Na swój temat żartuje, że ma w sobie trochę z archeologa, bo lubi grzebać w prawdziwych historiach bohaterów, których gra. Na potrzeby najnowszej roli ogolił głowę na „zero” i sam jest teraz ciekaw, jak na tę prowokację zareagują widzowie. Choć jest znanym aktorem, uważa, że na celebrytę się nie nadaje, ponieważ cząstkę swojego życia chce zachować dla siebie. Rozmawiamy z Rafałem Królikowskim – aktorem pochodzącym ze Zduńskiej Woli.

LIFE IN Łódzkie: Ostatnio zamieścił Pan na Instagramie zdjęcie z ogoloną głową i posypała się fala komentarzy. Pojawiły się nawet takie z wyrazami współczucia. Na szczęście okazało się, że to nie ze względów zdrowotnych, tylko wymagała tego nowa rola. Kogo tym razem Pan zagra?

Rafał Królikowski: Zgadza się, jestem zupełnie zdrowy, a głowę ogoliłem na potrzeby nowej roli i to po raz pierwszy w mojej aktorskiej karierze. Chociaż przyznam, że już kiedyś miałem irokeza i to wcale nie z powodów ideologicznych. Było to w roku 2002, a grałem wówczas rolę Wacława Milczka w „Zemście” w reżyserii Andrzeja Wajdy. Dzisiaj taka fryzura na nikim nie robi wrażenia, ale w tamtych latach wzbudzałem niemałą sensację, szczególnie w przedszkolu syna.

Teraz na potrzeby, jakiej roli zdecydował się Pan na nową fryzurę czy raczej jej brak?

W widowisku teatralnym „Cena władzy”, które reżyseruje Arkadiusz Biedrzycki, gram Józefa Cyrankiewicza, który jak wiemy, był zupełnie łysy. Dla mnie osobiście to bardzo ciekawe doświadczenie aktorskie i mam nadzieję, że zapał młodych twórców w połączeniu z aktorskim doświadczeniem zaowocuje spektaklem, który widzowie chętnie zechcą obejrzeć. Postać Cyrankiewicza była też sporym wyzwaniem, a samo ogolenie głowy poniekąd też prowokacją, by widzowie i reżyserzy mogli zobaczyć mnie w innej odsłonie.

Józef Cyrankiewicz to barwna postać okresu komunizmu i to pod wieloma względami.

W czasach PRL-u władzy nie darzyło się wielką sympatią, ale wyjątkiem był właśnie Cyrankiewicz, wykształcony, oczytany, dobrze ubrany. Przed wojną ideowiec, w czasie wojny trafił do obozu w Auschwitz i to wówczas zmieniło się jego patrzenie na świat. W sztuce, w której go gram mówi: “Po Auschwitz zrozumiałem, co to jest życie”. W obozie przyrzekł sobie, że jeśli z tego wyjdzie, to już zawsze będzie korzystać z życia. I korzystał, kobiety go uwielbiały, miał trzy żony, kochał drogie samochody i alkohole. Zawsze umiał się dostosować. Długo mógłbym opowiadać o nim i czasach, w których był premierem, choć wiem, że to bolesne wspomnienia dla wielu Polaków. Oj, było na czym budować rolę.

Tak Pan fantastycznie opowiada o tej roli, tyle przygotowań, czytania, a widowisko potrwa chwilę. Każdą postać Pan tak zgłębia?

Staram się, szczególnie te historyczne, te znane, kiedy każdy z nas w pamięci przechowuje jakiś ich obraz, a potem porównuje odgrywaną przeze mnie postać do pierwowzoru. Śmieję się, że mam coś w sobie z archeologa i szperacza, bardzo lubię takie wyzwania, wiele się przy tym można nauczyć. Oczywiście inaczej wyglądają przygotowania w teatrze, a inaczej na planie filmowym. W teatrze zgrywa się z daną postacią przez okres prób, które z reguły trwają dwa miesiące, a po premierze udoskonala się ją jeszcze wraz z każdym kolejnym spektaklem. Na planie filmowym praca nad postacią odbywa się podczas wcześniejszych
rozmów, spotkań z obsadą, ale większość decyzji podejmuje się już na planie. Tu zdecydowanie pracuje się z większą adrenaliną, z kolei rola teatralna wymaga
więcej skupienia już podczas spektaklu.

W jednym z wywiadów mówił Pan – zawsze starałem się mieć marzenia, chciałem, żeby życie sprawiało mi frajdę. Nadal Pan marzy? I co z tą frajdą?

Kiedyś na próbę generalną spektaklu „Śluby panieńskie” w reżyserii Andrzeja Łapickiego, w której grałem, został zaproszony Aleksander Bardini, wybitna postać polskiego teatru. Podszedłem do niego, by zapytać, co sądzi o mojej grze. Powiedział mi: Panie Rafale, pan to wszystko wie, zna pan tekst, tylko pan się musi tym bawić. I myślę, że to jest tajemnica naszego zawodu, nawet jeżeli gramy jakiś dramat, to musi nam to sprawiać frajdę, no i musi zainteresować widza. Staram się więc, aby moja praca wciąż sprawiała mi frajdę, a marzenia oczywiście też mam i myślę, że nie wyróżniam się tu niczym szczególnym.

Czy marzeniem była też szkoła aktorska, bo droga do niej nie była wcale taka prosta?

W jakimś wymiarze na pewno była moim marzeniem, bo pewnie nie próbowałabym tyle razy do niej zdawać. Ale moja miłość do teatru ewaluowała i wiem, że dużą rolę w tym wyborze odegrał mój brat Paweł, który był aktorem. Jako ciekawostkę powiem, że do teatru dramatycznego po raz pierwszy trafiłem, dopiero gdy skończyłem 19 lat. Nauczyciele mojej szkoły w Zduńskiej Woli nie zabierali nas na spektakle do łódzkich teatrów, choć oba miasta dzieli niewielka odległość. Mam wrażenie, że swoją pracę traktowali jak dopust boży, coś, co zupełnie ich nie cieszyło i nie sprawiało satysfakcji. Dlatego zawsze życzę młodym ludziom, by na swojej drodze spotykali ludzi z pasją. Szczególnie teraz, bo mam wrażenie, że nikomu dziś nie zależy na tym, byśmy mieli wykształconych obywateli.

W Zduńskiej Woli nie widział Pan swojej przyszłości?

Proszę pamiętać, że liceum kończyłem w 1985 roku. Na ulicach było wtedy szaro i smutno, a ludzie marzyli o tym, by wyjechać za granicę. Nie bardzo sobie wyobrażałem, co ja mogę w tym moim rodzinnym mieście robić. Nie chciałem zostać i pracować w fabryce, gdzie do wyboru była produkcja rajstop albo ręczników. Pomyślałem więc, że aktorstwo może być całkiem fajną przygodą, choć nie zdawałem sobie sprawy, z czym tak naprawdę wiąże się ten zawód. Ciągnęło mnie do czegoś interesującego, ważnego, oryginalnego. Do dziś pamiętam moje pierwsze wizyty w Teatrze Studio, gdzie zobaczyłem „Operę za trzy grosze” z Teresą Budzisz-Krzyżanowską i Piotrem Fronczewskim w głównych rolach, potem spektakle w Teatrze Polskim, inscenizacje Mrożka, którego miałem okazję poznać osobiście.

Zdradzi Pan, ile było tych nieudanych podejść do studiowania w szkole aktorskiej, różne liczby krążą w sieci?

I niech tak zostanie… (śmiech) Powiem tylko, że nadszedł w końcu ten moment, kiedy mogłem pochwalić się indeksem Szkoły Teatralnej w Warszawie. Wcześniej bez powodzenia zdawałem do szkół teatralnych w Łodzi i Krakowie. Zdradzę, że po tych nieudanych próbach, do egzaminu w Warszawie podchodziłem bez większej wiary, że tym razem się uda. Może dlatego nie miałem tremy i byłem bardziej wyluzowany. Pewnie to mi pomogło. Teraz wiem, że dobrze się stało, ponieważ gdybym dostał się wcześniej, kończyłbym szkołę akurat w momencie przemian ustrojowych. A tak kilka lat później wchodziłem już na zupełnie inny rynek.

I od razu zadebiutował Pan u samego Andrzeja Wajdy w obrazie „Pierścionek z orłem w koronie”.

Tak, miałem ten zaszczyt zadebiutować na planie filmowym u mistrza Andrzeja Wajdy, bez wątpienia, największej postaci polskiego kina. To było w ogóle moje pierwsze zetknięcie z kamerą. W szkole aktorskiej wyuczono nas solidnego rzemiosła, ale ani razu nie postawiono przed kamerą. Zostałem więc rzucony na głęboką wodę, ale wiedziałem, że muszę zrobić wszystko tak, by potem nie mieć do siebie pretensji, że coś zawaliłem. Zresztą przez cały czas tak właśnie podchodzę do mojego zawodu – jeśli staję przed jakimś dużym wyzwaniem, zawsze staram się, by wyszło jak najlepiej. Dużo czytam, analizuję, a jeżeli nie mogę pokonać jakiejś przeszkody czy trudności, to oznacza, że błąd nie leży po mojej stronie. W zawodzie aktora bywa czasem tak, że nie jesteśmy zależni od samych siebie, tylko od innych członków zespołu, twórców i nie zawsze wychodzi tak, jakbyśmy chcieli.

To dlatego, żeby być bardziej niezależnym, zrezygnował Pan z etatu w Teatrze Powszechnym?

Na deskach Teatru Powszechnego występowałem przez 15 lat. W tym czasie był to najlepszy teatr w Polsce, a grało w nim wielu wybitnych artystów – Krystyna Janda, Janusz Gajos, Władysław Kowalski, Franciszek Pieczka, Joanna Szczepkowska, Ewa Dałkowska. Tam nauczyłem się zawodu i przeżyłem chwile, które mnie ukształtowały jako aktora. To był naprawdę fantastyczny czas, ale przyszedł kryzys. Konflikt między dyrektorem artystycznym, a tak zwaną starą ekipą sprawił, że pomyślałem, po co mam tu siedzieć i obserwować tę wojnę. Tym bardziej że nie chciałem opowiadać się po żadnej ze stron. Zbiegło się to w czasie z moimi 40 urodzinami i pomyślałem, że to dobry moment, żeby zawalczyć o siebie. Nie żałuję tej decyzji, choć w tamtym czasie była dość ryzykowana, miałem przecież rodzinę na utrzymaniu.

Nigdy nie żałował Pan swojej decyzji?

Nie, ponieważ z perspektywy czasu widzę, że postąpiłem słusznie. Czasami bywa tak, że musimy pójść przez życie drogą, która nie jest usłana płatkami róż. Wręcz przeciwnie, jest wyboista.

Wszystko w miarę dobrze się układało i przyszedł marzec 2020 roku, świat zwolnił, kultura ledwo dyszy i nie wiadomo, co z nią będzie?

Nikt z nas nie wie, co będzie dalej, wszyscy żyjemy z dnia na dzień, ale wszyscy wiemy, że kultura jest nam potrzeb na jak tlen. Mieliśmy już takie kiepskie momenty w przeszłości. Choćby w 1989 roku, kiedy dopadł nas kryzys, długów było co niemiara, a przyszłość niepewna. Wtedy wszyscy myśleli tylko o gospodarce. Teatrów jednak nikt nie pozamykał, nikt nie zlikwidował zespołów filmowych. Przetrwały do lepszych czasów, bo one zawsze kiedyś nadchodzą.
W człowieku nigdy nie powinna gasnąć nadzieja i wiara w to, że będzie lepiej. Jestem pewien, że choć dziś mamy czas kryzysu, to piękne chwile jeszcze nadejdą.

Udało się Panu coś zrealizować od marca?

Od marca do końca sierpnia miałem totalny lockdown i zawodowo nic nie realizowałem. Dopiero pod koniec sierpnia pojawiłem się na planie filmowym, by zagrać rolę w filmie, który reżyseruje Piotr Mularuk. To komedia sensacyjna z Anią Smołowik i Pawłem Domagałą w głównych rolach. Mnie w roli mojej żony partneruje Dorota Segda, z którą miałem wielką przyjemność spotkać się na planie po raz pierwszy. We wrześniu udało się zagrać kilka wcześniej
zaplanowanych spektakli. Niestety wiele z nich jest odwoływanych, a ja dużo grywam w spektaklach wyjazdowych. No i wspomniana wcześniej rola Józefa Cyrankiewicza. Ten spektakl będzie miał swoją premierę w telewizji 14 grudnia. I jak wielu innych aktorów czekam, co będzie dalej, a ten ciężki dla teatru czas jakoś musimy przetrwać. Na szczęście żona ma zajęcie, prowadzi portal Naturalnie o zdrowiu. Razem jest łatwiej.

Nie myśli Pan jednak o zmianie zawodu?

Wiele razy w moim dorosłym życiu przychodziły mi do głowy myśli, że może jednak czas rzucić aktorstwo. Szczególnie gdy brakowało nowych propozycji i ciężko było się utrzymać. Jednak takiej sytuacji, jak teraz jeszcze nie było. Nie wiem, na razie nie myślę, o tym by szukać jakiegoś nowego zajęcia.

Wspomniał Pan, że role nie przychodzą. Pan ich nie szuka, nie bierze udziału w castingach?

Widzi pani, ja jestem z tego pokolenia, które nie potrafi się chwalić. To dla mnie bardzo krępujące i nie na miejscu, kiedy człowiek mówi o sobie w samych superlatywach, przekonuje, że jest piękny i młody i na dodatek jest genialnym aktorem. Nie lubię wciskać ludziom kitu. Mam takie przekonanie, że o tym, jakim jestem aktorem świadczą moje role, spektakle, filmy i jeśli ktoś się mną zainteresuje, to ja mu dopiero wtedy udowodnię, że się nie pomylił.

Która z dotychczasowych ról była najważniejsza?

Każda rola wnosi coś w mój rozwój, ale nie chcę ich oceniać pod względem ważności. Wolę powiedzieć o kilku momentach zwrotnych w moim życiu. Pierwszym z nich bez wątpienia było dostanie się do szkoły teatralnej, kolejnym spotkanie na planie filmowym z mistrzem Andrzejem Wajdą, później spotkanie z Agnieszką Glińską i Władysławem Kowalskim w Teatrze Powszechnym, a przy okazji projektu „Pół serio”, który zaowocował wieloma innymi propozycjami spotkanie z Andrzejem Saramonowiczem i Tomkiem Koneckim. No i oczywiście odejście z Teatru Powszechnego.

Ma Pan jakąś rolę, którą jeszcze chciałby zagrać?

Nie myślę o konkretnej roli. Bardziej chcę spotkać reżysera, który wydobędzie ze mnie coś, czego ja sam się nie spodziewam i nie będą się spodziewali widzowie. Jeszcze przed szkołą teatralną marzyłem o Hamlecie, którego już pewnie nie zagram. Repertuar ambitny na wolnym rynku nikogo nie interesuje.

Liczą się tylko sztuki łatwe i przyjemne?

Tak, bo trochę się zmieniły czasy, w których przyszło nam żyć. Jesteśmy zagonieni, zapracowani, zestresowani, potrzebujemy relaksu. Kiedyś przyrzekłem sobie, że nigdy nie wystąpię w idiotycznej farsie. Zależy mi na tym, by widz coś wyniósł ze spotkania ze sztuką, nie tylko krzesło z sali (śmiech).

Często Pan zagląda do Zduńskiej Woli?

Tak, mieszkają tam moi rodzice i nadal mam tam sporo kolegów z lat szkolnych. Grywam nawet sztuki, w tym pięknym nowym obiekcie kulturalnym, który powstał na rynku. Teraz odległość nie stanowi żadnego problemu, z Warszawy do Zduńskiej Woli jadę tylko dwie godziny.

To podczas spotkań z kolegami, zapewne macie co wspominać?

Mamy, choć żyliśmy w szarym kraju, w którym trudno było żyć, a jeszcze trudniej wyjechać gdzieś za granicę. Mnie się udało raz, do Mangalii i Mamai w Rumunii. Zdradzę, że zabrałem wtedy trochę rzeczy na handel, w tym oczywiście damskie figi, które schodziły jak woda. Celniczka trochę się zdziwiła, kiedy powiedziałem, że to dla mojej dziewczyny. Na szczęście wszystko udało się sprzedać i wróciłem do Polski z niemieckimi markami. Mogłem wtedy zaszpanować, na osiemnastki kupowałem alkohol i papierosy z Peweksu. Takie to były czasy.

Ma Pan potencjał na celebrytę, przystojny z tym swoim uwodzicielskim głosem?

Rozczaruję panią, bo na celebrytę, to ja się kompletnie nie nadaję. Owszem założyłem konto na Instagramie, ponieważ poprosiła mnie o to producentka telewizyjna. Powiedziała, że w tych czasach jest potrzebne, a synowie uświadomili mi, że to fajna zabawa. Mam, ale zarabiać na nim nie zamierzam.

Pan w ogóle chroni swoją prywatność?

Tak, bo mam potrzebę, by godnie przeżyć swoje życie i tyle, ile można, zachować z niego dla siebie. Wbrew tytułowi filmu Andrzeja Wajdy „Wszystko na sprzedaż”, akurat tu nie wszystko jest takie. Cząstkę trzeba zachować dla siebie.

Rozmawiała Beata Sakowska
Zdjęcia Izabela Urbaniak
Zdjęcia do materiału powstały w różnym czasie. Jedne podczas sesji do kalendarza „Wielcy małym” w Przytulisku w Głownie, drugie m.in. w Galerii JEDNOSTKA