Niektórzy – trudno stwierdzić czy przyjaciele, czy wrogowie – porównują Pana do mitycznego króla Midasa, który wszystko, czego dotknął, zamieniał w złoto. Wszystkie Pańskie dotychczasowe inwestycje przyniosły sukces i pieniądze – najpierw Faktoria, jedna z pierwszych udanych rewitalizacji w Łodzi, później biurowiec Forum 76, wielokrotnie nagradzany przykład nowoczesnego budownictwa biurowego, a teraz Monopolis, które bardzo szybko staje się jednym z symboli Łodzi. Zdradzi nam Pan swój przepis na sukces?

Nie wiem jak mam zareagować na porównanie do króla Midasa, który był przecież tragiczną postacią… (śmiech). A mówiąc poważnie wszystko, co udało się dotychczas zrealizować, to efekt ciężkiej pracy kilkunastu osób, z którymi od lat mam przyjemność współpracować. Warto zaznaczyć, że nic nigdy nie przyszło nam łatwo. Cały czas ciężko pracujemy, zwiększamy swoje kompetencje, rozwijamy się, a przede wszystkim chcemy, żeby każda kolejna inwestycja była inna od poprzedniej, większa i bardziej skomplikowana. Staramy się przy tym nie przesadzić. Mój serdeczny przyjaciel, prezes sporej korporacji, powiedział mi kiedyś: – Pamiętaj Krzysztof, że każdy nowy projekt wyjdzie ci tylko wtedy, gdy nie będzie większy trzy razy od poprzedniego. Trzymam się tego, bo wiem, że wielkość inwestycji ma logarytmiczny wpływ na jej skomplikowanie. Mogłoby się komuś wydawać, że skoro zbudował dom, to poradzi sobie też z budową biurowca, a to tak nie działa. Skala wyzwań i rzeczy, które dzieją się wokół takiej inwestycji, jest ogromna i potrzebne jest inne doświadczenie. Krótko mówiąc, porywając się na coś, o czym nie mamy większego pojęcia, może nas bardzo dużo kosztować. Monopolis jest innym projektem, niż wszystko, co do tej pory zrobiłem. Na każdej płaszczyźnie, od społecznej zaczynając, przez kulturalną, a kończąc na biznesowej. One wszystkie stanowiły dla nas wielkie wyzwania, z którymi musieliśmy sobie radzić.

W przypadku Monopolis nie miał Pan nigdy wątpliwości, że to właściwa inwestycja?

Miałem i to nie raz. Pamiętam jak kiedyś, stałem razem z Marcinem Michniewiczem, kierownikiem kontraktu ze strony Virako, nad zwałami ziemi pod jeszcze zrujnowanymi murami i zapytałem go, czy ta inwestycja ma sens i czy nasza praca w związku z tym ma sens. Byliśmy bardzo zmęczeni walką z różnymi przeciwnościami, które pojawiały się co i rusz. Marcin powiedział mi wtedy, że to nie jest jakaś kolejna inwestycja, że realizujemy coś wyjątkowego i trzeba ten projekt traktować jak wyzwanie, a te nigdy nie są łatwe. To było fajne, bo gdy potrafimy się w zespole nawzajem motywować i wiemy, że zawsze możemy liczyć na siebie, to wtedy nie ma takich problemów, których nie dałoby się pokonać. Ludziom z zewnątrz mogłoby się wydawać, że budowa Monopolis to prosta sprawa i rzeczywiście jest tak, jak z królem Midasem – chcemy czegoś, bach i jest, chcemy czegoś innego, bach i znowu jest. Cały czas powtarzam, że jeden tego typu sukces, to setki, a może i tysiące drobnych porażek. I żeby go odnieść, trzeba mieć twardy kręgosłup i ogromną determinację. Jedna podpisana umowa, to dziesiątki innych, których nie udało się podpisać.

Jak Pan sobie radzi z porażkami?

Wyjeżdżam na Mazury… (śmiech) A tak naprawdę szybko zapominam o porażkach, bo przecież nie ma sensu zamartwiać się czymś, co nie wyszło i na co nie ma się już wpływu. Warto jednak z każdej porażki wyciągnąć wnioski na przyszłość, choćby po to, żeby nie popełnić ponownie tego samego błędu. Poza tym mnie porażki motywują do jeszcze cięższej pracy.

Monopolis w szybkim tempie wyrasta na nowy symbol Łodzi. Stary zakład monopolowy przekształcił Pan… No właśnie w co? Czym dla Pana jest Monopolis?

Miasto jest fajne do życia, gdy potrafi zaproponować mieszkańcom i przyjezdnym różnorodną ofertę. Jeszcze niedawno mieliśmy w Łodzi tylko Piotrkowską. Później pojawiła się Manufaktura, kilka lat temu OFF Piotrkowska, teraz Monopolis. Odradza się Księży Młyn. Im więcej takich miejsc, tym lepiej, im bogatsza oferta, tym życie w mieście atrakcyjniejsze. Staraliśmy się stworzyć coś, co będzie atrakcyjne, ale jednocześnie charakterystyczne dla Łodzi. Wyjątkowa oferta kulturalna, którą wspólnie z Kamilem Maćkowiakiem i Art Kombinatem zaproponowaliśmy łodzianom, fajna propozycja kulinarna, z którą wychodzą nasze restauracje, do tego czerwona cegła, komin, rzeźba w pasażu – to wszystko tworzy tożsamość tego miejsca i mam nadzieję, że za jakiś czas rzeczywiście stanie się ono jednym z symboli Łodzi. Nie chciałbym, żeby to, co teraz powiem, zabrzmiało, że się chwalę, ale o Monopolis rozmawia się dziś w Warszawie, w Krakowie i w Gdańsku. Wiem to od znajomych, którzy dzwonią do mnie i zapowiadają swój przyjazd do Łodzi. Właśnie po to, żeby zobaczyć to nowe miejsce. Dla mnie Monopolis od samego początku było wyzwaniem, któremu poświęciłem osiem lat. W każdym projekcie wszystko zaczyna się od pomysłu, później jest czas na konkretne plany i ich realizację, a w końcu przychodzi taki moment, kiedy trzeba zweryfikować to, co zbudowaliśmy. Najlepiej weryfikują to ludzie. W przypadku Monopolis weryfikacja już się zaczęła i mam wrażenie, że całkiem dobrze wypada. Przykładem na to niech będzie anegdota o jednym z gości
Sendai Sushi, który wpadł tu tylko na chwilę, żeby zobaczyć miejsce i wypić kawę, a został do zamknięcia. Zamawiał sushi, które popijał Prosecco i powtarzał, że stąd nie wyjdzie, bo tu jest tak pięknie (śmiech). Jestem dumny z tego, co udało się nam tutaj zbudować i cieszę się, gdy widzę w Monopolis uśmiechniętych, zadowolonych ludzi, którzy robią sobie zdjęcia, odpoczywają, korzystają z oferty restauracji czy kawiarni i tłumnie przychodzą do teatru, albo na koncerty.
Czuję się wtedy trochę jak ojciec, obserwujący swoje dziecko, które rośnie, fajnie się rozwija i zmierza w dobrym kierunku. Jestem wtedy dumny i spełniony, choć wiem, że to jeszcze nie jest koniec i przed nami dużo pracy.

Montreal, Bangkok, Singapur i Łódź – w tych miejscach zrealizowano projekty nominowane do tytułu MIPIM Awards, czyli Oscara w branży nieruchomości. Myśli Pan, że Monopolis ma szansę na tytuł?

Chciałbym bardzo i wiem, że to jest możliwe, ale o tym jak będzie, przekonamy się już niebawem. Już sama nominacja do nagrody jest dla nas ogromnym osiągnięciem. Jesteśmy jedynym projektem z Europy w tej kategorii, więc cieszymy się z tego, bo nie ma większego wydarzenia dla branży nieruchomości.
Konkurs nie został rozstrzygnięty w normalnych okolicznościach podczas targów nieruchomości w Cannes. Przez pandemię stało się inaczej i finał ma się odbyć podczas kongresu branży w Paryżu. Wierzę, że będzie to duża promocja dla Łodzi i dla samego Monopolis.

À propos promocji… W opinii specjalistów od marketingu doskonale radzicie sobie z działaniami, które budują markę miejsca. Promocja Monopolis rozpoczęła się na długo przed samą inwestycją, regularnie komunikowaliście się z otoczeniem w czasie jej trwania, a później podczas podpisania umów z kolejnymi najemcami. W działaniach jesteście oryginalni i często zaskakujecie otoczenie. Można powiedzieć, że promocja to od początku ważny element tej inwestycji…

Miejsce żyje nie wtedy, gdy odnowimy w nim mury, ulice, chodniki i wydaje się nam, że ludzie na pewno będą tu przychodzić. Miejsce żyje wtedy, gdy przestrzeń wypełnimy wartością emocjonalną, społeczną i kulturową. Pomysłami, wydarzeniami, które sprawią, że zapragniemy tu spędzać czas. Dlatego bardzo ważne jest, aby nad tym pracować. Jeżeli robimy coś z pasją, a tak jest w naszym przypadku, to ta pasja przyciąga innych. Od samego początku, kiedy kupiliśmy tereny dawnego Polmosu, czyli od 2013 roku postawiliśmy na otwarcie tego miejsca dla łodzian. Ze względu na historyczny kontekst, staraliśmy się na bieżąco informować i pokazywać to, co z projektem Monopolis się dzieje. Naszą pasją i zaangażowaniem przyciągaliśmy do siebie wielu innych, jak chociażby Janusza Kaniewskiego, twórcę logo Monopolis. Mieliśmy i mamy świadomość, jak ważne jest to miejsce na mapie Łodzi. Przez te siedem lat wykonaliśmy mnóstwo pracy, również tej marketingowej, aby łodzianie zachcieli polubić to miejsce i przyjść tu.

Plan działań promujących Monopolis przygotowaliście sami czy pomaga wam w tym jakiś zewnętrzny podmiot?

Virako, jak wcześniej wspomniałem, tworzy wspaniały zespół ludzi, którzy temu projektowi oddają wiele serca. W tym również w działaniach promocyjnych, na których czele stoi Barbara Otto. Sami tworzymy plan działań i pomysły na promocję miejsca. Choć oczywiście wspieramy się różnymi firmami z zewnątrz, ale to już bardziej przy samej realizacji poszczególnych projektów.

Z jednej strony biura, z drugiej gastronomia, a z trzeciej kultura i rozrywka – na takich trzech filarach działa Monopolis. O ile dwie pierwsze działalności przynoszą dochód, o tyle do kultury i rozrywki trzeba zwykle dopłacać. Dlaczego zależy Panu na tym, żeby kultura była ważnym elementem Monopolis i to aż tak bardzo, że stworzył Pan nawet prywatny teatr?

Można powiedzieć, że z kultury w Monopolis jestem bardzo zadowolony (śmiech). Teatr na Scenie Monopolis prowadzony przez Kamila Maćkowiaka pięknie się rozwija, jestem pewien, że również koncerty, które ma w planach Art Kombinat przypadną do gustu łodzianom. A dlaczego zależy mi na tym, żeby kultura była mocno eksponowana w Monopolis? To jest właśnie ta różnica pomiędzy nami, a innymi inwestorami. My jesteśmy stąd, lubimy robić biznes i zarabiać pieniądze, ale mamy też świadomość tego, że oprócz fajnej nieruchomości warto dać temu miastu, naszemu miastu, coś więcej. W przypadku Virako to nie jest jakieś przypadkowe, jednorazowe działanie. Od początku angażujemy się w życie społeczne i kulturalne Łodzi. Już w Faktorii na Dowborczyków organizowaliśmy
koncerty i to nie byle kogo. Był Marek Grechuta, Zbigniew Wodecki i wielu innych znanych artystów. Nasza fundacja wspierała świetlice środowiskowe, które opiekują się dziećmi z rożnych środowisk. Od lat wydajemy Kalendarz Virako, tworzony przez wyjątkowych fotografów. Przez dwa lata w Parku Źródliska organizowaliśmy Letnią Scenę Monopolis, na której grali artyści z łódzkich i warszawskich teatrów. Na widowni zupełnie za darmo zasiadło blisko 6 tysięcy osób.