Nasze życie polega na relacjach… To one są zwierciadłem, w którym się przeglądamy i mostem, przez który dochodzimy do prawdy. Czasem są zwyczajnym głosem rozsądku lub subiektywnej prawdy, ale w obu przypadkach pomagają „złapać” dystans.

Kilka dni temu siedząc z moim przyjacielem z Krakowa, w jednej z łódzkich restauracji i rozkoszując się śniadaniem złożonym z past w klimacie śródziemnomorskim, pysznych warzyw i chrupiącego pieczywa, zalała mnie, wielka jak tsunami, fala przemyśleń. To był ostatni dzień Festiwalu Światła, więc większość stolików wokół oblegali cudzoziemcy, którzy przyjechali wziąć udział w trzydniowym spektaklu bajkowych iluminacji. Za oknami mijały nas grupy przechodniów, robiących zdjęcia elewacjom kamienic na Piotrkowskiej. Kołysał nas gwar rozbawionych głosów ludzi, którzy spędzali w Łodzi weekend w europejskim stylu. Mój przyjaciel jeszcze kilka lat temu przyjeżdżając do naszego miasta, odczuwał niewytłumaczalną niechęć do tych podróży.

Każda wizyta w Łodzi kończyła się jakimś bliżej nieokreślonym stanem chorobowym. I tej słonecznej niedzieli, nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Mój rozmówca przyznał, z pewnego rodzaju niedowierzaniem, że czuje się po weekendzie spędzonym w Łodzi, jak po wakacjach. Opowiedział mi o piękniejących kamienicach, magicznych lokalach znajdujących się w ukrytych podwórkach, o artystycznej atmosferze i spokoju, który jest trudny do odnalezienia w innych dużych miastach Polski. Siedzieliśmy skąpani w „ciszy” własnych myśli i obserwowaliśmy turystów pstrykających selfie. I tu, wcześniej opisane tsunami, wdarło się do mojej świadomości, pozostawiając obraz pełen zniszczeń. Jak to możliwe, że potrzebowałam tego spotkania, tej rozmowy, tego punktu odniesienia i pomostu do rzeczywistości, żeby dostrzec coś, co rozgrywa się na moich oczach
każdego dnia?

Jak mogłam przegapić spektakl przemian i nie docenić ich wielkości? Z bólem muszę dodać, że nie jestem odosobnionym przypadkiem. W naszej zbiorowej świadomości zakorzeniła się wizja Łodzi jako miasta porzuconego, wizja „łodzi” niby kolebiącej się gdzieś na falach przemian, ale bardziej tonącej, niż zmierzającej do brzegu. Latami narzekaliśmy, uciekaliśmy do innych destynacji i obrastaliśmy w kolejne skorupy prowincjonalnych kompleksów. Okazuje się, że po latach obcowania i nasiąkania takimi schematami, nawet świadomy umysł potrzebował zewnętrznego impulsu, żeby zmierzyć się z rzeczywistością. Łódź mozolnie dźwiga się z czasów „porzucenia”, ale pięknieje z klasą i z dumą. Zmieniły się łódzkie kamienice, deptaki, powstały woonerfy, parki kieszonkowe, a zrewitalizowane obiekty jak EC1, zachwycają swoim pięknem i architekturą. I nie jest to fatamorgana, a realne zmiany, które doceniają obywatele świata.

Przeczytałam ostatnio o syndromie Paryża, na który zapadają turyści odwiedzający stolicę Francji. Okazuje się, że przechodzą załamanie nerwowe, na skutek rozdźwięku między fantastyczną wizją Miasta Świateł, a tym, czym Paryż jest naprawdę (brudne ulice, zanieczyszczone powietrze, brzydota wielkich osiedli, stare, obdrapane metro i autobusy). Może uda nam się doprowadzić do sytuacji, w której mówić się będzie o syndromie Łodzi, ale w zupełnie innym wydaniu. Torpedujmy nieświadomych przyjezdnych cudowną atmosferą miasta, pokazujmy im ukryte oblicze naszych ulic, zapraszajmy do udziału w festiwalach, imprezach kulturalnych, sami twórzmy i napędzajmy się do działania. Dostrzegajmy zmiany, kibicujmy im, angażujmy się w rozkwit Łodzi. Nie zachowujmy się jak lunatycy, których jest w stanie wybudzić ze snu jedynie jakiś zewnętrzny głos. To my jesteśmy rytmem tego miasta… l