To widzowie są dla mnie sensem tej pracy, nie moje egotyczne plany na swój rozwój, czy rozwój firmy. Nie zawiedli mnie w najcięższych czasach, gdy wydawało się, że fundacji nic nie może już uratować. Udało się przetrwać i teraz wiem, że mogę zrealizować wszystkie marzenia. A aktorsko nigdy nie byłem tak zdyscyplinowany i dyspozycyjny. Od kilku lat żyję totalnie  bez używek, bardzo dużo gram, jestem właściwie w teatralnym cugu – opowiada KAMIL MAĆKOWIAK, aktor i prezes Fundacji Kamila Maćkowiaka.

Jak widzę repertuar teatru Fundacji Kamila Maćkowiaka wypełniony spektaklami do końca roku, to aż serce się raduje! Widzę też dwie premiery – „Idioty” i „Zombi”. Czy to nie nazbyt odważne w tak niepewnych czasach?

Nie patrzę na to w kategoriach odwagi, ale pewnej determinacji w próbie powrotu do naszej normalności. Korzystamy z okresu odmrożenia działalności teatrów, w końcu gramy dla pełnej sali, chcemy się skupić na naszej teatralnej codzienności. Październikowa premiera „Idioty” miała się zresztą odbyć prawie rok temu. Można zatem powiedzieć, że póki co odrabiamy zaległości.

Pandemia dała Ci mocno w kość. Fundacja nie mogła wystawiać nigdzie spektakli, ty też nie mogłeś realizować się zawodowo w innych teatrach, czy na filmowych planach. Co wtedy robiłeś, co czułeś jako biznesmen i jako aktor?

Jak wszyscy byłem przybity sytuacją, zdezorientowany i bezradny, ale to przedsiębiorca „oberwał” najbardziej. Nie narzekałem, że nie mogę grać, nie realizuję się, czy nie zarabiam jako artysta, ale bezsilność przedsiębiorcy, którego dziecko, czyli mój teatr, moja fundacja, idzie na dno – to było bardzo przytłaczające, zwłaszcza przy pierwszym lockdownie.

I fundacja mocno ucierpiała – zostałeś praktycznie sam na polu bitwy, bo nie stać cię było na zatrudnienie pracowników. Pewnie znowu pojawiła się myśl, by rzucić to wszystko i zacząć grać u innych. Ale przetrwałeś. Dzięki czemu, a może dzięki komu bardziej powinnam zapytać?

To szereg zdarzeń, właściwie ciąg przyczynowo-skutkowy. Po kilku tygodniach marazmu, w który wszyscy wpadliśmy, zwyciężył instynkt przetrwania i ratowania firmy za wszelką cenę. Mimo iż musiałem się pożegnać ze wszystkimi pracownikami etatowymi, bo nie stać było fundacji na płacenie pensji, wiedziałem, że mam ze sobą też moją grupę projektową, tzn. ekipę, która jest ze mną w teatrze – mój ścisły spektaklowy team i to dawało minimum bezpieczeństwa. Straciłem biuro i administrację, ale ekipa teatralna została, a to dzięki temu, że dziewczyny mają swoje prace poza fundacją. Postanowiłem również zrobić atut z sytuacji, w której się znaleźliśmy. Skoro straciłem całe zaplecze administracyjno-biurowe zacząłem budować strukturę firmy od początku. Dzięki firmie, która zrealizowała dla fundacji usługę doradczą, zdefiniowałem na nowo nasze cele, biznesplan, zrobiliśmy mapowanie procesów i wprowadziliśmy procedury niezbędne na etapie rozwoju fundacji, w którym się znaleźliśmy. Słowem Titanic tonął, a ja zamiast uciekać, planowałem jego dalsze podróże. Myślę, że to było najważniejsze, że się nie poddałem – utrzymałem siebie w aktywności i walczyłem o przetrwanie fundacji, wierząc, że się uda.

Zostawmy ten mroczny czas i spójrzmy optymistycznie w przyszłość. Wspomnieliśmy o dwóch premierach, które obejrzymy w Scenie Monopolis jeszcze w tym roku. Jeden
ze spektakli – konkretnie „Idiota” pokazywany był już przedpremierowo. Będzie to kolejne hitowe przedsięwzięcie?

Nigdy nie robię spektaklu z myślą, że „będzie hitem”, skupiam się na opowiedzeniu historii, obudowaniu i jak najatrakcyjniejszym przekazaniu jej w „ręce” widza. To nasza publiczność jest  item i pandemia to także potwierdziła.

Co to znaczy?

To właśnie publiczność ogromnie nas wspierała przez wszystkie lockdowny i kolejne zmiany, które wprowadzał rząd. Ciągle przekładaliśmy bilety i proponowaliśmy kolejne życzeniowe terminy, a widzowie cierpliwie czekali, nie chcieli zwrotu pieniędzy, wsparli także naszą zbiórkę publiczną, nie zostawili nas. To widzowie są dla mnie sensem tej pracy, nie moje egotyczne plany na swój rozwój, czy rozwój firmy. To oni mnie wsparli także psychicznie, dając niesamowity feedback, kiedy myślałem, że to już nasz koniec. Zacząłem żartować, że po pandemii powinniśmy zamienić nasze hasło reklamowe z „najbardziej emocjonujący teatr w mieście” na „Teatr Fajnych Łodzian”.

Wracając jednak do „Idioty”, o czym jest spektakl?

To wprost niewiarygodnie aktualna historia. Opowieść o mikroprzedsiębiorcy, który przez kryzys ekonomiczny na świecie (na potrzeby spektaklu nazwaliśmy go właśnie pandemią, choć tekst został napisany kilka lat wcześniej) traci wszystko – swoją firmę, dom, jakąkolwiek stabilizację. Przypadkowo znajduje w Internecie ogłoszenie o dobrze płatnym eksperymencie naukowo-medycznym. Zgłasza się, wierząc, że to sposób na łatwe pieniądze. Jest tylko jeden problem, podpisuje umowę bez czytania… no właśnie i tu się zaczyna cała akcja spektaklu. Ten eksperyment to pewna metafora ucisku jednostki przez korporacje, rządy, etc… To studium manipulacji, ale i łamania człowieka.

Jak się pracowało z Agnieszką Skrzypczak?

Fantastycznie. Muszę przyznać, że atmosfera pracy to też bardzo ważny element w naszej fundacji. Kameralne obsady muszą mieć jakąś chemię miedzy sobą, wzajemną ciekawość, poczucie wzajemnej akceptacji. Agnieszka to mój lek antydepresyjny, my cały czas się śmialiśmy. Nigdy wcześniej próby do jakiegokolwiek spektaklu nie były tak rozstrzelone w czasie. Przecież to był wielki znak zapytania, kiedy w końcu będziemy mogli „Idiotę” zaprezentować widzom. Dlatego, wbrew wszystkiemu, ciągle pracowaliśmy i ciągle się śmialiśmy. Wraz z Anią, asystentką reżysera Waldka Zawodzińskiego, pod pretekstem nauki tekstu umawialiśmy się w fundacji albo u mnie w domu i nie opuszczała nas dobra zabawa. To kolejny jasny punkt tego okresu i powrót do odpowiedzi, dzięki czemu i komu przetrwałem.

A spektakl „Zombi”, o czym będzie?

Znów bardzo aktualny społeczny problem – uchodźcy. Teraz jeszcze bardziej nawet, niż gdy decydowaliśmy się na ten tekst. To spojrzenie na problem uchodźców z wielu perspektyw, a jednocześnie bezkompromisowy język i teatralna forma. To właściwie bardziej transteatralne show z trojgiem aktorów (Karol Puciaty, Mateusz Rzeźniczak i ja) i trzema Drag Queen: Lady Brigitte, Zicola i Lukrecja. Sam jestem ciekaw efektu. Premiera odbędzie się w moje urodziny. To nasza tradycja, by grać spektakl w ten dzień. Lubię świętować w pracy.

Jesteś pracoholikiem?

Nie sądzę. Postrzegam siebie raczej jako faceta leniwego, ale nie pozbawionego pasji. I to ta pasja staję się motorem działania i zmuszania się do codziennej samodyscypliny. Ja właściwie, przez ostatnie lata, produkuję spektakl za spektaklem, jestem w ciągłym schemacie: wybór sztuki, proces produkcji, marketing, premiera i od nowa. Może to nawet stało się moim sposobem na życie.

Także w pandemii zrealizowaliście premierę Twojego kolejnego autorskiego monodramu „Klaus – obsesja miłości” o Klausie Kinskim. To chyba dość ryzykowny temat?

Najszczerzej jak potrafię – to mój najważniejszy spektakl od Niżyńskiego, właściwie bardziej najważniejsza rola. Rola-przełom, która otwiera przede mną nieco inne emploi, rola dla czterdziestolatka, który używa już innych aktorskich środków, jest samoświadomy i może opowiadać o przekroczeniach, jednocześnie nie przekraczając niczego w sobie. Nie przekraczając w sensie destrukcyjnym. Niezwykły życiorys Kinskiego i jego kontrowersyjna autobiografia jest punktem wyjścia, by zmierzyć się z tak skomplikowaną postacią, w pewnym sensie potworem, ale także rozliczyć się z zawodem aktora, którego Kinski szczerze nienawidził. A przynajmniej tak twierdził. Mój Klaus pełen jest sprzeczności, ale duży nacisk w spektaklu położyłem na to, by go zrozumieć, uczłowieczyć, nie grać demona.

Jak widzę z „Niżyńskim” nie możesz się rozstać, czy może to bardziej widzowie nie chcą, byś się z nim pożegnał?

Tym razem pożegnam się z „Niżyńskim” bez fajerwerków. Ten niezwykły monodram, dla wielu już spektakl-legenda, to każdorazowo wyzwanie, ale i gigantyczna satysfakcja. To papierek lakmusowy mojej aktorskiej i życiowej formy, a nieskromnie uważam, że nigdy nie byłem tak zdyscyplinowany i aktorsko dyspozycyjny. Od kilku lat żyję totalnie bez używek, bardzo dużo gram, jestem właściwie w teatralnym cugu (nie licząc przymusowych przerw spowodowanych lockdownami), to przekłada się na rezultat mojej pracy na scenie. „Niżyński” jest lepszy niż kiedykolwiek – gram głębiej, mocniej, pewniej. Jedynie taniec nie jest już tak spektakularny – ograniczeń ciała nie przeskoczę, ale w tej historii o niemocy artysty, o umieraniu geniusza to właściwie atut.

Ale o pożegnaniu z jednym tytułem – „50 słów”, ostatnio informowaliście w social mediach. Nie sprzedawał się zbyt dobrze?

Nie, rozstanie z tym spektaklem było spowodowane sytuacją życiową Kasi Cynke, to jej decyzja, którą musiałem uszanować. Uwielbiałem grać z Kasią, jeszcze w Teatrze im. Jaracza w innej dwuosobówce – „Zszywaniu”. Żal mi też było „50 słów”, bo to świetna, uniwersalna historia, słodko-gorzka, w której odnajdzie się większość par. Dlatego ten spektakl wróci i mogę o tym po raz pierwszy powiedzieć głośno. Repremiera „50 słów” w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego odbędzie się w kwietniu 2022 roku, a rolę Leny, mojej żony, zagra Maria Seweryn. Jestem bardzo podekscytowany perspektywą współpracy z Marysią. To wspaniała, niezwykle charyzmatyczna aktorka. Wierzę, że i w tym duecie na scenie będzie iskrzyć.

Którą z obecnych w repertuarze Teatru Fundacji Kamila Maćkowiaka sztuk wystawiacie najczęściej?

Widzowie kochają nasze komedie: „Totalnie szczęśliwych” i „Cudowną terapię”, gramy je czasem nawet dwa razy dziennie: o godzinie 16 i 19, z pewnością mógłbym też tu wymienić „Diva show”. To już ósmy rok na scenie z Divą i fenomen tego spektaklu wciąż mnie zaskakuje. Może dlatego, że to bardzo uniwersalna historia, mimo iż na scenie stoi facet przebrany za Tinę Turner i łączy stand-up z psychodramą w iście almodovarowskiej oprawie. Lubię to grać. Tylko nie znoszę tych trzech godzin przed wyjściem na scenę, kiedy mnie malują, robią paznokcie, zakładają gorset, kieckę, perukę i szesnastocentymetrowe koturny. Jestem chłopakiem w dresie i w takim outficie czuję się najlepiej.

Fundacja działa już jedenaście lat. Utrzymujesz ją bez żadnych stałych dotacji. Czy udaje Ci się przetrwać tylko dzięki wiernej widowni?

Co jakiś czas udaje nam się pozyskać wsparcie miasta i bardzo sobie cenimy tę współpracę. Mamy też firmy, które nas wspierają: Virako, które jest naszym biznesowym partnerem oraz firmę Clariant. Dzięki nim także przetrwaliśmy te ostatnie półtora roku. Są też przyjaciele – przedsiębiorcy z Fundacji LodzArte. Dzięki Monopolis zresztą liczymy na pozyskanie kolejnych
inwestorów, partnerów, korporacji, które będą zainteresowane wsparciem jedynego, takiego jak my, teatru w Łodzi. Zresztą nie wyciągamy ręki po pomoc, zbudowaliśmy bardzo rzetelną ofertę – przez usługi reklamowe, wizerunkowe, po spektakle zamknięte dla firm, czy bonusy dla pracowników. Wierzę, że styk kultury i biznesu to przyszłość dla Łodzi i że ten mariaż może dać niesamowite efekty. Przykład twórcy Monopolis i naszego mecenasa Krzysztofa Witkowskiego tylko to potwierdza.

Czego potrzeba, by fundacja bardziej rozwinęła skrzydła?

Nie będę narzekał na brak pieniędzy, oczywiście ich zawsze trzeba, ale wierzę, że będziemy mieli szansę, by je zarobić. Dzięki temu, że związał się z nami także Waldemar Zawodziński, wybitny reżyser i scenograf, jestem spokojny także o poziom naszych produkcji. Teraz trzeba nam nowego, dużego wyzwania. Model współpracy z ArtKombinatem, z którym tworzymy ofertę kulturalną w Scenie Monopolis, daje nam siedem, osiem wieczorów w miesiącu dla naszej fundacji. To trochę mało, żeby się rozwijać. Dlatego chciałbym, żebyśmy zaczęli grywać też w innych miastach – oczywiście w Warszawie, ale nie tylko. Czuję wręcz motyle w brzuchu, gdy myślę o zdobywaniu nowej publiczności, nowego miejsca, energii innych artystyczno biznesowych konfiguracji. Oczywiście Łódź zostanie naszą bazą, naszym numerem jeden.

Fundacja ma nową wiceprezes Małgorzatę Grodzińską. Czy to oznacza, że kreślicie wspólnie nowy początek?

Jak już mówiłem mam wspaniałą ekipę: Donę, Anię, Anitę, Dżoanę, Olgę, Marka i Łukasza, ale bardzo potrzebowałem osoby, dla której fundacja stanie się takim samym priorytetem i wyzwaniem jak dla mnie. Która będzie tu na pełen etat, poświęci swój czas, wiedzę, kreatywność. Gosia jest dla mnie właśnie kimś takim. Budujemy wspólną wizję, wreszcie realizuje zaniedbane i nieco zakurzone pomysły na PR, czy inne działania pozateatralne, na które dotąd nie było czasu. Jest nie tylko szefową, która ogarnia stronę księgową, czy administracyjną w fundacji, pisze wnioski o dotacje, czy buduje nasz biurowy zespół. Jest też partnerką do kształtowania wizji artystycznej. Jej wielofunkcyjność i zaangażowanie daje mi ogromne poczucie bezpieczeństwa i wiarę, że razem możemy zrealizować wszystkie marzenia.

Rozmawiała Beata Sakowska
Zdjecia Izabela Urbaniak