Na 100-lecie Polskiej Niepodległości łodzianin Piotr Pustelnik, zdobywca Korony Himalajów, wyrusza na kolejną bezkresną, tym razem płaską wyprawę – na Biegun Południowy.

LIFE IN. Łódzkie: Jerzy Kukuczka to beskidzki góral, Krzysztof Wielicki też niedaleko miał do Tatr, skąd u rodzonego łodzianina pomysł na wysokogórską wspinaczkę? Wszak nawet na łódzkich Stokach Pan się nie urodził…?

Piotr Pustelnik: Urodziłem się na Łagiewnickiej. Skąd pomysł… Powiem filozoficznie – życiem rządzi przypadek. Nie spodziewałem się, że to tak będzie, ale od dzieciństwa nigdy mnie nad morze, ani do płaskich terenów nie ciągnęło. Ale wyjeżdżaliśmy z rodzicami do Andrychowa w Beskidzie Małym i tam zrodziły się moje późniejsze fascynacje. To były moje pierwsze wakacje i pierwsza góra, która Kocierz się nazywała. Tam – na Przełęczy Kocierskiej – jest obecnie stok narciarski. I to były takie moje pierwsze… koty za płoty. To wywołało we mnie przypływ pierwszych feromonów i radości. Natomiast wszystko, co było związane z piaskiem, z wydmami, szumiącym morzem raczej wyprowadzało mnie z równowagi i dopiero w wieku, rzekłbym mocno jesiennym dojrzałem do tego, że mogę siedzieć na plaży, wsłuchiwać się w morze i to mnie nie nuży, a wręcz uspokaja. Taką przemianę przeszedłem, ale musiało minąć kilkadziesiąt lat. Chociaż w dalszym ciągu, nawet jeżdżąc rowerem, wolę górki niż płaski teren…

Ale jest anegdota z Panem związana, że nie ukończył Pan swojego pierwszego kursu wspinaczki skałkowej, ponieważ instruktor uznał, że nie nadaje się Pan do zdobywania szczytów…

To nie anegdota, to fakt. Rzeczywiście nie ukończyłem i powinienem w kolejnym roku powtarzać ten kurs. Ale nie chciałem tracić czasu i umówiłem się z kolegą, który miał już wszelkie uprawnienia, że wyjedziemy w Tatry, powspinamy się po szlakach kursowych i w ten sposób – trochę na skróty – zdobędę te uprawnienia. Oczywiście nie było to takie „bezczelne”, bo rzeczywiście przez wiele miesięcy przykładałem się do wspinaczki skalnej, na której wcześniej mnie oblano. I już nie było wstydu, a kolega czuł, że nie ma już do czynienia z totalnym leszczem…

W ciągu 20 lat – co roku, co dwa lata od 1990 do 2010 r..… – zdobywał Pan kolejne z 14 ośmiotysięczników, tworzących Koronę Himalajów. Wiele było chwil zwątpienia?

Każdy z nas jest tylko człowiekiem i miewa chwile zwątpienia. Niezłomni są tylko na kartach książek. Ja te najgorsze momenty miałem na ostatniej górze. Wcześniej nie miałem żadnych wątpliwości, że chcę skończyć tę Koronę. Ale kiedy za drugim i trzecim razem nie udało się, bywało, że chciałem się wycofać. Nawet publicznie mówiłem, że ja już z tej Annapurny rezygnuję i przy trzynastu górach zostanę. Ale gdzieś w środku tkwiła we mnie zadra, syndrom nieskończonego zadania. I po roku przerwy przekonałem się do tego, by spróbować inaczej. Zresztą wtedy poznałem chyba najlepszych moich partnerów wspinaczkowych Leszka Morawskiego i Petera Hamora. Oni mnie zmobilizowali, ja trochę się zmobilizowałem i próbowaliśmy – aż do skutku. Udało mi się za piątym razem wejść, w bardzo sprzyjających okolicznościach. Moja głowa była wtedy trochę czystsza, ponieważ dokładnie wiedziałem, że ta wyprawa jest moją ostatnią na ośmiotysięcznik. Była więc to optyka zerojedynkowa. Poza tym trzeba wspomnieć, że ja miałem już wtedy 59 lat, a – jak na alpinistę – jest to wiek mocno zaawansowany.

Najtragiczniejsze wspomnienie z tych dwudziestu lat …

Jest jedno jedyne, czyli wyprawa na Makalu (2002 roku) i śmierć mojego kolegi, przyjaciela Amerykanina Raymonda Davida Caughrona, który zmarł, samotnie biwakując między obozem drugim, a obozem trzecim. W sytuacji, która wydawała się bardzo niegroźna: gdyż miejsce na biwak było w miarę przyzwoite, miał cały sprzęt biwakowy, lecz w ogóle tego sprzętu nie użył. Tak jak stał, tak usiadł i zamarzł. Do dzisiaj nie wiemy, jaka była przyczyna takiego zachowania. Ale to nie ma najmniejszego znaczenia. Ja byłem kierownikiem tej wyprawy, ja byłem odpowiedzialny za niego i to jest zadra, która będzie tkwiła we mnie do końca życia, że nie zrobiłem wszystkiego, żeby antycypować to wydarzenie.

Udało się kiedykolwiek wyjaśnić przyczynę…?

Nie udało się, m.in. dlatego że – zresztą zgodnie z wolą rodziny, która przyjechała –  został pochowany tam, gdzie zginął; w górach, które były jego drugim domem.

Takie wyprawy to poważna sprawa, ale bywają także anegdotyczne sytuacje?

O tak, bywają czasem tragiczne i śmieszne zarazem. Jedną z nich przeżyłem na K2 w 1996 roku, gdy nasz kolega po bardzo wysoko położonym biwaku strasznie osłabł i była obawa, że nie doprowadzimy go żywego do obozu. Trzeba mu było podać tlen, a ten tlen był właśnie w tym obozie. Zszedłem więc i w obozie spotkałem kolegę – Rosjanina, który bardzo chciał nam pomóc… Skorzystałem więc z jego uprzejmości i on poszedł z tym tlenem. Skąd mogłem wiedzieć, że Rosjanin założy naszemu włoskiemu koledze maskę, tylko… nie odkręci tlenu. I ten biedak jeszcze się przez wiele godzin męczył schodząc – z maską na twarzy, z ciężką 3-kilogramową butlą, z której nic nie ubywało. Ostatkiem sił dotarł do obozu. Gdy zobaczyłem, że on ma nieodkręcony tlen – zdrętwiałem. I – aby nie wprowadzić go w jeszcze większy szok – odkręciłem butlę, a on – od razu – poczuł różnicę… Co więcej, nawet następnego dnia, choć butla była już pusta, on w tej masce i z butlą schodził, bo efekt placebo wciąż działał.

Podobne przygody też się zdarzały?

O nie! Bo gdyby mi się zbyt często trafiały, to nikt nie chciałby się ze mną wspinać. Chociaż, w czasie jednej z wypraw mieliśmy przypadek, że nasz nepalski kucharz dostał ataku prostaty. W końcu trzeba było wezwać śmigłowiec. Lekarz, który się nim zaopiekował, stwierdził, że po raz pierwszy spotkał się z takim przypadkiem w górach wysokich.

Himalaista to niewątpliwie sportowiec, a w przełożeniu na tradycyjną, sportową klasyfikację to pięcioboista, siedmio- czy może dziesięcioboista?

Ja bym powiedział, że to jest raczej maratończyk ze sporą dawką umiejętności wspinaczkowych. Himalaista to ktoś, kto ma wydolność maratończyka, a umiejętności alpinisty. Może nie te z najwyższej półki, ale na pewno – z górnej. Musi umieć asekurować się, asekurować partnera, zakładać stanowiska. A jednocześnie musi to robić przy bardzo dużym niedoborze tlenu i olbrzymim wydatku energetycznym, czyli w takich warunkach, w jakich jesteśmy na 30 km maratonu, gdy zaczyna nas powoli odcinać od tego, co wokół. Krótko mówiąc, to taki dobrze wspinający się maratończyk.

Sport, wspinaczka – to także kontuzje. Przytrafiały się Panu…?

Miałem tych kontuzji sporo. Na skałkach kiedyś sobie uszkodziłem łękotkę i trzeba było ją operować. Miałem odmrożenie – kawałek palca musieli mi amputować. Podczas wyprawy miałem atak pęcherzyka żółciowego i – po powrocie – trzeba go było wyciąć. Poza tym miałem typowe kontuzje – zapalenie ścięgna Achillesa, wybicie barku, pękniecie paru żeber. Uzbierało się…

Ponoć dotarcie na szczyt – choć pod górkę – zwykle jest łatwiejsze, niż powrót?

Jest zdecydowanie łatwiejsze. Po pierwsze – dąży się do celu, czyli jest potężny imperatyw, aby wejść na górę. I choć schodząc zużywa się mniej energii, to tylko doświadczeni alpiniści potrafią utrzymać poziom koncentracji, pozwalający uniknąć potknięć czy utraty równowagi. Po prostu człowiek jest tak zbudowany, że łatwiej mu wejść niż zejść. Nota bene tak samo jest z niedźwiedziem, przed którym lepiej uciekać w dół, bo w dół biegnie wolniej niż pod górę.

Dzielił Pan z powodzeniem wspinaczkową pasję z pracą – jako doktor inżynierii chemicznej na Politechnice Łódzkiej? Nie było problemów?

Zawsze jest coś za coś. Gdybym nie uprawiał alpinizmu, być może zajmowałbym się nauką, rozwijając się jako naukowiec. Może nawet byłbym dziś profesorem. Ale dosyć szybko zorientowałem się, że nauka i alpinizm wymagają poświęcenia, zaangażowania umysłu i skoncentrowania się. Ja nie potrafiłem tych dwóch rzeczy ze sobą połączyć na odpowiednim, wysokim poziomie. Dlatego – po zrobieniu doktoratu – jeszcze przed wyprawami w góry wysokie – próbowałem nawiązać do kariery naukowej, wyjechałem na stypendium do Stanów Zjednoczonych. Ale już wtedy zrozumiałem, że albo będę dobrym dydaktykiem i alpinistą, albo naukowcem. Wybrałem to pierwsze.

Dzielił Pan też swoją pasję z życiem rodzinnym – pogodzenie tego to chyba jeszcze większy problem?  

To było rzeczywiście bardzo trudne, bo praca to coś takiego, co można zostawić w czterech ścianach. Poza tym, gdy nie zrobię habilitacji i nie będę profesorem, to nie będę płakał z tego powodu. Tymczasem to, że ominęło mnie kilka ważnych wydarzeń w życiu moich synów, to jednak jest nie do odrobienia. To jest cena, którą trzeba płacić za góry, które są mocno absorbujące. I traci na tym rodzina, i tracą rodzinne relacje.

Jest strach o synów, którzy również się wspinają, czy też pewność, że ojciec ich dobrze przygotował do życia alpinisty?

Byłem też dla nich nauczycielem, ale dość szybko postanowili – jak to się mówi – pójść na swoje. Zaczęli uprawiać ten rodzaj alpinizmu, który im odpowiadał najbardziej. Ale strach, oczywiście, pozostanie mi do końca życia, bo nic mnie zwalnia z obawy o życie i zdrowie dzieci. Tym bardziej, że już niebezpieczną sytuację raz przeżyłem, gdy Adam miał poważny wypadek w 2011 roku i mało brakowało, a złamałby sobie kręgosłup i byłby kaleką na całe życie. Tych chwil strachu, które wtedy przeżyliśmy, nie da się tak szybko wymazać z pamięci.

Ostatni raz wspinał się Pan w 2012 roku na Yukon, w Kanadzie. To było pożegnanie ze szczytami, czy już wcześniej taka decyzja zapadła?

Nie, nie – pożegnanie z wysokimi górami było w 2011 roku., kiedy pojechałem drugi raz na siedmiotysięcznik i tam definitywnie odechciało mi się wysokich gór. Natomiast Yukon to była wycieczka przygotowująca do wypraw polarnych, bo to jest teren bardzo podbiegunowy, z arktycznym klimatem i w kompletnym prawie odosobnieniu. Chętnie bym tam wrócił, bo bardzo mi się podobało, m.in. poprzez brak cywilizacji. Tam jest to, co zawsze chciałem osiągnąć – być w górach samemu.

Sam na sam ze Stwórcą…?

To wszystko zależy od poziomu mistyki, jaki odczuwamy. Wydaje mi się, że góry przybliżają do takich stanów i ja nie kryję się z tym, że odwoływałem się do Boga w czasie swoich wypraw. Natomiast jest to bardzo intymne i wewnętrzne. Wolę to robić, niż o tym mówić.

Zszedł Pan z gór i rusza Pan, w grudniu, przed siebie – na Biegun Południowy…

I tu właśnie Pana zaskoczę, bo… nie ruszam. Musieliśmy planowaną wyprawę odłożyć na rok z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że w tym roku liczba wypraw na Biegun Południowy doszła już do maksymalnej liczby, która jest akceptowana przez Zarząd Antarktydy. Po drugie – podniosłem sobie poprzeczkę. Chcę zrobić nową, jedyną – bo jeszcze nikt tego nie zrobił – polską drogę na Biegun Południowy. Może to zabrzmi nieco patetycznie, ale chciałem ten wyczyn zadedykować Stuleciu Naszej Niepodległości.

Kto ruszy z Panem?

Jeszcze nie wiem, ale gdy ostatnio rozmawiałem z Markiem Kamińskim jakoś się tak dziwnie uśmiechał. Może ma ochotę ze mną pojechać…

Wszystko, co za Panem, znajdujemy w wydanej w połowie września książce „Ja, pustelnik. Autobiografia”.  Pustelnik przez małe „p”. To coś znaczy?

Bez wątpienia jest to książka o człowieku, który coś w życiu poświęcił, by coś osiągnąć. To z jednej strony opowieść optymistyczna, a z drugiej – pewne ostrzeżenie dla ludzi, którzy myślą, że takie projekty i taki sposób życia uchodzi bezkarnie. Tymczasem to kosztuje bardzo dużo i ta książka jest swoistym ostrzeżeniem – pamiętajcie, że jeżeli chcecie coś wielkiego osiągnąć, to i coś wielkiego możecie stracić.

Ja nigdy nie miałem nadmiernie rozbudowanych cech osobowych, predysponujących mnie do wielkich rzeczy. To, co zrobiłem, to jest mój prywatny sukces, moja prywatna krucjata do ośmiotysięczników, bez ambicji wejścia do historii czy panteonu. Ja nawet powiedziałem kiedyś – i to podtrzymuję – że jestem dla historii polskiego alpinizmu… statystyką.  To małe „p” w tytule to potwierdza. Ja nigdy nie chciałem być z wielkiej litery, zawsze z małej – no i jestem.

Rozmawiała Marek Niedźwiecki
Fot. Paweł Łacheta