Anna ciągle by coś odnawiała, jest jak wulkan, długo nie usiedzi w jednym miejscu. Daje dzieciom dużo luzu i swobody. Wychodzi z założenia, że jak ma się komuś coś stać, to mu w drewnianym kościele cegła na głowę spadnie. Krzysztof jest dobrze poukładany, stanowczy i rygorystyczny, lubi minimalizować ryzyko. Chętnie zajmuje się dziećmi, a w chwilach wolnych oddaje się swojej największej pasji – polityce. Poznajcie Annę i Krzysztofa Makowskich, którzy w sumie mają szóstkę dzieci, apetyt na życie i wiele optymizmu. A ich receptą na udany związek jest po prostu miłość.

LIFE IN. Łódzkie: Spotykamy się w pierwszym dniu matur, tuż po tym jak Hubert i Zuzia zaczęli je pisać. Stresujecie się Państwo, czy wiecie, że dzieci sobie poradzą?

Anna Makowska: Nie stresuję się, powiedziałbym, że bardziej jestem wzruszona. Pierwsza myśl, jaka się w głowie pojawiła, to wspomnienie własnej matury, a po chwili przyszła refleksja o upływającym czasie i szybkim dorastaniu dzieci. Dzieciaki na pewno sobie poradzą.

Krzysztof Makowski: Ja się bardzo denerwuję. Ten egzamin jest bardzo ważny, czasami jeden punkt może zaważyć o przyjęciu dziecka na wymarzone studia. A wiadomo, każdy z nas miewa gorsze dni i co, jak przydarzy się dzieciom akurat podczas matur. Dopóki nie otrzymamy wyników, cały czas będę chodził podenerwowany, więc rodzina musi uzbroić się w cierpliwość, bo wyniki poznamy dopiero na początku sierpnia. Nie chciałbym, by plany naszych dzieci legły w gruzach. Hubert marzy o medycynie, Zuzia produkcji kosmetyków.

Anna Makowska: To pokazuje, jak bardzo się różnimy z mężem, on się stresuje i mówi o przewróceniu do góry nogami planów, a ja uważam, że nie można mieć planu na życie, bo jest ono totalnie nieprzewidywalne. Jeśli się wywróci, trudno, widocznie tak miało być i w ostatecznym rozrachunku wyjdzie im to na dobre. Jak nie w tym roku to w przyszłym, to jest jakiś etap w życiu, który niczego nie zamyka, pewnie ich czegoś nauczy, każdego z nich w inny sposób.

Ta różnica charakterów, to recepta na udany związek?

Anna Makowska: Myślę, że receptą na udany związek jest po prostu miłość, a reszta się jakoś dotrze.

Krzysztof Makowski: Dlatego schodzę z pola konfliktu (śmiech) i staram się unikać niepotrzebnych kłótni, które kompletnie nic nie wnoszą. Najważniejsze jest to, że my ze sobą chcemy być, że się sobą nie znudziliśmy, że się wzajemnie wspieramy. Chcemy ze sobą przebywać, rozmawiać o dzieciach, pracy i nowych pasjach.

To skoro poruszyliśmy już temat pasji – Pani Aniu skąd zamiłowanie do urządzania wnętrz?

Anna Makowska: Nie wiem, tak jakoś naturalnie to przyszło, dojrzewało wraz ze mną. Lubię stare meble, ich renowacja sprawia mi przyjemność. Relaksuję się przy tym i odpoczywam. W domu cały czas coś przestawiam, wymieniam meble, sprzedaję, kupuję. Mąż się śmieje, że mamy wędrujące meble. Nawet męża już tą moją pasją zaraziłam i przez to czuje się bezpieczny, bo mu ciągle powtarzam, by się cieszył, że zmieniam tylko meble (śmiech).

A Pan Panie Krzysztofie, w czym się realizuje?

Krzysztof Makowski: Ja wnoszę i wynoszę te meble (śmiech). A tak na poważnie moją największą życiową pasją są moje dzieci i im poświęcam naprawdę sporo czasu. Tak sobie z żoną określiliśmy te nasze domowe role, że to ja poświęcam dzieciom więcej czasu, a żona może realizować się zawodowo. Więc między moimi zawodowymi zobowiązaniami, wożę dzieci do szkoły i je odbieram, popołudniami jeżdżę z nimi na treningi – chłopcy Jasio i Stasio trenują piłkę nożną, a najmłodsza Marysia taniec i tenis.

Ma Pan też w domu swoją oazę spokoju, swój gabinet. Co tam Pan robi?

Anna Makowska: Analizuje (śmiech). Politykę uprawia.

Krzysztof Makowski: Gabinet, to faktycznie taki mój świat. Takie miejsce, gdzie mogę sobie popracować nad sprawami samorządu. Nie od dziś wiadomo, że polityka, ale ta na szczeblu samorządowym to moja wielka pasja. Duża polityka krajowa już nie pociąga, otarłem się o nią w moim życiu i gdybym się dalej nią zajmował, trudno byłoby nam utrzymać całą rodzinę razem. Do pewnych rzeczy w życiu się dorasta, z wiekiem zmieniają się priorytety. Teraz rodzina jest dla nas najważniejsza. Działam więc lokalnie, tu można naprawdę wiele fajnych pomysłów zrealizować i przede wszystkim jest się blisko ludzi. A ja lubię się z ludźmi spotykać.

A Pani też nadal jest aktywna w polityce?

Anna Makowska: Już nie, odpuściłam sobie. Realizuję się na innych polach i w mojej pracy zawodowej. Poza tym niewiele kobiet tak naprawdę się do polityki nadaje, jesteśmy zbyt emocjonalne, zbyt wrażliwe.

Jak przeżyliście Państwo przymusową izolację wywołaną pandemią koronawirusa, pewnie z taką gromadką dzieci łatwo nie było?

Anna Makowska: Krzysztof jest oazą spokoju, ja jestem raczej dość wybuchowa, więc to on doskonale realizował i nadal realizuje się w domowym nauczaniu. Ja codziennie jeździłam do pracy. Potrzebowałam czasu, żeby wszystko w firmie poukładać od nowa i zaplanować co dalej.

Krzysztof Makowski: Domowe nauczanie przyznam szczerze, to jest naprawdę duże wyzwanie, nawet dla tak poukładanego człowieka jak ja, sam w pewnym momencie zacząłem się gubić w tych wszystkich grafikach. I oczywiście nie dałem rady, kiedy pani od muzyki kazała uczyć się piosenek.

Z wuefem było prościej?

Krzysztof Makowski: Zadbaliśmy o to, by nasze dzieci były fizycznie aktywne. Jaś i Staś grają w piłkę nożną, więc codziennie w czasie izolacji zabierałem ich na wygrodzony teren, gdzie byliśmy sami i mogliśmy trenować. Marysia też chętnie jechała, dzięki czemu nauczyła się jazdy na rowerze na dwóch kółkach. A i Zuzia, jak chciała odetchnąć od nauki do matury, zabierała rolki i jechała z nami. A Ania w tym czasie odnawiała naszą wakacyjną przyczepę. Także czas podczas izolacji szybko nam mijał – lekcje, praca, lekcje, treningi, wspólny wieczór i już koniec dnia.

To, że chłopcy grają w piłkę, to ich wybór? Jak to jest z tymi wyborami, dajecie dzieciom wolną rękę, czy wybieracie za nie? Jak to było w Państwa dzieciństwie?

Anna Makowska: Każde z nas było zupełnie inaczej wychowywane. Stąd też mamy różne podejścia do pewnych działań.

Krzysztof Makowski: Ja byłem wychowywany w większym rygorze niż Ania. A jeśli chodzi o nasze dzieci, to wspólnie z Anią podjęliśmy decyzję, że muszą być aktywne fizycznie. I piłka nożna była takim pierwszym wyborem, bo ja kiedyś też grałem w piłkę.

Anna Makowska: Starszy Janek gra, ale to nie jest jego wielka pasja, czasami mam wrażenie, że to bardziej chęć zadowolenia taty. Teraz najchętniej zostałby e-sportowcem, jak większość nastolatków. Z kolei dla młodszego Stasia piłka nożna jest po prostu pasją. On uwielbia grać, nawet w sobotnie poranki, gdy ledwo dopijamy poranną kawę, słyszymy Staszka, jak podąża z piłką w siatce.

Krzysztof Makowski: A Maryśka, to jest po prostu wulkan wypisz wymaluj Ania. Jak patrzę na małą, to widzę, jaka musiała być Ania, będąc dzieckiem.

Anna Makowska: Marysia to artystyczna dusza, płacze na zawołanie, krzyczy na zawołanie, non stop stoi przed lustrem, coś tam ćwiczy, nagrywa filmiki, jak nic będzie z niej aktorka. Trochę tańczy, a Krzysiek wymyślił, żeby jeszcze grała w tenisa. Czy będzie z niej tenisistka nie wiem, ale artystka na pewno.

Każde z Państwa wchodziło w związek z bagażem doświadczeń, każde miało dzieci z pierwszych związków. Czy wszystkie dzieci mieszkają z Państwem?

Krzysztof Makowski: Moja dwójka z pierwszego małżeństwa, syn Hubert i córka Ola, mieszka z mamą, ale dużo czasu spędzają u nas. Córka Ani Zuzia mieszka z nami.

Anna Makowska: I najważniejsze, że wszystkie nasze dzieciaki lubią ze sobą spędzać czas.

Jesteście bardzo odważni, wchodziliście w nowy związek z bagażem doświadczeń, mężczyzna po przejściach, kobieta z przeszłością i jeszcze zdecydowali się na kolejną trójkę. Czy zawsze marzyliście o dużej rodzinie?

Krzysztof Makowski: To tak niezupełnie do końca było z tymi marzeniami. Janek, jak to w życiu bywa, pojawił się niespodziewanie, ale to on też jest sprawcą tego, że pojawiły się kolejne maluchy. Na początku było tak, że Zuzia mieszkała tydzień z nami, tydzień u swojego taty, moje dzieci były u nas co dwa tygodnie. I jak oni wszyscy wyjeżdżali, to Janek wchodził pod stół i strasznie płakał, że ma tyle rodzeństwa i musi zostawać sam. Więc wbrew całej rodzinie, podjęliśmy decyzję o kolejnym dziecku. Ania bardzo chciała mieć kolejną córkę, a tymczasem urodził się Stasio. Więc po Stasiu urodziła się Marysia, i kto wie, może byśmy zdecydowali się na kolejne dziecko, tylko Ania po porodzie miała duże problemy zdrowotne i każda kolejna ciąża była dla niej zagrożeniem.

Anna Makowska: Duża rodzinna nam się spodobała.

Co jest takiego najfajniejszego w rodzinie wielodzietnej?

Krzysztof Makowski: Maluchy sprawiają, że w ogóle nie odczuwam upływającego czasu. Dzięki nim nie czuję się na swój wiek, wewnętrznie cały czas jestem trzydziestolatkiem. Dzieci dają dodatkową energię, mobilizują do tego, żeby się parę rzeczy chciało zrobić. Tak pewnie człowiek po pracy zasiadłby na kanapie, popijał piwo i patrzył w telewizor. A tak cały czas jestem w ruchu.

Anna Makowska: Niektóre etapy w życiu przychodzą człowiekowi dużo łatwiej. Najstarsze dzieci mamy już odchowane, one za chwilę pójdą na studia, zaczną żyć swoim życiem i zostalibyśmy sami, a tak będzie z nami jeszcze całkiem fajna gromadka.

To, co będziecie robić, jak wszystkie opuszczą dom?

Anna Makowska: Tym razem mamy już plan, kupimy kampera i będziemy jeździć po świecie.

Ale przyczepę już macie?

Anna Makowska: Oj i to dużą, byśmy się mogli w niej wszyscy pomieścić (śmiech).

Krzysztof Makowski: W ubiegłym roku zrobiliśmy sobie sypialnię w tej przyczepie, jak do tej pory spaliśmy w niej tylko raz, a tak cały czas w przedsionku w rozkładanym łóżku, bo nam ciągle ktoś tę sypialnię zajmuje.

A skąd się ta przyczepa w ogóle wzięła?

Anna Makowska: Przy takiej ilości dzieci nie stać nas na zagraniczne podróże samolotowe, więc trzeba było znaleźć inny sposób wypoczywania. Najpierw jeździliśmy samochodem na kempingi do Chorwacji, ale dzieci marudziły, że to za daleko i że najbardziej lubią polskie morze, więc stanęła przyczepa na Helu. I teraz dzieci tam spędzają każde wakacje, część z nami, część z dziadkami.

Krzysztof Makowski: I wszyscy są bardzo zadowoleni. Dzieciaki przez wakacyjne miesiące żyją z dala od elektroniki, cały czas spędzają na świeżym powietrzu, pływają, wymyślają róże fajne zabawy z kolegami z kempingu.

Jakimi Państwo jesteście rodzicami – nadopiekuńczymi, czy dajecie dzieciom swobodę i możliwość doświadczania różnych rzeczy?

Anna Makowska: Nadwrażliwi nie jesteśmy, Krzysiek jest bardziej stanowczy i rygorystyczny, ja daję dzieciom dużo luzu i swobody. Takie podejście wynika pewnie z tego, jak my byliśmy wychowywani. Moi rodzice owszem kontrolowali mnie, ale dawali mi dużo swobody, po prostu mi ufali.

Krzysztof Makowski: U mnie w domy panował większy rygor, do domu zawsze musiałem wracać o określonej porze, więc jak zaczęły się osiemnastki, byłem chyba największym pechowcem w Łodzi. By opóźnić powrót do domu, mówiłem rodzicom o wypadku tramwaju, pożarach, aż w pewnym momencie zabrakło mi tych pomysłów. Ja z kolei staram się wszystko przewidywać i minimalizować ryzyko, więc dzieci jak się kąpią w morzu, to tylko w kamizelkach, jak jeżdżą na rowerze, to tylko w kaskach. Wiem, że nie jestem w stanie ich przed wszystkim uchronić, ale tam, gdzie mogę przewidzieć pewne scenariusze, staram się zapobiegać.

Anna Makowska: Ja wychodzę z założenia, że jak ma się komuś coś stać, to mu w drewnianym kościele cegła na głowę spadnie.

Będzie wybierać dzieciom przyszłość?

Krzysztof Makowski: Ola i Hubert chcą być lekarzami, Janek chce iść do Technikum Gastronomicznego, sam wybrał, Stasio na razie chce być piłkarzem, Marysia na pewno będzie artystką, a Zuzia chciałaby produkować kosmetyki.

Anna Makowska: Staramy się dzieciom dać wszystko, czego w naszych czasach nie było, bądź czego nasi rodzice nie mogli nam dać. Staramy się nauczyć je wszystkiego – języków obcych, jazdy na nartach, pływania, pływania na desce, chodzą na wybrane przez siebie zajęcia dodatkowe. Niech spróbują wszystkiego, co wykorzystają w życiu, będzie ich wyborem.

Rozmawiała Beata Sakowska
Zdjęcia archiwum prywatne