Michał Batory, światowej sławy grafik i kontynuator najlepszych tradycji polskiej szkoły plakatu, specjalnie dla LIFE IN. Łódzkie opowiada o brukowanej Łąkowej, zmieniającej się Łodzi, plakacie do sztuki „Śmierć i dziewczyna” inaugurującej działalność Sceny Monopolis, sztuce plakatu i najnowszej wystawie swoich prac, którą od połowy marca oglądać będziemy mogli aż w czterech miejscach.

LIFE IN. Łódzkie: Tęskni Pan jeszcze czasami za Łodzią? Ma Pan jeszcze jakieś rodzinne związki z nią?

Michał Batory: Łódź zawsze będzie mi bliska, tu się urodziłem, dorastałem, kończyłem szkoły – liceum plastyczne, Akademię Sztuk Pięknych. Kiedyś znałem tu każdy kamień, teraz miasto jest zupełnie inne i znam jedynie ślady po kamieniach. Urodziłem się na ulicy Łąkowej, pamiętam jeszcze jak była brukowana i jeździły po niej tylko nyski i żuki.

Były jeszcze przecież fiaty 125p, syrenki i maluchy…

No tak, maluchem wyjechałem do Paryża. Niewiarygodne ile tam mieściło się rzeczy.

Opuszczał Pan Polskę na zawsze? Dostał Pan paszport tylko w jedną stronę?

Miałem problemy z Urzędem Bezpieczeństwa, ponieważ mój brat był dysydentem politycznym i już wtedy mieszkał w Stanach Zjednoczonych, a na mnie i matce się mścili. W ogóle nie mogłem opuszczać kraju, nawet jak była wycieczka z Akademii Sztuk Pięknych do Ermitażu, mnie nie pozwolono jechać.

To jak Pan dostał w końcu paszport?

Ożeniłem się z Francuzką. Po śmierci rodziców: tata – reżyser Jan Batory zmarł, gdy byłem na studiach, mama, gdy dostałem dyplom. Zostałem w Łodzi sam, siostra mieszkała we Francji, brat w Stanach. W Łodzi nie miałem żadnej przyszłości jako grafik. Chciałem tworzyć plakaty, aby je robić, trzeba być w miejscu, gdzie są na nie zamówienia. We Francji były.

Ale przecież nie od razu dostawał Pan na nie zlecenia?

Oczywiście, że nie. Nie miałem na to szansy, bo w ogóle nie znałem języka. Zatrudniłem się w agencji, a wieczorami chodziłem na kurs języka francuskiego. W agencji pracowałem przez cztery lata, to była naprawdę niezła szkoła. Pracę zaczynałem w momencie, kiedy pojawiły się pierwsze komputery i programy typu Photoshop, QuarkXPress. Przyjechałem w dobrym momencie, wszystko dopiero się zaczynało i nie miałem tego stresu, że nie umiem posługiwać się komputerem, bo Francuzi też nie umieli.

To dlaczego zrezygnował Pan z pracy w agencji?

Ponieważ się do tego nie nadaję, jestem wolnym strzelcem, indywidualistą. Nie chciałem być na etacie, potrzebowałem nowych wyzwań. Plakatu, któremu oddałem swoje życie, nie można tworzyć w kilka osób, nie wyobrażam sobie tego, że jeden dodaje typografię, inny pomysł, kolejny rysuje, następny maluje, fotografuje. Plakat jest sztuką bardzo osobistą – jedyną, która opiera się na indywidualności.

Dlaczego właśnie plakat?

Zdawałem na Akademię Sztuk Pięknych, bo bardzo lubiłem rysunek. Byłem najlepszy na swoim roku, nawet na trzecim roku zrobiono mi wystawę. Początkowo chciałem zajmować się grafiką warsztatową, ale szybko przekonałem się, że to sztuka skierowana do bardzo hermetycznego grona, a ja chciałem tworzyć sztukę, która wyjdzie na ulicę. Fascynował mnie dialog z ludźmi, których nie znam, nie chciałem zamykać swojej twórczości w galerii, interesował mnie kontakt z szerszą publicznością, masowym odbiorcą. Plakat to rodzaj wartości pedagogicznej, czym lepszy, tym wzbudza większe przemyślenia.

Jaki zatem powinien być dobry plakat?

Plakat to otwarta oferta, od której ludzie nie oczekują propozycji wprost. Musi być zaszyfrowany, inaczej staje się nudny i banalny. To ma być taka zawoalowana obietnica spełnienia. Plakat musi brać pod uwagę zjawiska socjologiczne, psychologiczne, trendy, modę. Dzięki niemu człowiek ma pozyskać wiedzę o tym, że coś się dzieje, że coś nowego warto zobaczyć, że coś fajnego się zdarzy.

Dlatego przez lata Pańskie plakaty zapowiadały najważniejsze wydarzenia kulturalne w Paryżu?

Pracowałem dla największych francuskich teatrów: Théâtre National de Chaillot i Théâtre National de la Colline. We Francji, każdy teatr traktuje plakat, jako integralny element kampanii reklamowej, wydatek promocyjny, który się opłaca. Plakaty drukuje się w wielu kopiach, rozwiesza, eksponuje na ulicach, w metrze.

Jak pozyskuje się takie kontrakty?

Z reguły wygrywając konkursy, ale też z polecenia, poprzez wystawy, które organizuję. Do tej pory biorę udział w różnych konkursach. A współpraca z teatrami trwa zazwyczaj, do momentu wymiany dyrektora. Gdy pojawia się nowy, zwykle zmienia grafika. Nie mam więc żadnej gwarancji na to, ile lat będzie trwała tak współpraca. Ciągle ryzykuję, ale to ryzyko wpisane jest w moje działania i życie. To niebezpieczeństwo tworzy pewnego rodzaju emocje, po prostu wiem, że dany projekt muszę wykonać najlepiej jak potrafię.

Dla polskich teatrów też Pan tworzy?

Bardzo cieszę się z każdej takiej propozycji. Współpracuję nie tylko z teatrami, przez sześć lat byłem komisarzem wystaw Galerii Plenerowej w Warszawie: plakatów światowych pokazywanych na ogrodzeniu Łazienek Królewskich. Dla Łazienek stworzyłem identyfikację wizualną, współpracowałem też z Operą Novą w Bydgoszczy.

To zapewne długo się Pan nie wahał, kiedy nadeszła propozycja przygotowania plakatu do spektaklu otwierającego nową łódzką scenę – Scenę Monopolis?

Od razu się zgodziłem, jak z propozycją zadzwoniła pani Barbara Otto, choć w ogólne nie wiedziałem, co to za miejsce. Ale sama opowieść o nim, jak i sztuce, która wystawiana była już na wielu teatralnych scenach, rozbudziła moją wyobraźnię. Efekty pracy można było podziwiać na ulicach Łodzi. Ten telefon nie był przypadkowy, w jakimś stopniu zainspirował go Jerzy Maciej Koba, doskonały fotografik.

Warto było?

Oczywiście, ludźmi i miejscem, które stworzyli jestem oczarowany, byłem na dwóch premierach sztuki „Śmierć i dziewczyna”, do której stworzyłem plakat i gdy tylko będę w Łodzi, na pewno odwiedzę ponownie Scenę Monopolis. Cieszę się, że miasto tak zmienia swoje oblicze, m.in. dzięki takim osobom jak Krzysztof Witkowski i Tomasz Kona.

Czym różni się plakat zdobiący francuskie ulice i metro, od plakatów prezentowanych w Polsce?

Francuzi lubią obrazy pozytywne, dowcipne, błyskotliwe i takich oczekują. Polacy akceptują przekaz agresywny, drapieżny, ponury. Dzieje się tak chyba dlatego, że zostali przygotowani do tego przez historię. Na palcach mogę wyliczyć ponure plakaty swojego autorstwa, które przeszły we Francji. Kiedyś zrobiłem plakat przedstawiający swastykę ułożoną z łyżki i widelca do sztuki „Noc Herberta” wystawianej w Teatrze Polskim w Poznaniu i nikogo to nie raziło.

Przez lata rodzinna Łódź, jakby zapomniała o Panu. Czy udało się zrealizować marzenia o wystawie na ulicy Piotrkowskiej?

Nie udało się jeszcze, ale miałem już piękną wystawę w Centralnym Muzeum Włókiennictwa, to było tuż po mojej największej wystawie w Luwrze.

Świetnie, że Pan o tym wspomniał, bo bardzo interesuje mnie, jak żyjący twórca trafił do Luwru.

Po prostu mnie zaproszono, bym w Les Arts Décoratifs w Luwrze zaprezentował swoje prace. I do momentu tej wystawy byłem jedynym, który swoje prace mógł zaprezentować tam za życia. I przyznam szczerze, że narobiłem sobie tym wielu wrogów w Paryżu, bo wszyscy marzyli, by pokazać tam swoje prace za życia. Po mojej wystawie, która odniosła niebywały sukces, dziennie odwiedzało ją około tysiąca osób przez cztery miesiące trwania, zaczęto wystawiać prace innych żyjących twórców.

Wróćmy jednak do Łodzi. Mimo iż nie spełniło się Pana marzenie o wystawie na ulicy Piotrkowskiej, nie obraził się Pan na Łódź, skoro teraz będzie można podziwiać Pańską twórczość w czterech galeriach?

Nigdy nie obraziłem się na Łódź, chętnie tu przyjeżdżam, mieszka tu moja córka i syn, a wystawy na Piotrkowskiej pewnie się kiedyś jeszcze doczekam. Na razie zapraszam już w połowie marca do Łodzi, gdzie przez miesiąc w czterech galeriach jednocześnie prezentowane będą moje prace. Wystawę organizuje Lucas Dymny, dyrektor Alliance Française. I właśnie w siedzibie Alliance Française mieszczącej się w Manufakturze pokażemy moje ilustracje do książek i okładki płyt, są one wyjątkowe, ze względu na formę i sposób wykonania podpisów, na jednych robiłem je własnym kciukiem, na innych potłuczonym szkłem i wodą. W Muzeum Fabryki pokażemy oryginalne plakaty wykonane w metodzie sitodruku, w Galerii Re:Medium na Piotrkowskiej także zobaczyć będzie można plakaty, ale w zupełnie innym formacie. Natomiast w Galerii Ultramaryna Darka Fieta przy ulicy Wólczańskiej wystawię prace w formie obrazów, czyli przed nałożeniem typografii. Tam też pokażę wstępne szkice oraz rzeźby, które tworzę do swoich plakatów.

No właśnie, uchyli Pan rąbka tajemnicy i powie, jak powstają Pańskie plakaty?

Bardzo rzetelnie. Robię to co pani. Wykonuję pracę dziennikarską. Czytam, spotykam się z ludźmi, zadaję pytania, żeby wiedzieć, o co chodzi, jaki jest kontekst, jaki jest cel. W teatrze współczesnym trzeba wiedzieć jedną rzecz: gdy się robi Szekspira, to niekoniecznie będzie to Szekspir. Przykładem może być Irina Brook, córka Petera Brooke’a, która zrobiła „Juliette et Roméo” – specjalnie zmieniając tytuł, tak by szekspirowski kontekst był tylko pretekstem do spektaklu breakdance. Potem robię szkice, następnie powstają rzeźby, instalacje, które fotografuję, fotografię poddaję obróbce i nanoszą typografię, praktycznie zawsze wykorzystuję własne zdjęcia i pomysły, z reguły nie korzystam z banków zdjęć, chyba że potrzebuję zdjęć historycznych. Wszystko staram się sam produkować.

Dlatego zapewne woli Pan określenie Michał Batory rzemieślnik, a nie artysta?

Nie lubię określenia artysta, nie uważam, żebym nim był. Artystą się bywa, a rzemieślnikiem się jest. Słowo artysta pojawiło się na początku XIX wieku, wcześniej byli rzemieślnicy.

Czy przepis na dobry plakat jest wciąż taki sam?

Tak, to się nie zmieniło. Techniki się zmieniają, ale sens plakatu: przekaz, synteza, metafora, pozostał. Podobnie jak realizacja: ręczna, fotograficzna czy jakakolwiek. Media się zmieniają, ale nie sens plakatu.

Ale na ulicach coraz więcej plakatów wypełnionych jedynie treścią bez obrazu, a jeśli już obraz to z reguły zdjęcie artystów występujących w danej sztuce.

I nad tym bardzo ubolewam, ale się nie poddaję. Nad takimi plakatami nie trzeba myśleć, wystarczy wlać obraz i treść albo samą treść. Dwie, trzy godziny i jest gotowy. Na tworzenie swoich plakatów potrzebuję zdecydowanie więcej czasu. Do tygodnia, co i tak jest ekspresowym tempem.

Mimo tej zmieniającej się rzeczywistości, udaje się Panu zdobywać nowe zlecenia.

Tak, bo szybko pracuję i mam podejście analityczne. To są lata pracy, przede wszystkim nad nauką analizy i tworzenia obrazów, które są jej wynikiem. Analiza polega na czytaniu, oglądaniu, rozmowach, zbieraniu informacji, dopiero potem projektuję. Trudno jest nawet powiedzieć, dlaczego słowo napisane lub wypowiedziane przekształca się w obraz. Nie wiem, na czym to polega, ale niektórzy potrafią to robić, a inni nie. Od tego zależy, czy jest się plakacistą.

Czy wie Pan, ile plakatów zrobił już w swoim życiu?

Takich, które się ukazały – bo ja liczę tylko takie, które żyły na ulicy, nie jestem plakacistą, który robi plakaty, żeby dekorować nimi swoje ściany – to plakatów było około czterystu.

Nie tylko plakaty Pan tworzy, współpracuje także z różnymi wydawnictwami?

W Polsce od 25 lat współpracuję z wydawnictwem Drzewo Babel, projektowałem m.in. wszystkie okładki do książek Paula Coelho, które wychodziły w Polsce. Potem autor uznał, że jego książki na całym świecie będą mieć jednolitą oprawę.

Czy myślał Pan kiedyś o tym, by swoją wiedzę i doświadczenie przekazać młodszym artystom?

Oczywiście, że dzielę się swoją wiedzą, robię to w formie warsztatów, które od lat prowadzę w wielu krajach. Na etat docenta gdzieś na uczelni nie mam ani czasu, ani większej ochoty. Niebawem ruszam z Batory Factory, autorskimi warsztatami master class we własnym studio.

Wróci Pan kiedyś do Łodzi?

Nie sadzę. Moje spotkanie z Francją było i jest przepiękne. To jest jednak kraj dość otwarty i tolerancyjny, gdzie docenia się wartość człowieka i artysty. Nie żałuję ani przez chwilę, że wyjechałem z Polski w latach osiemdziesiątych. Gdybym został, zrobiłbym może jedną setną tego, co zrobiłem. l

 

Rozmawiała Beata Sakowska
Zdjęcia Kamil Głowacki/Biznes w kadrze