Kotor 9.00

Wraz z trójką przyjaciół po tygodniu wspólnego eksplorowania Czarnogóry wyruszamy z Kotoru do Podgoricy. Auto z wypożyczalni ledwo zipie, zwłaszcza na krętych, stromych i wąskich drogach, przepisy drogowe właściwie tu nie obowiązują, zatem jedziemy ostrożnie, ale – co najważniejsze – wypoczęci i w świetnych nastrojach.

Podgorica 11.40

Bilety na lot wykupione od kilku tygodni, zrelaksowani czekamy w kolejce do odprawy i nagle ZONK: samolot jest „overbooked” i nie ma już dla nas miejsca. Proponują nam lot o 15.00 z przesiadką w Belgradzie. Jakieś Niemki za nami dostają histerii, my wciąż zadowoleni, odbieramy vouchery na darmową kawę i idziemy na bardzo długo wypijaną „kapuczinę”.

Belgrad 16.30

Przez 50 minut lotu z Podgoricy do stolicy Serbii mogłem się poczuć „jakby luksusowo”, bo w przeprosinowym gratisie dostaliśmy pierwszą klasę. Niczym rodowity Janusz wepchnąłem w siebie wszystkie darmowe przekąski, próbując się nie stresować tym, że samolot ma 25 minut opóźnienia, a na transfer mamy tylko godzinę. No i właśnie – gdy już na lotnisku docieramy do kontroli przed gatem, kolejny cios: mimo iż do lotu jeszcze 25 minut, polski samolot nas już nie przyjmie. Zaczyna się zabawa rodem z Barei. Odsyłają nas od jednego okienka do drugiego, tłumaczymy, że opóźnienie, że musimy się dostać do Warszawy… Dają mi telefon, z kimś rozmawiam, ten ktoś każe nam znów biec do gate’u, mówi, że jednak nas puszczą, ale gdy tam ponownie docieramy, okazuje się, że obsługa nic nie wie, a samolot już zaczyna kołować.

Belgrad 18.45

…ciąg dalszy… Już zmęczeni i wkurzeni czekamy, co pracownicy Air Serbia z nami poczną. Najpierw jednak musimy odebrać bagaże, które… zaginęły. Szukanie ich staje się crossfitowym „challengem”, bo miła pani, która zostaje naszą lotniskową opiekunką, co chwila podaje sprzeczne informacje: „Walizki zaraz dojadą na taśmie nr 7” (bieg), „Nie, jednak na taśmie nr 3”. Czekamy, nie ma… „To sprawdźcie na taśmie nr 2”… Gdy w końcu je znajdujemy jeszcze tylko półtorej godziny czekania na innych niedobitków, którym nie udało się dotrzeć do docelowych destynacji i wesołym autobusem (duża zasługa budowlańców z Albanii, którzy lecieli do Londynu), zmierzamy do hotelu z kolejnymi voucherami na nocleg i kolację i smutną wizją pani z kolejnego okienka, że mamy być jutro o jedenastej z powrotem na lotnisku, ale nie ma pewności czy polecimy, bo nie mogą się skontaktować z polskim przewoźnikiem.

Belgrad 11.00 następnego dnia „Tak, lecicie i to nawet dziś!” (jak z Barei: „Samolot odleciał trzy dni temu, nawet jeszcze nie wrócił”). Tymi słowami wita nas kolejny pan, w czterdziestym już chyba okienku na tym lotnisku, wszystko o nas wie, koleżanka z wczorajszej zmiany mu przekazała i on to rano załatwił. Szczęśliwi wydajemy ostatnie dejnary z wymienionych wczoraj pozostałych resztek euro, kupujemy kawę i idziemy do check-in.

Warszawa 18.10

Jesteśmy, jeszcze tylko odbiór bagażu i taksówką na Centralny. Kiedy już na dworcu pada komunikat, że nasz pociąg będzie opóźniony minimum 30 minut, bez nerwów, ze spokojem weteranów, wyjmujemy komórki i nadrabiamy zaległości na FB.

Łódź 22.40

Po 37 godzinach podróży wreszcie w domu. Koniec urlopu. W końcu odpocznę czego i Wam w te wakacje życzę.