Macie też koszmary, które Was prześladują od lat? Męczące w swojej powtarzalności, uderzające w czuły punkt, serwują pobudkę z przyspieszonym rytmem serce i pełen niepokoju dzień. U mnie ten sen powtarza się od dwudziestu dwóch lat, czyli odkąd skończyłem Państwową Szkołę Baletową w Gdańsku, uzyskując tym samym dyplom baletmistrza. Byłem „uczniem wybranym”, tym, w którego inwestuje się więcej, bo są podstawy do stworzenia z niego pierwszego solisty.

Byłem tym zresztą zachwycony, zwłaszcza przez pierwsze lata szkoły. Odkąd zamieszkałem w internacie, mając zaledwie dziesięć lat, wraz z moimi rosyjskimi pedagogami od baletu, mogłem korzystać z sal baletowych do nocy. Potem, pod koniec piątej klasy (ósmej podstawowej) naukę w szkole łączyłem z występami na profesjonalnej scenie Opery Bałtyckiej.

Znów – więcej pracy, ale i emocji, bodźców, satysfakcji. Pierwsze duże role, potem główne, aż po ostatnią – dyplomową, też na scenie Opery, stworzoną specjalnie dla mnie przez choreografa i dzisiejszego dyrektora tej szkoły Sławomira Gidla pod tytułem „Samotnia paJAca”. Tylko że to już było po…po decyzji podjętej trzy lata wcześniej, że mimo pięknie zapowiadającej się przyszłości, propozycji pracy za granicą, kariery tancerza kontynuować nie będę.

Od szesnastego roku życia wiedziałem, że nie jestem w stanie poświecić swojego życia baletowi, że satysfakcjonująca kariera tancerza klasycznego, będącego w tak zwanej „pierwszej linii” to maksimum dwie dekady, za to pełne bólu, katorżniczej pracy, wyrzeczeń i niewyobrażalnej samodyscypliny. A co najważniejsze, że sam ruch to za mało, by wyrzucić z siebie gejzery, które wówczas we mnie buszowały. Że potrzebuję aktorstwa. Pamiętam, jak odhaczałem tygodnie, dni, godziny, aż w końcu ćwiczenia baletowe podczas lekcji dyplomowej. Myślałem: ostatni raz w życiu robię te kombinacje, ostatni raz kręcę te piruety, jeszcze dwa ćwiczenia i koniec.

Czas pokazał, że nie tak do końca… bo przecież „dotykam” baletu w „Niżyńskim”, ale tylko trochę i przecież bez regularnych ćwiczeń. Odkąd zamknąłem ten etap, poczułem się wolny i szczęśliwszy i pewny, że wybierając aktorstwo, postępuje słusznie. I tu wracamy do snu: jest 18.45, za kwadrans przedstawienie, jestem w garderobie, ale nie pamiętam, co dziś gram… i wtedy okazuje się, że nie gram, że tańczę.

Muszę wyjść na scenę i będąc sobą z teraźniejszości, po dwudziestu latach przerwy, zatańczyć główną rolę w balecie. Nie pamiętam choreografii, szybko zakładam kostium, który jest mocno za ciasny (w czasach baletu ważyłem ponad dwadzieścia kilo mniej). Moje całe ciało jest przerażone wysiłkiem, który mnie czeka i niemożliwością wykonania skomplikowanych figur, czuje paraliż, stoję w kulisach, orkiestra zaczyna grać, dają mi znak, że zaczyna się moje solo…

Kiedy się budzę przerażony, muszę się upewnić, że jednak jestem aktorem, że balet to absolutnie zamknięty rozdział. I nawet nie wiecie, jak bardzo wtedy doceniam to, co mam. Niczym w tej żydowskiej przypowieści o kozie moje życie widzę z zupełnie innej perspektywy. I choć przez chwilę czuję, ze jestem naprawdę szczęśliwy. W sumie warto czasem mieć takie terapeutyczne koszmary!!