Leżałem i czekałem, kiedy przyjdzie koniec. Prosiłem Boga, żeby pozwolił mi przeżyć, ale szczerze mówiąc, nie miałem nadziei, że stamtąd wyjdę. W takich sytuacjach zmienia się zupełnie nasze dotychczasowe patrzenie na świat. Inaczej widzimy wiele spraw i inaczej wyglądają nasze oceny. Firma, biznes, pieniądze przestają być ważne. Właśnie wtedy okazuje się też, na kogo tak naprawdę możemy liczyć. O chorobie, biznesie i żużlu rozmawiamy z Witoldem Skrzydlewskim, łodzianinem, przedsiębiorcą, właścicielem firmy „H.Skrzydlewska”.

LIFE IN Łódzkie: Dziś o takich, jak Pan mówi się, trochę z zazdrością: ozdrowieńcy. Co Pan pomyślał, gdy usłyszał diagnozę koronawirus i zapalenie płuc?

Witold Skrzydlewski: W swoim życiu przechodziłem wiele różnych chorób, byłem połamany, miałem różne operacje. Można powiedzieć, że trochę czasu w łódzkich szpitalach spędziłem. Jednak Covid-19 i zapalenie płuc sprawiły, że po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać nad tym, czy tym razem uda mi się ze szpitala wyjść samemu, czy wyślą po mnie któryś z moich karawanów. U mnie choroba rozwijała się długo. Najpierw było przeziębienie, chrypa i lekkie osłabienie, ale nie miałem typowych objawów, o których piszą w internecie i mówią w telewizji. Nie było temperatury, nie kaszlałem, nie bolała mnie głowa. Po prostu któregoś dnia poczułem się trochę gorzej. Myślałem, że to przeziębienie, które złapałem podczas żużlowego Meczu Narodów i tak, jak nagle przyszło, tak szybko odejdzie. Nie odeszło. Po paru dniach stwierdziłem, że to musi być jednak coś innego. Z dnia na dzień stawałem się coraz słabszy, coraz trudniej było mi zebrać się do pracy, aż któregoś dnia zabrakło mi sił zupełnie. Zrobiłem test i okazało się, że mam koronawirusa. Trafiłem do szpitala, a później od lekarzy dowiedziałem się, że to był ostatni moment, w którym jeszcze można mi było pomóc.

Proszę opowiedzieć, jak wyglądał pobyt w szpitalu?

Na początku mało co kojarzyłem. Byłem przytomny, ale tak osłabiony, że nie wiedziałem, co się dookoła dzieje. Pamiętam tylko, że cieszyłem się z tego, że leżę na sali, a nie na korytarzu. Regularnie co kilka godzin przychodziły pielęgniarki, ubrane w specjalne kombinezony, żeby podać leki i podłączyć tlen. I tak dzień po dniu. Byłem tak słaby, że przez pierwszych kilka dni nawet nie miałem sił na to, żeby się ogolić, wziąć prysznic i umyć zęby. Gdyby mi ktoś wcześniej powiedział, że tak kiedyś ze mną będzie, to nie uwierzyłbym. Nie zapomnę też odgłosów wyładowywania i przetaczania do szpitala butli z tlenem. Zawsze w nocy przywozili napełnione, a zabierali puste, a później były transportowane do sal, gdzie leżeliśmy. Podziwiam personel szpitala, młodych ludzi, o których mówię „anioły w kombinezonach”. Pocieszali nas, podtrzymywali na duchu i walczyli o nasze zdrowie i życie, narażając swoje. Podczas mojego pobytu w szpitalu dwie osoby z personelu zaraziły się i wylądowały na oddziale. Mam wobec nich ogromny szacunek i dług wdzięczności, i zawsze będę powtarzał, że to właśnie dzięki nim żyję. Korzystając z okazji, chcę jeszcze raz podziękować całemu personelowi i dyrekcji szpitala im. Biegańskiego.

Wyszedł Pan po trzech tygodniach. Dziś już wszystko w porządku, siły wróciły?

Powoli dochodzę do siebie, co wcale nie jest takie proste. Nieprawda, że po tej chorobie wszystko od razu wraca do normy. Nie wraca i, jak mówią lekarze, długo jeszcze nie wróci, ale staram się normalnie funkcjonować. Przed chorobą byłem sceptycznie nastawiony do koronawirusa i Covid-19. Nie traktowałem tego problemu poważnie. Uważałem, że to taka trochę inna grypa. Dziś już wiem, że to nie jest zwykłe przeziębienie, a na pewno nie było takie w moim przypadku. Dlatego chcę powiedzieć wszystkim sceptykom i niedowiarkom, młodym i starym: Nie jesteście niezniszczalni! Dbajcie o siebie w tych ciężkich czasach.

Leżąc w szpitalnym łóżku, myślał Pan o firmie? Zarządzał Pan nią przez telefon?

Kiedy trafiłem do szpitala, to nawet przez chwilę nie pomyślałem o firmie. Telefon często dzwonił, ale ja nie miałem siły, żeby go odebrać. Leżałem i czekałem, kiedy przyjdzie koniec. Jestem osobą wierzącą, więc prosiłem Boga o to, żeby pozwolił mi przeżyć, ale szczerze mówiąc, nie miałem nadziei, że stamtąd wyjdę. W takich sytuacjach zmienia się zupełnie nasze dotychczasowe patrzenie na świat. Inaczej widzimy wiele spraw i inaczej wyglądają nasze oceny. Firma, biznes, pieniądze przestają być ważne. Właśnie wtedy okazuje się też, na kogo tak naprawdę możemy liczyć. Powiem Panu, że będąc już w trochę lepszej formie, ale wciąż w szpitalu, odebrałem wiele telefonów w sprawie sponsoringu. Nie pytali co u mnie, jak się czuję, tylko o to, czy będę mógł ich zasponsorować i kiedy najszybciej przekaże im jakieś pieniądze. Miałem wrażenie, że niektórzy, gdyby mogli, to wyjęliby mi poduszkę spod głowy. Trudno mi nawet teraz o tym mówić.

Pan w szpitalu z koronawirusem i zapaleniem płuc walczy o życie, a tu ważny dla firmy okres przed Wszystkimi Świętymi. Na dodatek rząd decyduje się pozamykać cmentarze…

Wie Pan, że pierwszy raz w życiu przed Wszystkimi Świętymi i w samo święto, nie było mnie w firmie? Ale jakoś sobie poradziliśmy, oczywiście nie obyło się bez strat. Kiedy patrzę teraz w tabelki i porównuję z ubiegłym rokiem, to widzę, jak dużo straciliśmy. Ale widzę też drugą stronę medalu – żyję. I w tym sensie cała reszta jest nieważna. A jeżeli chodzi o zamknięcie z dnia na dzień cmentarzy na Wszystkich Świętych, to uważam, że popełniono błąd. Przecież kiedy ludzie się o tym dowiedzieli, to masowo ruszyli na groby. Trudno oszacować ilu z nich zaraziło się wtedy koronawirusem.

Koronawirus, Covid-19, pandemia to tematy, które zdominowały dziś nasze życie. I to nie tylko dlatego, że wciąż o nich dyskutujemy. Padają firmy, ludzie
tracą pracę, zaczynamy bać się o swoją przyszłość. Nie pytam, czy bo to raczej pewne, ale jak Pana zdaniem koronawirus wpłynie na nas?

Myślę, że już nigdy nie będzie tak, jak było. Musimy się przystosować do obecnej rzeczywistości i tej jeszcze nieznanej przyszłości. Wszyscy łudzimy się, że to da się jeszcze odkręcić, że szczepionka, jakieś nowe lekarstwo na koronawirusa sprawią, że znowu będzie bezpiecznie. Nie będzie i dlatego my się też zmienimy. Nie będziemy już tacy otwarci, nie będziemy organizować wielkich uroczystości, wydarzeń. Już się zresztą zmieniamy. Niedługo Święta Bożego Narodzenia, nie wyobrażam ich sobie tak, jak jeszcze rok temu. Wielu rodzinnych spotkań przy wigilijnym stole, w których uczestniczyło po kilkadziesiąt osób, już nie będzie. Zamkniemy się w kręgu najbliższych. Proszę zwrócić uwagę na to, jak bardzo w ostatnim czasie wzrosły ceny działek poza miastem. Coraz więcej osób decyduje się na budowę domu. To też jest związane z lękiem przed koronawirusem i chorobą. Dom daje większe poczucie bezpieczeństwa. Wydaje mi się też, że rzadziej będziemy wyjeżdżać na zagraniczne wojaże i wczasy, dlatego chcemy się jakoś urządzić u siebie.

A na polski biznes jak wpłynie? Przetrwają tylko najsilniejsi?

To, kto przetrwa, a kto nie, zależy od wielu czynników, choćby od skali biznesu, od typu produkcji czy rodzaju usług. Na pewno przetrwają wielkie sieci, bo wejdą albo już są z handlem i usługami w internecie, ale małe biznesy mogą mieć problemy z normalną działalnością. Wydaje mi się, że właśnie teraz pandemia niszczy galerie handlowe. Widać coraz mniejsze zainteresowanie zakupami, coraz mniej klientów tam przychodzi. Ludzie wolą iść do okolicznych sklepów albo kupują przez internet. Jeżeli obowiązujące ograniczenia potrwają jeszcze kilka miesięcy, a przypuszczam, że tak będzie, to w ogóle przestaniemy bywać w galeriach, bo nie będzie po co tam chodzić? Dramat przeżywają przedsiębiorcy, którzy zainwestowali w siłownie, restauracje, sale weselne. To wszystko jest dziś zamknięte. Oni próbują jakoś sobie radzić, wymyślają dodatkową działalność, ale to przecież nie starcza nawet na czynsze i koszty utrzymania tych miejsc. Pamiętajmy, że pierwsza fala pandemii lekko dotknęła biznes. Dotacje rządowe z tarcz pomocowych pozwoliły większości przetrwać. Teraz rząd nie pomaga na taką skalę. Wspiera tylko niektóre branże. Pozostali albo już pozamykali swoje biznesy, albo mocno się nad tym zastanawiają.

W pierwszej fali pandemii rząd wprowadził całkowity lockdown. Musiał Pan zamknąć kwiaciarnie i został z towarem wartym setki tysięcy złotych. Co Pan wtedy zrobił? O czym w takiej sytuacji myśli przedsiębiorca?

Proszę pamiętać, że choć nasze kwiaciarnie zostały zamknięte, to umowy z naszymi kontrahentami obowiązywały cały czas. Kwiaty, których nie mogliśmy już sprzedawać, cały czas docierały do nas z całego świata. Kocham kwiaty i pękało mi serce, kiedy musieliśmy je zutylizować, ale nie było innego wyjścia. Straciliśmy z tego powodu fortunę. Mocno to przeżyłem. Wtedy też pomyślałem, że to chyba będzie koniec naszej firmy, a w takich sytuacjach różne myśli kłębią się w głowie, również te dramatyczne. Ale wziąłem lodowaty prysznic, zrobiłem gorącej herbaty, usiadłem i pomyślałem, że przecież ludzie przeżyli wojny, obozy koncentracyjne, okropne wypadki, więc moje problemy przy nich są tak naprawdę śmieszne. Pamiętam, że było wcześnie rano, ubrałem się i poszedłem do roboty. Kiedy zobaczyłem pracowników, nie mogłem pokazać, że jestem załamany. Pokrzykiwałem na nich, motywowałem, mówiłem, że sobie poradzimy i to zadziałało. A przy tym nikogo nie zwolniliśmy.

Ktoś jednak może powiedzieć: „Co on gada, przecież i tak zarobił, jak nie na kwiatach, to na pogrzebach…”

To prawda, ale jak nie idzie, to nie idzie. Podczas pierwszej fali pandemii pogrzebów było o jakieś 25 procent mniej niż przed więc i na tej działalności firma straciła.

Jesiennego lockdownu nie ma. Zamknięto tylko niektóre branże, ale i tym razem Pana biznes ucierpiał. Musieliście zamknąć kilka kwiaciarni. Jak tym razem odbije się to na kondycji firmy?

Musieliśmy zamknąć wszystkie kwiaciarnie działające w centrach handlowych. Trochę na tym stracimy, bo czynsze dalej musimy płacić, ale najważniejsze jest to, że i tym razem nikogo nie zwolniliśmy. Część pracowników wykorzystuje urlopy, część przesunęliśmy do innych punktów i obowiązków, no i czekamy, co będzie dalej. W takich firmach, jak nasza ważne jest zróżnicowanie działalności. Oprócz kwiaciarni mamy także sieć zakładów pogrzebowych, więc jak z jednym nie idzie, to drugim można trochę nadrobić. Chociaż, jak już mówiłem, przy pierwszej fali pandemii nie szło tu i tu. Kwiaty musieliśmy zutylizować, a i pogrzebów było znacznie mniej niż przed pandemią.

Ale teraz pogrzebów coraz więcej…

Tak, teraz pogrzebów jest więcej. Niestety.

Największa w Polsce sieć kwiaciarni i biur pogrzebowych, centrum florystyki ślubnej, kwiaciarnia internetowa, dziesiątki samochodów, wiele nieruchomości w Łodzi i nie tylko… Jak się prowadzi taki biznes jak firma „H.Skrzydlewska”?

Może zaskoczę Pana, ale to nie jest wcale takie trudne. Trzeba wstawać o piątej rano, nie patrzeć, kiedy kończy się dzień i nie brać urlopów. A tak na poważnie, to z prowadzeniem firmy jest jak ze wszystkim w życiu. Jeżeli nam na czymś zależy, to musimy się temu całkowicie poświęcić. Inaczej lepiej się za biznes nie zabierać.

Pamięta Pan moment, w którym zdecydował, że zbuduje w Łodzi sieć kwiaciarni?

Pamiętam. To było w latach osiemdziesiątych, niedługo po zakończeniu stanu wojennego. Udało mi się wtedy wyjechać na tydzień do Holandii. To był mój pierwszy wyjazd zagraniczny. Byłem w szoku, gdy zobaczyłem, jak można żyć. Poznałem właściciela sieci sklepów meblowych, który pokazał mi, jak to wszystko działa. Wtedy pierwszy raz pomyślałem, że fajnie byłoby coś takiego zbudować w Polsce. Drugi raz pojechałem do Holandii na początku lat 90. po samochód. Prowadziliśmy wtedy firmę ogrodniczą, uprawialiśmy i sprzedawaliśmy kwiaty, więc oczywiste stało się dla mnie, że musi to być sieć kwiaciarni. Kupiłem forda transita i kazałem namalować na samochodzie napis: H.Skrzydlewska sieć kwiaciarni. Nieważne, że mieliśmy wtedy tylko dwie kwiaciarnie. Wiedziałem, że niedługo będzie ich więcej.

*** Local Caption ***

No i wciąż Pan inwestuje. W ubiegłym roku kompleks kwiaciarnia i zakład pogrzebowy w Łowiczu, w tym roku nowa kwiaciarnia w bezpośrednim sąsiedztwie Starego Cmentarza. Wciąż Panu mało?

Nie w tym rzecz, że mało. Już tłumaczę, dlaczego wciąż inwestuję. Jakieś dziesięć lat temu chciało się ze mną spotkać dwóch mężczyzn. Nie znałem ich, ale nalegali, więc się umówiliśmy. Kiedy przyjechali na Dziewiarską, bardzo mnie zaskoczyli. O mnie i o firmie wiedzieli praktycznie wszystko. Reprezentowali jeden z funduszy inwestycyjnych i chcieli kupić moją firmę. Mnie obiecali jakieś wysokie stanowisko. Wysłuchałem oferty, a kiedy sobie poszli zadzwoniłem do syna, który miał wtedy jakieś 12 lat i marzenie, żeby mieć studio i kręcić kreskówki. Zapytałem go co on na to, żebym sprzedał firmę i zainwestował w jego studio. Byłem ciekaw, co powie. Pomyślał chwilę i mówi tak: “Tatuś, firmę mamy, a to studio nie wiadomo czy się uda”. Później zadzwoniłem do córki i też powiedziałam, że jest chętny na firmę. Pomilczała chwilę, a później zapytała, czy coś piłem albo paliłem. Powiedziałem, że nic i wyjaśniłem co i jak. Wtedy powiedziała: “Tatuś, politykiem się bywa, a firmę się ma”. Doszedłem do wniosku, że skoro raz pojawiło się zainteresowanie firmą, to pojawi się następnym razem. A jeżeli ona będzie większa, bardziej rozwinięta i nowocześniejsza, tym będzie cenniejsza. I właśnie wtedy postanowiłem ją rozbudowywać.

No to, co jeszcze ma Pan w planach na najbliższą przyszłość?

Jesteśmy akurat w trakcie rozbudowy sali pożegnań w Głownie. Myślę, że koniec inwestycji będzie na Wielkanoc przyszłego roku. A tego, co dalej nie zdradzę. Konkurencja nie śpi. Prowadzi Pan biznes od kilkudziesięciu lat.

Zdarzyło się w tym czasie coś, z czego jest Pan wyjątkowo dumny, albo coś, czego Pan bardzo żałuje?

Najbardziej dumny jestem z tego, co udało mi się do tej pory zbudować. A żałuję jednego, że przed laty zdecydowałem się wejść w branżę pogrzebową.

Dlaczego?

Długo by opowiadać, więc powiem tylko tyle, że wszystko, co złego wydarzyło się w moim życiu, było związane z biznesem pogrzebowym.

Kiedy leżał Pan w szpitalu, część teamu Orła Łódź zadeklarowała pomoc i stawiła się do pracy przy kwiatach. Potrzebni byli, czy poradziliście sobie bez nich?

Poradziliśmy sobie bez nich, ale postawa niektórych pozytywnie mnie zaskoczyła.

Pytam o żużlowców Orła Łódź, bo akurat jest czas przedłużania kontraktów i kontraktowania nowych zawodników. Kto wzmocni zespół, a z kim klub się pożegna?

Wie Pan, przestałem się już tak mocno angażować w działalność klubu. Jest prezes, jest trener i to oni decydują, kogo chcą mieć w zespole. Ja nie zamierzam
się w to wtrącać. Sponsoruję klub i będę to robił dalej, ale na to, kto będzie ścigał się w przyszłym sezonie, nie chcę wpływać.

Firma „H.Skrzydlewska” jest głównym sponsorem łódzkiego żużla. Ostatnio pojawiły się informacje, że myśli Pan o tym, żeby wycofać się całkowicie, albo zmniejszyć zaangażowanie w finansowanie Orła. To prawda?

Nieprawda. Wciąż powtarzam, że zaangażowałem się w żużel tylko dlatego, że to ukochany sport mojej córki. Sam wolę piłkę nożną. Kiedyś przez chwilę byłem nawet prezesem Widzewa Łódź. Zawsze mówię o tym otwarcie, więc i tym razem powiem, że gdyby dziś pojawił się ktoś zainteresowany przejęciem klubu, to moglibyśmy o tym podyskutować. Ale nikogo takiego nie widać na horyzoncie, więc tematu nie ma. Dlatego, póki co nie wyobrażam sobie, że likwiduję klub, albo przestaję w niego inwestować. W Łodzi jest spora grupa kibiców żużla i dla nich warto to robić. Mamy teraz ciężki czas, więc klub musi trochę inaczej, oszczędniej gospodarować pieniędzmi, ale jak to robi, to już zadanie dla prezesa i trenera.

Kiedy rozmawialiśmy ponad trzy lata temu, wspominał Pan, że powoli będzie chciał przygotować firmę do sukcesji, a samemu trochę odpocząć. Jak będzie z tym odpoczynkiem?

Zdradzę Panu jedno marzenie. Ładnych parę lat temu zaplanowałem, że kiedy skończę 70 lat, zrobię wielką imprezę urodzinowo-imieninową. Zaproszę na nią przyjaciół i znajomych, wspólnie poświętujemy, a później rzucę to wszystko i na rok zniknę. Zniszczę, albo wyrzucę gdzieś swój telefon, tak, żeby nie było ze mną kontaktu, postaram się o to, żeby na koncie mieć okrągłą sumę w prawdziwej walucie i wyjadę w świat. Wcześniej oczywiście powiem, kto ma tu rządzić. Po roku wrócę, żeby zobaczyć jak i czy moje dzieci poradziły sobie z firmą. Do siedemdziesiątki zostały mi jeszcze dwa lata, ale obawiam się, że przez tego cholernego koronawirusa marzenia pozostaną tylko marzeniami…

Rozmawiał Robert Sakowski
Zdjęcia Tomasz Stańczak