Olsztynianka z pochodzenia, łodzianka z wyboru. Kobieta spełniona, która potrafi podążać za marzeniami. Dziś jest trenerką kulinarną, prowadzi warsztaty oraz szkolenia dla amatorów i zawodowych kucharzy. Z pasji, jaką jest gotowanie, uczyniła swój sposób na życie. Klaudia Budny – finalistka IV edycji programu MasterChef.

LIFE IN. Łódzkie: Klaudio, od chwili, kiedy wzięłaś udział w MasterChefie twoje życie zmieniło się diametralnie. Uważasz, że udział w tego typu programach   pomaga w karierze, czy wprost przeciwnie – szufladkuje?

Klaudia Budny: To zależy, na jakim fundamencie chcemy oprzeć swoją „karierę”. MasterChef jest znany i z pewnością można wykorzystać to hasło jako dodatkową promocję. Udział w programie jak najbardziej pomaga, tylko musimy rozsądnie z tego faktu korzystać. Ja nie chcę opierać się tylko na haśle „finalistka MasterChefa”, choć jestem z nim kojarzona. Staram się budować swoją markę doradcy i trenerki kulinarnej organizując różnego rodzaju szkolenia i eventy, i skupiając wokół siebie pewną grupę ludzi. Sama wciąż się uczę, jeżdżę na staże, pracuję w kuchni i przygotowuję autorskie kolacje. Wciąż poszerzam zakres swoich usług, wciąż się rozwijam i czuję, że jestem gotowa na to, by poprowadzić coś swojego… Niestety i tak często jestem szufladkowana jako „dziewczyna z MasterChefa” i tyle. To przykre, ale trzeba się z tym liczyć biorąc udział w tego rodzaju programach.

Pochodzisz z Olsztyna, ale kilka lat temu postanowiłaś przeprowadzić się do Łodzi. Skąd taka decyzja?

Moja przeprowadzka wiązała się przede wszystkim z mężczyzną. Nasze drogi się rozeszły, ale dzięki temu, że związałam się z Łodzią poznałam mnóstwo cudownych ludzi, znalazłam fantastyczną pracę i swojego męża.

Ukończyłaś ekonomię, czy przydaje się teraz w gotowaniu?

Bez wątpienia przydaje się matematyka. Przeliczanie proporcji, liczenie food cost’u (koszt surowców spożywczych zakupionych na potrzeby wytworzenia dań sprzedawanych w danej gastronomii – red.) czy odpowiednie zaplanowanie zamówień to czysta matematyka, dzięki której możemy ograniczyć straty na kuchni. Natomiast ekonomia przydaje się w zarządzaniu restauracją i ludźmi. Uważam, że każdy szef kuchni powinien znać podstawy ekonomii. Niestety, jest to ogromną rzadkością.

Jesteś osobą, która ma silny charakter. Czy w gotowaniu potrafisz iść na kompromis czy bronisz swojego pomysłu?

To zależy z kim rozmawiam i o czym. Jeśli mam sprawdzone przepisy i smaki, to staram się przekonać do nich drugą osobę, ale zawsze jestem otwarta na nowe pomysły. Uważam, że od każdego można się czegoś nauczyć. Jeśli chodzi o pracę ze mną, to bywam trudna. Zawsze stawiam na najwyższy poziom moich usług, tu nie ma kompromisu. I jeśli mam sprawdzone rozwiązania, po których słyszę szczere „dziękuję” od swoich klientów, to nie wchodzi w grę myśl „zróbmy to mniejszym kosztem”. Jestem bardzo wymagająca i chyba dzięki temu nigdy nie będę pracować bez pasji, bo sama
nie chciałabym z kimś takim pracować lub korzystać z usług takiej osoby.

Skąd wzięła się Twoja pasja do gotowania?

Od małego lubiłam gotować. Pamiętam, jak prosiłam babcie o szklankę kaszy i mąki i w połączeniu z piaskiem wyczarowywałam wyśmienite dania. I tak się chyba zaczęło… Często pomagałam babci, uwielbiałam z nią gotować, zwłaszcza robić pierogi. Jako 7-latka robiłam sobie kanapki do szkoły, jako 14-latka przygotowywałam już obiady w domu.

W wielu branżach występuje zjawisko szklanego sufitu. Jak jest w gastronomii? Czy kobietom trudno jest awansować, czy kluczowe są umiejętności i to one   mają wpływ na przebieg kariery?

Kobieta w gastronomii z góry jest skazana na trudniejszą drogę do kariery zawodowej czy awansu. Zaczynając od tego, że jest to ciężka praca fizyczna, obarczona ogromnym stresem i poświęceniem, kończąc na zdrowiu, które nie zawsze pozwala na wykonywanie tego zawodu. Stanowisko szefa kuchni zwykle jest dedykowane mężczyznom, chociaż uważam, że kobiety radzą sobie na tym polu równie dobrze. Na pewno w tego rodzaju pracy trzeba mieć silny charakter.

Gotowanie to Twoja praca. Czy po całym dniu spędzonym w kuchni, w domu zdarza ci się jeszcze coś przygotować, czy oddajesz pałeczkę swojemu  mężowi?

Różnie to wygląda, wszystko jest kwestią wolnego czasu. Jak tylko mam chwilę, staram się, by obiad zawsze pojawił się na stole, ale zdarza się, że mąż musi podjąć to wyzwanie i coś ugotować. Wtedy zawsze smakuje lepiej.

W ciągu ostatnich lat postrzeganie branży kulinarnej bardzo się zmieniło. Aby być dobrym, trzeba nieustannie się dokształcać, eksperymentować i poszukiwać  nowych smaków. Co gwarantuje sukces – talent, czy wykształcenie?

Gotowanie jest pracą artystyczną, a każdy artysta musi mieć talent. Oczywiście praca to 80 procent sukcesu, ale ktoś, kto ma prawdziwy talent, zawsze będzie poziom wyżej. Rozwój osobisty, szkolenia, zmiana miejsc pracy i nieustanna chęć uczenia się i rozwijania jest podstawą w tym zawodzie. Oczywiście jest wielu utalentowanych kucharzy, którzy niestety nie potrafią tego wykorzystać. Szkoda.

Czy Twoim zdaniem Polacy są otwarci na nowe smaki, czy mimo wszystko najbardziej cenią tradycję?

Polacy coraz bardziej otwierają się na nowe smaki. Lubią odwiedzać nowe miejsca, kosztować nowe potrawy i spędzać czas w restauracji. Emitowane w telewizjach programy kulinarne starają się zakorzenić w nas kulturę jedzenia i to się z powodzeniem udaje. Stajemy się świadomymi konsumentami, chętnymi do odważnych zamówień w restauracjach. Bardzo to cenię.

Pamiętasz smaki, które kojarzą ci się z latem i są z Tobą od dzieciństwa?

Moje smaki lata to bez wątpienia rabarbar, truskawki, jagody i aromatyczne nowalijki. Mam z nimi wszystkimi mnóstwo wspomnień. Rosół z młodymi warzywami, makaron z truskawkami i śmietaną, pierogi z jagodami i obłędne ciasto drożdżowe z rabarbarem mojej cioci. To dania, które na pewno przywołują wspomnienia z dzieciństwa.

Rozmawiała Monika Wolnicka
fot. Paweł Łacheta