Gdy ktoś mnie pyta czym się zajmuję, zawsze uczciwie przyznaję, że to taka bardziej skomplikowana budowlanka z elementami gimnastyki — mówi Andrzej Poliński, właściciel firmy LINY — usługi alpinistyczne.

LIFE IN. Łódzkie: Świadczy Pan dość nietypowe usługi, jak w jednym zdaniu, poznając kogoś nowego, opowiada Pan o tym, czym się zajmuje?

Andrzej Poliński: Faktycznie to usługa nadal nietypowa, ale już nie tak wyjątkowa. Gdy dwanaście lat temu zaczynałem pracować na linach, zdarzało się ludziom z wewnątrz budynku przeżyć szok, widząc wiszących, pracujących za oknem ludzi. Dziś nikogo już to raczej nie dziwi, a nasi klienci, czyli głównie zarządcy nieruchomościami, są już w pełni świadomi, jak i kiedy trzeba lub kiedy opłaca się skorzystać z naszych usług. Konkurencja w naszym fachu jest całkiem spora, a metody pracy ustandaryzowane. Natomiast, gdy ktoś mnie prywatnie pyta czym się zajmuję, zawsze uczciwie przyznaję, że to taka bardziej skomplikowana budowlanka z elementami gimnastyki. Najlepiej widać to na zdjęciach dokumentujących naszą pracę. Takiemu postronnemu obserwatorowi samo patrzenie na to, jak wisimy na cienkim „sznurku”, może mrozić krew w żyłach, a dla nas to już rutyna.

Skoro to rutyna, to tremy raczej nie ma i żadna wysokość nie jest już wyzwaniem?

Wszystko zależy od roli, w jakiej w danym momencie występuję – pracownika czy organizatora. Gdy wcielam się w pracownika, żadna wysokość i trudność zadania mnie nie zaskakuje. Tym bardziej że standardy bezpieczeństwa w pracy na linach podkręcone są do maksimum. Inaczej jest, gdy jestem organizatorem. Tutaj cały czas odczuwam podwyższony poziom odpowiedzialności za ludzi, z którymi pracuję oraz za jakość prac, jakie razem wykonujemy.

Jakie usługi z wielu możliwych wykonuje Pan najczęściej?

Ludzi, którzy pracują w mojej branży, cechuje wszechstronność i szybkość, z jaką przyswajają nowe umiejętności. Nawet jeżeli jeszcze wcześniej jakiejś usługi nie wykonywaliśmy, wystarczy nam podać algorytm zadania i w krótkim okresie opanujemy go, aby wykonać prace na zadowalającym poziomie, gwarantując klientowi, że sprawnie i bezpiecznie dotrzemy do miejsca pracy na wysokości. Niektóre firmy alpinistyczne specjalizują się w konkretnych zadaniach (np. obsługa branży telekomunikacyjnej lub wycinka drzew), ale moja firma takiej specjalizacji jeszcze nie przeszła. Świadczę cały wachlarz usług – od mycia trudno dostępnych okien po malowanie, tynkowanie elewacji, czy renowację drewna.

Czy można w Pana przypadku mówić o ulubionej usłudze?

Nie, choć nie przeczę, że dużo satysfakcji dają mi prace wykończeniowe, po których widać docelowy efekt estetyczny. Zawsze staram się jednak tak podchodzić do kolejnego zadania, aby po jego zakończeniu odczuwać zadowolenie.

Może zabrzmi to zaskakująco, ale na jakich budynkach można Pana spotkać w Łodzi?

Szczerze – najczęściej w samochodzie. Jesteśmy w stałych relacjach z administracjami około 100 obiektów w Łodzi i Warszawie, ale to, na których wystąpi jakiś problem do rozwiązania, trudno jest przewidzieć.

W jaki sposób zdobywa się kwalifikacje?

Gdy zaczynałem swoją przygodę z usługami alpinistycznymi, wystarczało 10-minutowe szkolenie, które organizowała firma potrzebująca ludzi do pracy na wysokościach. Teraz działamy już bardzo profesjonalnie i trudno wyobrazić sobie alpinistę bez ogólnopolskich lub wręcz ogólnoświatowych kursów do prac na wysokości. Takim standardem jest na przykład system IRATA. My kończyliśmy kursy w świetnym ośrodku szkoleniowym Rojam w Gdańsku. Pracownicy tego ośrodka doskonale wiedzą, jak szkolić, bo na co dzień podejmują się niezwykle ciekawych i trudnych zleceń, jak chociażby na platformach wiertniczych czy morskich farmach wiatrowych.

Czy w Pana przypadku praca zrodziła się z pasji?

Mama ciągle powtarza, że od dziecka bawiłem się jakimiś sznurkami i ludzikami na sznurkach, ale moim zdaniem łączenie tego z moją aktualną pracą to zbyt daleko idący romantyzm. Jestem skłonny bardziej przyznać, że jak to w życiu bywa, to czysty przypadek. Na pewno przez to, że wychowywałem się w środowisku wspinaczkowym, łatwiej było mi się wdrożyć w branżę. Choć równie dobrze mogłem zostać fizykiem, bo ten kierunek studiowałem. Ale w momencie, w którym poczułem satysfakcję i zarobek z pierwszych wykonanych zleceń na wysokościach, zrozumiałem, że tym właśnie chcę się zajmować.

Czy któreś ze zleceń szczególnie utkwiło w pamięci?

Pamiętam jedno zlecenie, przez które nie mogłem spać przez kilka dni. Zaciemnialiśmy wielką halę pod konferencję Microsoftu. Musiałem wymyślić, w jaki sposób bezinwazyjnie wymienić wielkie świetliki w dachu hali, jednocześnie walcząc z późnowiosennymi burzami i wiatrami. Zlecenie się udało, ale poziom stresu związany z odpowiedzialnością był wyjątkowo wysoki. Nie było miejsca na błędy.

Po godzinach na wysokości co jest Pana odskocznią?

Może jakieś mniej ekstremalne hobby? Poza pracą nie wykonuję ekstremalnych aktywności. Flirtowanie ze śmiercią to moim zdaniem nałóg, który na szczęście jest mi obcy. Uwielbiam czytać powieści hard science fiction o możliwych ścieżkach rozwoju ludzkości, książki popularnonaukowe, no i obiecuję sobie, że na emeryturze wrócę do tworzenia muzyki, fascynowało mnie to, gdy byłem nastolatkiem. Często też z żoną chodzimy do kina Charlie w Łodzi.

Rozmawiał Damian Karwowski
Zdjęcia archiwum prywatne

Liny – usługi alpinistyczne

tel. 666 869 162
biuro@uslugizlin.pl
Instagram: uslugizlin Fb: Liny — usługi alpinistyczne