musimy zacząć działać i powołała do życia serial internetowy „Pomoc domowa radzi”. Od marca, co tydzień, zapraszamy na premierę nowego odcinka. Dzięki temu mogliśmy pracować w czasie lockdownu, ale również teraz – cały czas nagrywamy kolejne odcinki. Mam przyjemność grać w tym serialu Nadię, którą widzowie znają ze sceny. Poza tym wykorzystałem ten czas na czytanie, oglądanie filmów. Utrwalałem sobie też role, spacerując po parku i głośno je recytując. Cóż, nie wiem do dziś, co sądzą o tym moi sąsiedzi… Może uznali mnie za niezłego świra (śmiech).

Jak to się stało, że Arkadiusz Wójcik został Nadią?

Do dziś pamiętam ten dzień, kiedy na tablicy pojawił się okólnik z obsadą „Pomocy domowej”, gdzie było napisane „Arkadiusz Wójcik – Nadia”. Najpierw myślałem, że zawału dostanę z radości, a potem z przerażenia, że sobie nie poradzę. Nie jestem typem aktora, który musi grać główną rolę tu i teraz, mnie radość sprawia każda rola, nawet ta najmniejsza, każda wnosi coś do mojego aktorstwa – nawet misia z Zakopanego, który pcha czołg i tańczy tango. Różne doświadczenia sceniczne, od tych małych ról, poprzez te duże – jak, chociażby 20-stronicowy monolog w „Marsie: Odysei” – sprawiły, że byłem gotowy na Nadię w „Pomocy domowej”. Później zagrałem Heroda w „Tango Łódź” i wiem, że on by nie powstał, gdyby nie rola Nadii. To taki system naczyń połączonych. Gram w Teatrze Powszechnym już prawie od 10 lat i wiem, że od początku mojej drogi na tej scenie dyrekcja bardzo świadomie mnie prowadzi. Zadania, które dostaję, nie są przypadkowe.

Skąd czerpał Pan inspiracje do stworzenia Nadii, tej tak lubianej przez łódzką publiczność postaci?

Przede wszystkim Robin Williams i jego podejście do budowania roli w „Pani Doubtfire” – za tą postacią stoi przecież cała historia, dlatego jest taka wiarygodna. W „Poszukiwany, poszukiwania” Wojciech Pokora pokazuje, jak grać, wykorzystując bardzo delikatne środki aktorskie. Uwielbiam Benny Hilla, który wciela się w skrajnie różne postaci kobiet – od gosposi po arystokratkę. Jego kreacje zawsze mają podwójne dno. Co jeszcze? Na pewno irlandzki serial „Mrs Brown’s Boys” – Brendan O’Carroll błyskotliwie przerzuca puenty na widownię, teatralizuje całą akcję. Z kolei brytyjski komik Rik Mayall, twórca komedii abstrakcyjnej, połączył dwa światy – teatr i show telewizyjny. Bardzo lubię „uczyć się” z jego seriali: „Bottom” i „The Young Ones”. To wszystko przykłady świetnie zrobionych komedii. Niestety ubolewam nad tym, że komedia jest w polskim teatrze postrzegana jako coś wstydliwego, do czego nie warto się przyznawać.

Dlaczego tak się stało?

W szkole teatralnej praktycznie nie uczy się komedii, bo jest traktowana jak gorsza siostra. Mam wrażenie, że granie tragicznych postaci przychodzi aktorom zdecydowanie łatwiej, szczególnie w naszym kraju, gdzie mamy to we krwi. Zapomnieliśmy o naszej polskiej tradycji komediowej – Kabarecie Starszych Panów, Kabarecie Dudek, Hance Bielickiej, Irenie Kwiatkowskiej, ale też o kinie. Komedia jest najtrudniejszą przestrzenią teatru i cieszę się bardzo, że pracuję w Polskim Centrum Komedii, w którym szukamy współczesnego warsztatu. Zawsze sobie powtarzam, że komedia to nie tylko śmiech – to pretekst do mówienia ze sceny o ważnych tematach. Staram się, robić co mogę, żeby nie wkradała się w to wszystko rutyna.

Wszystko rozumiem, ale chyba trudno nie wpaść w rutynę grając ten sam spektakl po raz setny?

Bardzo pomaga, że za każdym razem gramy dla innej publiczności i musimy jej słuchać. Pamiętam jak dziś – wystawialiśmy już chyba po raz siedemdziesiąty „Pomoc domową” – jest w tej sztuce taki moment, w którym widzowie zawsze wybuchali salwami śmiechu, a tym razem była kompletna cisza. I co, mieliśmy w tym momencie przerwać przedstawienie, odwrócić się do publiczności i powiedzieć „przepraszamy, w tym momencie państwo powinni się śmiać”. Komedia jest ciężką pracą, musi mieć swój rytm, swoje tempo, swoją puentę, wciągać widza, zachęcać do interakcji. Komedia ma być dobrą zabawą, ale to nie może być tak, że my na scenie się dobrze bawimy, a widzowie siedzą i nie reagują. Każda sztuka to miesiące przygotowań, najpierw długie rozmowy, praca nad rolą, próby, w końcu premiera.

I po premierze koniec pracy nad rolą?

Absolutnie nie. Premiera to dopiero początek.

Dlaczego komedia?

Już w liceum byłem nienormalny (śmiech), cały czas spędzałem w teatrze, głównie w Teatrze Powszechnym. Byłem na wszystkich premierach, byłem wolontariuszem podczas Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. To tu kształtowała się moja teatralna edukacja. Do szkoły teatralnej we Wrocławiu dostałem się dopiero za czwartym razem i cieszę się, że tak się stało, bo byłem o wiele bardziej świadomy tego, czego chcę w życiu i bardziej to doceniłem. W szkole każdy chce grać te ciężkie role, flaki wypruwać, ja wiedziałem, że chcę iść w innym kierunku. Po skończeniu szkoły teatralnej pracowałem w TR Warszawa jako asystent reżysera Michała Borczucha, napatrzyłem się na te tragedie i stwierdziłem, że bardzo chciałbym grać w Powszechnym. Udało się, więc jestem, gram, rozwijam się (mam nadzieję) i jest mi tu bardzo dobrze.

Nie myśli Pan o Warszawie, filmowych rolach, błyskach fleszy?

Nie, absolutnie nie. Na planach filmowych bywam, ale jako asystent reżysera i ta praca daje mi wielką satysfakcję. Ale jednak wolę konfrontacje z widzem na żywo. Poza tym pracuję w Teatrze, w którym zawsze chciałem grać. No i Łódź – miasto, które bardzo mnie inspiruje, stawia wyzwania. Grając we Wrocławiu, czy Warszawie nie miałem tego poczucia. Poza tym czuję, że pracując tu w Łodzi, w Teatrze Powszechnym, również mam jakiś udział w rewitalizacji miasta – tak od środka, w głowach ludzi.

Czym dla Pana jest aktorstwo?

Spotkaniem z widzami – to takie wyjątkowe momenty na scenie, które trudno opisać. Jest też ciągłą pracą – wydaje mi się, że każdą kolejną rolę trzeba traktować jako tę pierwszą. Poza tym – cały czas szukać, nie można osiadać na laurach. Nie chciałbym w życiu robić nic innego.

A ma Pan jakieś rytuały przed wejściem na scenę?

Mam, ale sam nie wiem, dlaczego to robię. Pamiętam, że przed „Wytwórnią piosenek” z Beatą Ziejką za każdym razem czekaliśmy w plotkarni, patrząc na ekran, kiedy kurtyna się podniesie. Stawaliśmy wtedy przed sobą, ona dotykała mojej przypinki w marynarce, a jaj jej krawatu. Byliśmy przeświadczeni,
że jeśli tego nie zrobimy, będzie spektakularna klapa. Aktorstwo to zawód jednej szansy – jak się wejdzie na scenę i coś pójdzie nie tak, to nie można powiedzieć: „przepraszamy państwa, ta scena miała wyglądać zupełnie inaczej, wobec tego zaczniemy jeszcze raz”, trzeba grać do końca. A są i takie momenty, że rytuał nie pomoże. Pamiętam, jak raz w spektaklu „Pomoc domowa”, nie wiedzieć czemu, wypadały klamki z drzwi, gdy tylko ich dotykałem. Innym razem zapomniałem słowa – lokomotywa, a kolejnym nie mogłem wydusić z siebie słowa – papuga, dosłownie się zaciąłem i kilka razy powtarzałem „pa, pa, pa”, aż w końcu wrzasnąłem „papuga” i widzowie ryknęli śmiechem. Zawsze musimy znaleźć wyjście z sytuacji, przecież nie uciekniemy ze sceny.

Chętnie angażuje się Pan w projekty edukacyjne realizowane przez Teatr Powszechny?

Uważam, że aktor musi mieć świadomość, że teatr to nie tylko on, ale cały zespół. Musi znać każdą przestrzeń teatru i angażować się w różne działania. Projekty edukacyjne są wpisane w DNA naszego teatru – „Teatru blisko ludzi”. Prowadzimy warsztaty dla ludzi w praktycznie każdym wieku i z bardzo różnych miejsc. Bardzo lubię warsztaty dla młodzieży w ramach cyklu „Dziecko w sytuacji”. Prowadzę też cykliczne spotkania z seniorami z grupy „Jesteśmy”, a od kilku lat w ramach terapii pacjentów prowadzimy zajęcia z uzależnionymi przebywającymi w ośrodku MONAR. W teatrze, z którym jestem związany, dzieje się naprawdę wiele dobrego dla Łodzi, łodzianek i łodzian. Ale przecież to wszystko zaczyna się od charyzmy Ewy Pilawskiej, której zawsze „się chce”.

Posądzą Pana o lizusostwo, tak Pan wychwala swojego szefa, to raczej rzecz niespotykana?

To taka dziwna polska zasada – nie wolno chwalić szefa. Ale to chyba nie mój problem, jeśli ktoś tak uważa. Teatr Powszechny ma najwyższą frekwencję, gra najczęściej i sprzedaje najwięcej biletów, ale przede wszystkim większość nowych tytułów to prapremiery! Dzięki temu ja mogę się rozwijać, występować, pracować, godnie zarabiać. To wszystko nie „robi się samo” i nie bierze się z powietrza! Naprawdę nie mam na co narzekać, czuję się szczęśliwym człowiekiem.

Rozmawiała Beata Sakowska
Zdjęcia Justyna Tomczak