Nigdy nie byłem typem imprezowicza. Owszem, zaszaleć umiałem, rachunki za niektóre głupoty płacę do dziś, ale były to jednak kameralne konfiguracje osobowe, a nie tłum anonimowych osób w klubie, który powodował raczej stany lękowe, niż chęć zabawy.

Od knajp zdecydowanie wolałem domówki, bezpieczne grono, które dawało komfort, nazwijmy to eksplorowania młodości. Dziś jednak z niepokojem obserwuje to, że nawet wizja domówki wywołuje we mnie dreszcze niepokoju. Pojawia się w głowie miliom wątpliwości, pytań i arcyciekawych kontrpropozycji typu – „zjem se kolację w domku, wejdę pod koc, odpalę Netflixa”.

Wyjście wiąże się z perspektywą zarwanej nocy, niewyspania, jakiegoś wydatku energii, a mówiąc wprost – mi się nie chce. Mam nadzieję, że to raczej chwilowe, że owszem wynika pewnie i z metryki, ale jeszcze bardziej chyba z pandemicznych przyzwyczajeń, gdy moje życie zwolniło, czy wręcz pędzący wagonik mojej codzienności został gwałtownie zatrzymany ręcznym hamulcem.

Nie chce mi się zwłaszcza jeśli ocenię, że czegoś robić nie muszę, a tych rzeczy po tygodniach przymusowej kwarantanny jest całkiem sporo. Dlatego powrót do nowo-starej rzeczywistości jest doświadczeniem dość dziwnym. Zdaję sobie sprawę, ile czasu poświęcałem na rzeczy, które właściwie nie są mi potrzebne, na zdobywanie ich, czy przejmowanie się problemami, które pewnie kiedyś i tak się jakoś rozwiążą, ale ja nie mam na nie żadnego wpływu. Patrzę na tę swoją szamotaninę sprzed kilku miesięcy, jak na jakiś nierealny film science fiction i zastanawiam się „po co mi to”?

Żebyście mnie dobrze zrozumieli – wyszedłem już z etapu inercji, jakiejś zapaści – teraz po prostu sprawia mi przyjemność czas poświęcany sobie – slow life, celebrowanie porannej kawy, długie zakupy na rynku, trzygodzinna przejażdżka rowerem, czy czytanie książek w wannie z nieodłącznym dolewaniem ciepłej wody.

Chodzi o to, że nie robię tych czynności przy okazji i mimochodem, tylko na nich się właśnie skupiam, one dają radość i sens dnia. Stara-nowa rzeczywistość jednak boleśnie domaga się powrotu do dawnych schematów: próby, spektakle, spotkania, stres, siedzenie nad Excelem z wydatkami fundacji, nad tabelką sprzedaży biletów.

Nasz teatr w Monopolis gra przez całe lato, w lipcu w końcu wznawiam „Niżyńskiego”, pod koniec sierpnia pierwsze pokazy spektaklu „Klaus – obsesja miłości”, w listopadzie kolejna premiera, znowu nerwy, wątpliwości, problemy, cały ten emocjonalny roller coaster… Zaraz mi się zachce, wrócę, zaloguje się w poprzednim rytmie życia i może tylko zostawię sobie parę postpandemicznych nawyków, by czasem wyhamować i wyczyścić głowę z potrzeby ciągłego działania, doświadczania, przeżywania.

Co prawda nadal nie będzie mi się chciało udzielać towarzysko, na widok imprezujących dwudziestolatków na Pietrynie w piątkowy wieczór znów pomyślę: „oj dzieci, dzieci, kiedyś wam przejdzie”, ale to już temat na kolejny felieton.