Z Agnieszką Skrzypczak spotykam się, kiedy jeszcze spokojnie można się napić kawy w jednej z łódzkich restauracji. Kilka dni później byłoby to już niemożliwe. Teatry mogą grać dla 25 procent publiczności! – Ale czy będę mogła grać jutro, tego nie wiem. A czuję taki ogromny głód grania, takiego prawdziwego od serca, niepodszytego lękiem, frustracją, że nawet pięć minut przed wejściem na scenę, nie wiem, czy na nią wejdę, czy ktoś nie wpadnie, nie oznajmi, że kwarantanna, że teatry znowu zostają zamknięte – mówi Agnieszka Skrzypczak, aktorka Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi.

LIFE IN Łódzkie: To trudny rok dla aktorów, co chwila trzeba się mierzyć z różnymi problemami. Wróciliście do pracy po długiej przerwie, ale nie wiadomo co dalej, teatry dostępne tylko dla 25 procent widzów. Grać nie grać?

Agnieszka Skrzypczak: Czuję ogromny głód grania. I zdecydowanie chcę grać. Choć żyjemy w takich czasach, że nie wiemy, co wydarzy się za godzinę. Teraz już nawet stojąc za kulisami w pełnej gotowości, nie wiem, czy uda mi się wyjść na scenę, bo może właśnie dowiem się, że teatry przestają grać. To powoduje ogromny dyskomfort dla aktora. Trudno w takich sytuacjach rozkoszować się spektaklem, tak do końca wgryźć się w rolę, człowiek chce po prostu zagrać do końca sztuki i na koniec powiedzieć WOW – udało się. Ale czy schodząc ze sceny, mogę powiedzieć do widzów – do zobaczenia jutro, nie, bo nie wiem, co za chwilę się wydarzy. Czuję się jak w jakimś koszmarnym śnie, pod nieustanną kontrolą, presją. Chyba nikt z nas nie chce tak żyć.

Ja na pewno nie. Powiedź, proszę, co dały Ci te miesiące z dala od teatru?

Przede wszystkim czas na spędzenie wielu wspaniałych dni z rodziną, w otoczeniu przepięknej mazurskiej przyrody. Na co dzień mieszkam w Ostródzie, moim rodzinnym mieście. Czerpałam więc z tego pełnymi garściami. Uświadomiłam też sobie, że kocham to, co robię i nie wyobrażam już sobie życia bez aktorstwa. Lubię też w sobie ten mój taki wewnętrzny niepokój, taki niedosyt, kiedy pracuję, tęsknię za rodziną, kiedy jestem z rodziną, tęsknię za pracą.

Super, że był czas na odpoczynek, ale co się w tym czasie działo z aktorstwem?

Dojrzewało we mnie. Miałam czas, aby pewne sprawy przemyśleć. Niedawno skończyłam 30 lat, to taki dobry moment na podsumowanie tego, co do tej pory udało mi się osiągnąć. I na pewno dojrzałam zarówno życiowo jak i zawodowo. Widzę, jak wiele jeszcze nie wiem, ale czuję się ze sobą bardziej pogodzona i na więcej sobie pozwalam. Do tej pory bardzo dużo od siebie wymagałam, chciałam osiągnąć jak najwięcej, a teraz myślę tak – spokojnie, jak coś nie wyjdzie, jak się potkniesz, to możesz przecież otrzepać kolana i iść dalej. Czas pandemii uświadomił mi, że warto w życiu się zatrzymać, pooddychać, zastanowić się, dać sobie wolne. Tylko że tego przymusowego wolnego mieliśmy zbyt dużo.

Wróciłaś na scenę, ale do normalności w teatrze daleko, najpierw na widowni mogło zasiąść 50 procent publiczności, teraz tylko 25. Jak się gra dla garstki widzów?

Nie ukrywam, że nie jest to komfortowa sytuacja. Dystans kilku miejsc między widzami odbiera poczucie wspólnoty, którą tworzyli do tej pory. Każdy odbiera sztukę indywidualnie, jakby chciał ponosić odpowiedzialność tylko za swoją reakcję. Czasami słychać z sali jakiś szmer, jakiś głębszy oddech, nieśmiały śmiech, ale najważniejsze, że widzowie mimo tych obostrzeń decydują się na teatr. Za to jestem im najbardziej wdzięczna.

Na dodatek w Teatrze im. Stefana Jaracza sytuacja nie jest komfortowa. W czasie pandemii zwolniono dotychczasowego dyrektora Waldemara Zawodzińskiego i wciąż nie ma nowego.

Tak, to zdecydowanie nie jest komfortowa sytuacja, kiedy polityka tak bardzo wkracza w kulturę. Nie ma mojego przyzwolenia na takie działania. Szkoda tylko, że trudno w tej sytuacji pandemii, gdzie strach tak bardzo paraliżuje, wszystkim wyrazić swoje stanowisko. Ale nie chcę tutaj nikogo oceniać, każdy z nas znajduje się w innej sytuacji.

Nie ma więc mowy o żadnych nowych inicjatywach?

Jesteśmy teraz w próbach do spektaklu „Róbmy swoje” w reż. Jacka Bończyka. Premiera w listopadzie. Serdecznie zapraszam. Przygotowuję się również do premiery „Idioty” na postawie sztuki Jordi Casanovasa, w której gram razem z Kamilem Maćkowiakiem, a reżyserem spektaklu jest Waldemar Zawodziński. Spektakl produkuje Fundacja Kamila Maćkowiaka. Z Kamilem zawsze chciałam się spotkać w pracy, w teatrze nie zdążyliśmy, on odszedł, zanim ja się tam pojawiłam. Rola, którą mi powierzono, jest bardzo interesująca i mam nadzieję, że jej sprostam. To kolejna kobieca rola, z którą przyszło mi się zmierzyć. Do niedawna byłam obsadzana głównie w roli zbuntowanych nastolatek, jak chociażby Maszy w „Lekcjach miłości” czy Nataszy w „Marzeniu Nataszy”. Cieszę się, że ten etap już za mną. Teraz mam głód na rozgryzanie kobiet, samej siebie w tych rolach, na odkrywanie, szukanie. Takim przełomem dla mnie była rola detektyw Moris w spektaklu „Otchłań” w reżyserii Mariusza Grzegorzka. To było dla mnie wyjątkowo trudne wyzwanie.

Dlaczego?

Ponieważ po raz pierwszy poczułam, że spotykam się z kobietą, że już nie jestem Maszą czy Nataszą, że reżyser dostrzegł, że jestem gotowa grać kogoś bardziej dojrzałego z zupełnie innymi problemami.

Oprócz dojrzałości, o której mówisz, co jest dla ciebie takim największym wyzwaniem w rolach kolejnych kobiet?

Poszukiwanie. Do każdej postaci podchodzę przez pryzmat samej siebie i tego, że ciągle tak niewiele wiem. I dzięki temu stałemu poszukiwaniu, zaglądaniu w siebie, te postacie też rozwijają się i dojrzewają w czasie pracy nad nimi. Mam takie szczęście, że na swojej drodze spotykam reżyserów, którzy też lubią poszukiwać i nie dookreślać wszystkiego na samym początku, dzięki czemu razem możemy wyruszyć w podróż i patrzeć dokąd ona nas zaprowadzi. I ze spektaklu na spektakl dalej szukam i to jest niesamowite w teatrze, że mimo iż zarys postaci już jest, to i tak cały czas mieni się ona nowymi barwami. Przez te niedoskonałości, trudności, które się pojawiają, mam szansę za każdym razem próbować jeszcze raz.

Poprzedni sezon był dla Ciebie wyjątkowy – trzy ważne role: Natalia w „Trzech siostrach”, Monika Sokalska w „Idiotach”, Jenny Knajpiarka w „Operze za trzy grosze” wyróżnione Złotą Maską, Nagroda im. Schillera. Czy to był przełom w Twojej karierze?

Na pewno był to dla mnie ważny sezon, który dał mi bardzo dużo nie tylko na polu zawodowym… Utwierdziłam się w przekonaniu, że wiele mogę, ale zrozumiałam też, że nie wszystko muszę. Po prostu czuję, że dojrzałam.

I nadszedł kolejny sezon, nie zdążył się dobrze rozkręcić i na scenę wkroczyła pandemia.

Czuję, jakby kultura znalazła się pod respiratorem. Cały czas staramy się utrzymać jakoś przy życiu, tylko ile tak można. I ten brak perspektyw. Z natury jestem optymistką i codziennie rano staram się znaleźć plusy sytuacji, w której się znaleźliśmy. Nie poddaję się i wierzę, że jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie. Jak w słowach piosenki zespołu Tilt.

Też śpiewasz w zespole, rockowym zespole.

Tak, nasz zespół nazywa się Pink Roses, działamy od kilku lat i właśnie pracujemy nad kolejnym własnym materiałem, który chcielibyśmy zaprezentować na scenie, jeśli tylko nadarzy się stosowna okazja.

Czego szukasz w muzyce?

Wyciszenia, ukojenia, odpoczynku po burzy myśli. Wróciłam niedawno do grania na fortepianie, godzina ćwiczeń i jestem naprawdę zrelaksowana.

Co w zawodzie aktora jest dla ciebie najważniejsze?

Przede wszystkim to, że jest to studium człowieka.

Dlaczego go wybrałaś?

Co jakiś czas ktoś zadaje mi to pytanie. A dziś mam wrażenie, jakbym je usłyszała pierwszy raz.

Dlaczego?

Pierwszy raz zapytano mnie o to podczas egzaminu do szkoły aktorskiej i to, co wówczas powiedziałam, nadal jest aktualne: po prostu nigdzie indziej sobie siebie nie wyobrażam, wiem, że chcę to robić. To jest tak jak z miłością, że długo może człowiek szukać i nie wiedzieć, ale jak go trafi, to nagle i od razu wie, że to jest to.

Ale czasami ta miłość przemija?

Być może i ten etap przede mną. Zobaczymy, ale na razie ogień płonie.

Która z dotychczasowych ról była dla ciebie najważniejszą, a może ta dopiero przed tobą?

Ta obecna, nad którą pracuję, jest tą najważniejszą. Co nie oznacza, że te, które już zagrałam, odchodzą w niepamięć. One nadal są ważne, ale już nie w takim samym stopniu jak ta obecna. Gdyby nie poprzednie role, zapewne nie byłoby kolejnej. Wszystkie moje role mnie budują, dają mi warsztat, materiał do wyciągania wniosków, do pracy nad sobą, do usprawniania siebie w tym zawodzie. Traktuję tę sztukę aktorską jako zawód, w którym cały czas staram się być blisko człowieka.

Co dajesz z siebie każdej roli? Czy to może każda rola daje coś Tobie?

To działa w obie strony, ja na pewno oddaję całą siebie i to jest to ryzyko, które podejmuję, bo nie mam pewności, czy cokolwiek dostanę w zamian.

A w ogóle chcesz?

Jestem gotowa przyjąć.

Zostaje coś w tobie z każdej roli?

Tak się od jakiegoś czasu składa, że każda z moich ról współgra z obecnym etapem w moim życiu. I naprawdę nie wiem, jak to się dzieje. Czy to może reżyser, który planuje obsadę, ma taką intuicję i wyczuwa, że dana osoba jest mu potrzebna do tej roli, nie wiem. Wiem za to, że jak czytam scenariusz ogrania mnie czasami taki niepokój, przeszywa dreszcz, że ktoś doskonale wie, czego ja w danym momencie potrzebuję.

Masz wymarzoną rolę?

Nie, ja po prostu chcę grać!

Co daje aktorowi kontakt z widzem?

Serca bicie i to przyspieszone. Sens bycia nie tylko na scenie. Bez widza nie istniejemy.

Biernie czekasz na to, co przyniesie życie, czy czerpiesz z niego pełnymi garściami?

Ja chyba trochę to życie prowokuję, jak dopada mnie niepokój, to zaczynam myśleć i przyciągam myślą różne sprawy. Jak czegoś bardzo chcę, to wszystko może się zdarzyć. Bardzo chciałam być aktorką i jestem. Bardzo chciałam być matką i mam wspaniałego syna. Nie marzyłam do tej pory o milionach z lotto…ale kto wie, co się stanie, gdy zacznę. Staram się szczęście dostrzegać nawet w małych rzeczach. Tak mnie wychowali rodzice i za to jestem im bardzo wdzięczna.

Gdybym nie była aktorką, to…

Po długie pauzie… nie wiem kim bym była. Przede mną różne etapy do przejścia, ale za bardzo lubię ten zawód, żebym z niego zrezygnowała.

A co z filmem i magią ekranu?

Coraz lepiej. Jestem po zdjęciach do dwóch formatów krótkometrażowych realizowanych przez Studio Munka – pierwszy film w reżyserii Edyty Wróblewskiej, a drugi w reżyserii Justyny Nowak. Fantastyczna przygoda i plenery realizowaliśmy na moich kochanych Maurach, 30 kilometrów od rodzinnej Ostródy. W filmach gram główne role, a będzie można je zobaczyć w przyszłym roku. Zagrałam też w Teatrze Telewizji w spektaklu w reżyserii Ewy Małecki pod tytułem „Halo, halo tu mówi Warszawa”. To był mój debiut w tym formacie. Gram Marię Stpiczyńską, kierowniczkę spikerów radia, a akcja rozgrywa się w polskim radio w momencie wybuchu II wojny światowej. A dalej zobaczymy, co przyniesie los.

Rozmawia ła Beata Sakowska
zdjęcia Joanna Jaros

Agnieszka Skrzypczak

Absolwentka Wydziału Aktorskiego PWSFTviT w Łodzi (2013) i Społecznej Szkoły Muzycznej im. M. Kubackiego w Ostródzie, wokalistka zespołu Pink Roses, aktorka Teatru Jaracza w Łodzi, gdzie zadebiutowała jako studentka rolą Jean w „Gorącym lecie w Oklahomie” w reż. A. Urbańskiego. Zagrała m.in. Maszę w „Lekcjach miłości”, Kleopatrę w „Antoniuszu i Kleopatrze”, Natalię w „Wassie Żeleznowej”, Nataszę w „Trzech siostrach”. Jest laureatką Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za wybitne osiągnięcia dla studentów uczelni artystycznych (2012), dwukrotną laureatką Złotej Maski oraz szeregu nagród na XXX Festiwalu Szkól Teatralnych w Łodzi za rolę w spektaklu „Z Różewicza dyplom”.

Jedna z najwybitniejszych aktorek młodego pokolenia. Na swoim koncie ma wiele wybitnych ról, z których najwięcej nagród przyniósł jej monodram „Marzenie Nataszy” w reżyserii N. Kolady, za który otrzymała Złotą Maskę za najlepszy debiut w sezonie 2012/ 2013, Nagrodę Główną dla najlepszej aktorki na VII Festiwalu Kolyada – Plays w Jekaterynburgu, Srebrny Pierścień – Nagrodę dyrektora Wydziału Kultury UMŁ oraz Nagrodę im. Nardellego za najlepszy debiut na scenach dramatycznych w sezonie 2012/ 2013.

Laureatka prestiżowej Nagrody Schillera „za talent, oddanie sztuce, artystyczną odwagę i gwarancję aktorstwa najwyższej próby”. z W Teatrze Fundacji Kamila Maćkowiaka w Monopolis zadebiutuje partnerując Kamilowi Maćkowiakowi w spektaklu „Idiota” w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego.