Czymś inspirującym i wyzwalającym była dla mnie ta jej bezwstydność, pojmowana oczywiście w sposób absolutnie pozytywny. Kalina nie bała się swoich potrzeb, nie wstydziła się tego, że ma apetyt na życie, na seks, że nie liczy się ze słowami, że mówi, co myśli, że bierze od życia, to co chce – mówi KATARZYNA KLIMKIEWICZ, reżyserka i scenarzystka, absolwentka Szkoły Filmowej w Łodzi.

Co takiego znalazła Pani w Kalinie Jędrusik, jej życiu i historii, że właśnie ją wybrała na bohaterkę swojej filmowej opowieści „Bo we mnie jest seks”?

To była wyjątkowa, nietuzinkowa, bardzo wyrazista osoba, jedni ją lubili, inni nienawidzili, ale można śmiało powiedzieć, że jest ikoną polskiej popkultury. Zaczęłam się zastanawiać, co w niej było takiego intrygującego, że chociaż od jej śmierci upłynęło już wiele lat i dawno minęły czasy, kiedy była gwiazdą, nadal jest inspiracją dla wielu kobiet, nadal jest wyjątkowa. Wczytywałam się w jej historię, biografię i zdecydowałam, że zrealizuję o niej film. Nie chciałam jednak pokazywać jej biografii, wolałam się skupić na fragmencie jej życia. Takie opowieści są dla mnie o wiele ciekawsze niż biografie, które próbują podsumować czyjeś życie od kolebki aż po grób. Taka narracja od razu narzuca potrzebę oceny, podsumowania czyjegoś życia. Mnie nie interesowało rozliczenie Kaliny z jej życia, czy też tego, jaką ono miało wartość lub co wniosła swoim życiem do społeczeństwa. Bardziej ciekawiło mnie, jak ona się odcisnęła na życiu ludzi, jakie wywierała wrażenie, na czym polegał ten jej fenomen. I to łatwiej było dostrzec w szczególe, we fragmencie jej życia.

I jaki fragment Pani wybrała?

Od występu na Barbórce, poprzez zakaz występów w telewizji, po wielki powrót, w którym wykonała ten swój słynny gest z plecami odsłoniętymi do granic możliwości. Myślę, że Kalina kojarzy się pozytywnie jako osoba wyzwolona, bezczelna, niepasująca do swoich czasów, buntownicza, która nie bała się, że komuś się narazi, która nie bała się być nielubiana.

Chyba Pani doskonale tą postacią wpisuje się w dzisiejsze czasy?

Czymś inspirującym i wyzwalającym była dla mnie ta jej bezwstydność, pojmowana oczywiście w sposób absolutnie pozytywny. Kalina nie bała się swoich potrzeb, nie wstydziła się tego, że ma apetyt na życie, na seks, że nie liczy się ze słowami, że mówi, co myśli, że bierze od życia, to co chce. Myślę, że wstyd jest takim kagańcem, który nam się narzuca. Wstydzimy się przyznać do tego, co myślimy, bo boimy się ośmieszenia, wstydzimy się swoich potrzeb, bo inni mogą ich nie zrozumieć. Kalina nie wstydziła się, ta jej bezwstydność stała się dla mnie punktem odniesienia, czymś, co w niej pokochałam. Realizując ten film, chciałam pokazać, jak ona mogła się czuć w różnych życiowych sytuacjach, chciałam spojrzeć od środka, jak to jest być seksbombą. Często znamy jej historię z perspektywy tego jak oceniali ją inni, szczególnie mężczyźni. W pewnym momencie pojawił się pomysł, by w filmie wykorzystać piosenki i to właśnie one stanowią taki trochę jej monolog wewnętrzny, w ten sposób odnosi się do tego, co się dzieje, komentuje to. Chciałam też wrócić do tamtych czasów, do lat 60., gdyż uważam, że był to bardzo ciekawy okres w kulturze, wzornictwie, modzie. Pokazać wizję przeszłości, która nie jest ponura i postać, która była wyjątkowo barwna.

Przecież lata 60. kojarzą nam z szarością, bezbarwnością, a w filmie ten świat jest taki kolorowy.

Znam te czasy ze slajdów moich dziadków, to właśnie na nich są one takie pastelowe. Dlatego może trochę je idealizuję. Myślę, że lata 60. to okres, w którym ludzie w końcu zaczęli czuć się bezpiecznie, życie po wojnie już się trochę unormowało. To nie był tylko czas walki politycznej, czy wiecznej inwigilacji. Ludzie się bawili, wyjeżdżali na wakacje. Warszawa w dużej mierze była już odbudowana, a warszawiacy byli z niej dumni. Chciałam pokazać w filmie tę nową Warszawę, nowe domy, osiedla, sklepy. Tak się utarło, że wszystko, co powstało w PRL-u, było brzydkie i obskurne. A tak nie jest i teraz zaczynamy to dostrzegać.

Idealizuje Pani te czasy?

Absolutnie nie, PRL trwał u nas przez długi okres i na pewno nie był rajem na ziemi, ale świat nie był czarno-biały, a ludzie próbowali znaleźć sobie w nim miejsce, chodzili na imprezy do Spatif-u, z chęcią oglądali Kabaret Starszych Panów, który stanowił pewną odskocznię. Nie był odgórnie narzucony, był poza polityką, ponadczasowy, błyskotliwy, atrakcyjny, światowy, a jednocześnie cały czas nasz prowincjonalny, choć pozbawiony kompleksów. I tak jak Kabaret Starszych Panów był pozbawiony kompleksów, tak Kalina była ich także pozbawiona, a ja chciałam spojrzeć na nią i jej czasy bez kompleksów.

Stąd też w filmie wątek otwartego związku, w którym Kalina żyła ze swoim mężem?

Jej relacja z mężem była oczywiście sensacyjna i do tej pory ludzi elektryzuje, bo jak to jest możliwe, że on akceptował jej kochanków i pozwalał na to, by z nimi mieszkali. Kalina miała bardzo duży temperament i potrzebowała dużo seksu. Jej mąż Stanisław Dygat, nie mógł jej tego zapewnić i w pewnym momencie dał jej wolność, ale to w żaden sposób nie umniejszało ich miłości, a wręcz ją wzmacniało. Oni bardzo się kochali, łączyła ich miłość oparta na przyjaźni.

Czy to jest film dedykowany kobietom?

Robiła go kobieta, o kobiecie, więc z tego wynika, że jest dla kobiet, ale nikt nie pyta mężczyzny, który robi film o mężczyźnie, czy to film dla facetów. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że to mężczyźni przez wiele lat narzucali pewien sposób narracji i w literaturze i w kinie. Ale głos kobiet, które stanowią połowę ludzkości, też jest przecież ważny.

W Pani twórczości głównymi bohaterkami są kobiety, które nie mają łatwego życia. W „Hanoi-Warszawa” młoda Wietnamka, która nielegalnie przedostaje się do Polski, w „Zaślepionej” dojrzała kobieta zakochuje się w młodszym mężczyźnie podejrzanym o terroryzm, w „Bo we mnie jest seks” niezależna kobieta żyjąca na swoich zasadach, niepasującą do swoich czasów. Dlaczego właśnie kobiety wybiera Pani na bohaterki swoich opowieści, są one Pani bliższe?

Przez wiele lat kobiety nie miały w sztuce wystarczająco głosu i przestrzeni, żeby zaistnieć. Wydaje mi się, że poprzez nie chcę też coś zrozumieć, uporządkować swoje doświadczenia, przemyślenia. Dla mnie robienie filmów jest właśnie rodzajem szukania odpowiedzi. Nie wykluczam, że kiedyś stworzę jakiegoś męskiego bohatera, ale póki co interesują mnie bardziej kobiecie postaci. Bohaterka filmu „Bo we mnie jest seks” zdecydowanie jednak różni się od dotychczasowych bohaterek, które zawsze kończyły marnie, doświadczały różnych przykrości i właściwie, mimo że walczyły z wielką determinacją, ostatecznie pozostawały same. Czułam, że nie chcę tych kobiet już tak dręczyć, że chciałabym opowiedzieć historię, w której kobieta nie zostaje ukarana, a jeśli ktoś próbuje ją karać, to ona wychodzi z tego i pokazuje, że ma to gdzieś, nie daje się zapędzić w kozi róg. I szczerze mówiąc, o wiele trudniej było opowiedzieć o takiej kobiecie, niż takiej, która obrywa ciągle od życia.

Jest Pani znana, jako reżyserka filmów dokumentalnych i krótkometrażowych. W ostatnim latach zajęła się Pani filmem fabularnym. Czy to już na stałe?

Tak. Film dokumentalny był dla mnie poligonem doświadczalnym, nie odnalazłam się w tym gatunku. Jestem osobą bardziej refleksyjną, a w filmie dokumentalnym trzeba mieć niesamowitą intuicję i wyczucie chwili. A ja często już po czasie orientowałam się, że byłam świadkiem jakiejś sytuacji, której nie zdążyłam zarejestrować i to budziło we mnie ogromną frustrację. Pracowałam nad kolejnym dokumentem, ale zupełnie mi nie szło, choć historie, które słyszałam od ludzi, były wstrząsające, przyjaciel zasugerował, żebym na ich postawie napisała scenariusz filmu fabularnego, tak powstał scenariusz do filmu „Hanoi-Warszawa”. Na bazie rozmów i tego, co zobaczyłam, stworzyłam historię o sytuacji Wietnamczyków w Polsce, którzy nielegalnie przekraczają granicę. Historia dzisiaj niezwykle aktualna wobec wydarzeń dziejących się na granicy z Białorusią. Pisząc ten scenariusz, rozumiałam, że czuję większą wolność, gdy mogę świadomie wybrać te fragmenty i opowieści, które dla mnie składają się w jakiś ciąg logiczny i w tym się lepiej odnajduję.

A jest już pomysł na kolejny film?

Nawet dwa, ale na razie nie chciałabym o nich rozmawiać. Teraz muszę chwilę odpocząć.

W filmową Kalinę Jędrusik wciela się Maria Dębska, która za tę rolę otrzymała główną nagrodę podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Jaką rolę w tym, jak gra aktor odgrywa reżyser?

To trudne pytanie. Z każdym aktorem pracuje się inaczej, każdy potrzebuje czegoś innego, jedni bardzo dużo informacji, inni wolą, żeby dać im jak najwięcej swobody. Z Marysią pracowało się doskonale, jest bardzo zdolna, zaangażowana, dużo włożyła w tę rolę. Pomagał jej cały babski sztab. Zaprosiłyśmy do współpracy coacha aktorskiego, by pomógł jej wydobyć różne energie, trenera i dietetyka, by mogła bezpiecznie przytyć i nabrać odpowiednich kształtów, trenera wokalnego, by swobodnie mogła zaśpiewać wszystkie piosenki. Ale to Marysia tchnęła w tę postać życie i nie mogę sobie wyobrazić nikogo innego w roli Kaliny.

Od razu wiedziała Pani, że Kalinę Jędrusik zagra Maria Dębska?

Nie, był casting. Marysia ma naturalny seksapil i charyzmę i to jest coś, czego nie da się zagrać. I ma niesamowitą aurę, udało jej się uchwycić tego ducha Kaliny.

Czy będąc współautorem scenariusza, łatwiej się potem reżyseruje?

Przy każdym filmie, przy którym pracowałam, miałam bardzo duży wpływ na scenariusz albo byłam jego współautorem lub autorem. Zawsze staram się pracować blisko ze scenarzystami i rozumieć ich wybory artystyczne. Bardzo łatwo jest nie zrozumiawszy czyjejś intencji coś zmienić i wykrzywić całą sekwencję zdarzeń. Myślę, że jest łatwiej, ale jak wchodzę na plan, staram się odciąć od tego, że jestem scenarzystą.

Czym dla Pani jest reżyserowanie, pracą, sztuką, opowiedzeniem historii?

Przede wszystkim zbiorowym doświadczeniem. Pisanie scenariusza jest dla mnie bardzo trudne, ponieważ jestdosyć samotnicze, a mi jest potrzebny drugi człowiek,n który mnie uruchamia. Najbardziej szczęśliwa jestem na planie, kiedy czuję, że udaje mi się zainspirować grupę w taki sposób, że wszyscy są świadomi tego, iż gramy do jednej bramki, pracujemy na jeden cel, a jednocześnie każdy ma wolność w swojej przestrzeni. Nie uważam, że reżyser jest człowiekiem, który ma wszystko wiedzieć, musi wiedzieć, co jest ważne, co jest jądrem całej historii, ale też powinien zostawić przestrzeń improwizacji i przestrzeń wolności pozostałym członkom ekipy, żeby oni sobie też znaleźli miejsce w tej pracy. Na planie każdy członek ekipy jest artystą i może zainspirować innych do zmiany planów. Tak było chociażby na planie filmu „Hanoi-Warszawa”, gdzie o ostatecznym kształcie jednego z ujęć zadecydowała sugestia głównego oświetleniowca. Gdy zaczynało nam brakować czasu na nakręcenie sceny zgodnej ze scenariuszem, która wymagała zbliżenia i przestawienia całego planu, zaproponował by zamiast dialogu bohaterki z policjantem, nakręcić scenę, jak od razu wsiada ona do radiowozu. Wyszło naturalnie. Lubię na planie tę wymianę energii, to poczucie, że jesteśmy razem. Oczywiście reżyser musi mieć ten ostateczny głos, by nie wprowadzić zbyt wielkiego chaosu.

Jak długo kręciliście film „Bo we mnie jest seks”?

32 dni. Wszystkie ujęcia realizowaliśmy w Warszawie.

Skąd wzięliście tyle tych autobusów popularnie zwanych ogórkami?

To właśnie też historia, kiedy czasami trzeba otworzyć się na coś nowego, gdy nie ma się tego, co by się chciało mieć. Początkowo scena, w której dziewczyny – Kalina z Xymeną rozmawiają o Ryszardzie Molskim (szef telewizyjnej rozrywki, który wyrzucił Kalinę z pracy – red.), miała się odbyć na tle wielkiego banera z namalowanym Gomułką, w którego oku miały siedzieć. Ale zbudowanie takiej konstrukcji okazało się bardzo drogie. Kierownik planu wpadł więc na inny znakomity pomysł, zaproponował, byśmy scenę nagrali w zajezdni autobusowej, w której postawimy wielki plakat Gomułki i akurat w niej mieściło się też muzeum tych autobusów. To kolejny pomysł, który wyszedł lepiej niż oryginał. Warto więc otworzyć się na innych, a nie upierać się przy swoich pomysłach.

Realizuje Pani filmy w Polsce i za granicą, gdzie jest łatwiej, porównuje Pani, czy bierze miejsce takie, jakie jest i się dostosowuje?

Dostosowuje się, ale wolę pracować w Polsce. Już wyjaśniam dlaczego. W Anglii nikt nikomu nie zwróci uwagi, nawet jak widzi, że się wali i pali. Tam uznają, że jak ktoś za coś opowiada, to znaczy się na tym zna i dopóki sam nie poprosi o pomoc, to jej nie potrzebuje. Nie do pomyślenia jest, by ktoś mógł kogoś skrytykować. Z jednej strony to jest fajne, bo ludzie mają do siebie nawzajem szacunek, nie podważają czyiś kompetencji, co u nas jest częste, ale z drugiej strony trzeba długo drążyć, żeby wydobyć prawdę. Ludzie są tam dużo bardziej skryci. I ostatecznie wolę już to nasze krytykanctwo, malkontenctwo i to, że pewne rzeczy mówimy wprost. Lubię pracować w Polsce. A praca przy każdej nowej produkcji wiąże się z innymi wyzwaniami, inną energią.

Ma Pani swojego ulubionego reżysera/reżyserkę?

Bardzo lubię filmy Jima Jarmuscha – „Tylko kochankowie przeżyją”, jeden z bardziej romantycznych filmów, jakie widziałam. Lubię Jane Campion i jej „Fortepian”. Takim moim talizmanem jest „Czas Apokalipsy” Francisa Forda Coppoli. A ostatnio szczególnie spodobał mi się serial „Gambit królowej” z doskonale poprowadzonymi postaciami kobiecymi. Polecam też serial „Zielona granica”, którego akcja toczy się wśród prymitywnych plemion dżungli amazońskiej. Dużo oglądam także filmów dokumentalnych.

Bywa Pani w Łodzi?

Ostatnio rzadko. Kończyłam tu Szkołę Filmową. I mam raczej miłe wspomnienia, ale teraz jestem pod wrażeniem, jak zmieniło się miasto. Nie mogę uwierzyć, że z tych ruin dawnego imperium Poznańskiego, które zapamiętałam, powstała Manufaktura. Zawsze z sentymentem wracam też do Łodzi Kaliskiej, podczas studiów bywałam tam bardzo często, wynajmowałam mieszkanie w pobliżu.

Katarzyna Klimkiewicz
Reżyserka i scenarzystka. Członkini Europejskiej Akademii Filmowej, przez wiele lat była członkinią zarządu i prezeską Stowarzyszenia Film 1,2. Jest także wiodącą reżyserką popularnego polskiego serialu Pierwsza miłość. Ukończyła reżyserię w Szkole Filmowej w Łodzi. Była stypendystką Binger Film Institute w Amsterdamie, robiła filmy w Berlinie, Izraelu, Wielkiej Brytanii, Chile. Jej krótkometrażowy debiut „Hanoi – Warszawa” zdobył wiele nagród w Polsce i na świecie, a Europejska Akademia Filmowa uznała go za najlepszy film krótkometrażowy 2010 roku. W pełnym metrażu zadebiutowała filmem „Zaślepiona”, który na Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film otrzymał Grand Prix Wielkiego Jantara, nagrodę za reżyserię oraz Nagrodę Dziennikarzy.