Wciąż nawiguję pomiędzy pracą w teatrze, na planach filmowych, rolami w serialach, castingami, zajęciami ze studentami w szkole filmowej, uczeniem się nowych ról, domowymi obowiązkami, czasem z dziećmi i spotkaniami ze znajomymi. Leżenie na hamaku w ogrodzie mi nie odpowiada. Miałbym wrażenie, że ucieka mi życie – mówi Ireneusz Czop w rozmowie z Magdą Maciejczyk.

Czego nauczył się Pan od kobiet?

Uczę się cały czas. Cierpliwości i rozpoznawania emocji. Myślę, że mężczyźni mają z tym kłopot. Kobiety są biologicznie lepiej przygotowane do obserwacji otoczenia, wyczuwania zmian w czyimś zachowaniu, wsłuchiwania się w słowa. Od mamy dostałem osprzęt bojowy na życie i plecak różnych ciężarów, na przykład to, że od dziecka musiałem być mężczyzną w domu. Niezależnie od tego, czy miałem sześć czy naście lat, wymagała, bym był odpowiedzialny za młodszą siostrę.

Słyszałem: „masz swoje zainteresowania i pasje, sport, zespół muzyczny – to świetnie, ale wykonaj najpierw to, co jest twoim domowym obowiązkiem”. Nie miałem forów, nie słyszałem: „synku odpocznij, pobaw się na podwórku”.

i ……

Gdy byłem ministrantem, o piątej rano szedłem do kościoła na poranną mszę, później na basen, a wracając do domu, miałem już w torbie świeże bułki dla mamy i siostry. Budziłem je, robiliśmy śniadanie i szykowaliśmy się z siostrą do szkoły. Po południu grałem w piłkę w klubie Wisła Płock, miałem zajęcia karate i próby z zespołem Vox Clamantis – z repertuarem o tematyce religijnej. Później odrabiałem lekcje, czytałem, a wieczorem szedłem pobiegać. Nigdy się nie nudziłem. I muszę przyznać, że całkiem nieźle się w tym wszystkim odnajdywałem. Było super. Co więcej, taki ciągły trening i poligon życiowy, jaki mama zaserwowała mi w dzieciństwie, został we mnie do dzisiaj. Wciąż nawiguję pomiędzy pracą w teatrze, na planach filmowych, rolami w serialach, castingami, zajęciami ze studentami w szkole filmowej, uczeniem się nowych ról, domowymi obowiązkami, czasem z dziećmi i spotkaniami ze znajomymi. Przyjaciele zastanawiają się, czy ja w ogóle odpoczywam.

Co Pan im wtedy mówi?

Leżenie na hamaku w ogrodzie mi nie odpowiada. Miałbym wrażenie, że ucieka mi życie.

Podobno Ireneusz Czop chciał zostać księdzem?

Pamiętam taką sytuację: koleżanki mamy żartowały przy mnie, że będę miał w życiu powodzenie u dziewczyn, bo jestem bardzo ładny. Na to ja uciekłem do swojego pokoju, napisałem na kartce: „nie będę miał dziewczyny, ponieważ będę księdzem”, i dałem im tę kartkę, bo wstydziłem się powiedzieć o tym głośno. Wciąż mam z tym problem.

Lubię, gdy ludzie mówią o mnie dobrze, ale nie umiem się zachować, gdy to słyszę wprost. Czasem żartuję, że to nie ja, tylko brat. Wychodzą z tego naprawdę śmieszne sytuacje. Kiedyś w Skrzynkach niedaleko Tomaszowa Mazowieckiego w przydrożnym sklepiku poprosiłem o parówki, bułkę i coca-colę. Pani, która mnie obsługiwała, zapytała, czy nie jestem przypadkiem z telewizji. Zażartowałem, że owszem brat bliźniak tak, ale nie ja i usłyszałem: „oczywiście, ludzie z telewizji takich rzeczy nie jedzą”.

Ireneusz Czop, aktor Teatru im. Jaracza znany jest m.in. z filmów: „Pokłosie”, „Kochanie, chyba cię zabiłem” czy „Jack Strong” oraz seriali: „Komisarz Alex”, „Skazane”, „Na dobre i na złe”. Wykładowca Szkoły Filmowej w Łodzi, ojciec Michała i Majki, zodiakalny Rak, urodzony w Płocku w 1968 roku. Na deskach łódzkiego teatru możemy oglądać go m.in. w „Czarownicach z Salem”, spektaklu którego premiera miała miejsce 1 kwietnia.

Wróćmy do pomysłu na życie w sutannie.

Naprawdę myślałem o tym, aby po maturze zapisać się do seminarium duchownego. Zawsze dążyłem w życiu do tego, żeby zajmować się tym, co mnie interesowało. Nie jestem typem człowieka, który mówi sobie: to jest trendy, a to jest fajne, a to jest moment wertykalnego myślenia, to spróbuję, bo może akurat się uda. Moja mama jest głęboko wierząca i jest to również we mnie. Szukałem w życiu różnych dróg do Boga. Poprzez Oazę, ministranturę, grupę muzyczną Vox Clamantis, z repertuarem o tematyce religijnej.

Jestem pod wrażeniem…

Wbrew temu, co może pani sobie teraz o mnie myśleć, mama nie miała ze mną łatwo. To, że byłem ministrantem, nie znaczy, że nie miałem diabła za koszulą. Jeśli był konflikt wśród chłopaków na osiedlu, zazwyczaj kończył się bijatyką, w której zawsze ostro walczyłem o swoją pozycję. Musiałem. Miałem wrażenie ciągłego zagrożenia i nastawienie, że cały czas muszę być gotowy do obrony, żeby inni szanowali mnie i moją siostrę. Później – podczas studiów w Łodzi – miałem taki okres w życiu, kiedy wolność, kobiety, wino i śpiew zawracały mi tak bardzo w głowie, że zdarzało się tracić grunt pod nogami. Dzisiaj, kiedy wspominam tamte czasy, myślę, że parę rzeczy mógłbym sobie darować. Z drugiej strony usprawiedliwiam się, iż fakt, że mama wychowywała mnie sama, świat bez mężczyzn, spowodował, że nie miałem punktu odniesienia. Musiałem sam stworzyć w sobie mężczyznę od początku.

Chyba całkiem nieźle wyszło. Wiem, że nie przejmuje się Pan drobiazgami.

To wynika z życiowych doświadczeń. W moim rodzinnym domu się nie przelewało. Chodziłem w ubraniach po kolegach i trzeba było przełykać takie sytuacje, że na mój widok ktoś krzyknął: o, idzie w moim ciuchu, z wydźwiękiem żenada. To nie było fajne. Ale nauczyło mnie hartu ducha, patrzenia na świat przez pryzmat tego, że ważne jest to co w środku, a nie opakowanie. Na studiach nieraz przekonałem się, że ten lukier na pączku nie jest najważniejszy. Na egzaminach do szkoły aktorskiej miałem na sobie turkusowy damski dres, bo tylko taki udało się mamie zdobyć i nie był to dla mnie żaden problem.

Decyzja o zdawaniu do szkoły aktorskiej zapadła, bo…

Zdecydowałem o tym tuż przed maturą. Po przypadkowej wizycie w szkole filmowej na Targowej. Byłem w Łodzi na festiwalu piosenki studenckiej Yapa. Występowałem z kumplami z Płocka i zabalowaliśmy. O świcie któryś z chłopaków wpadł na pomysł, żebyśmy poszli na miasto pooglądać ładne dziewczyny, ktoś inny zaproponował, żeby odwiedzić „filmówkę”. Akurat przez podwórko

przechodziły dwie zgrabne studentki ze szpadami na plecach, w obcisłych kostiumach. Pomyślałem: bardzo fajna ta szkoła. W tym dniu trwały konsultacje dla przyszłych słuchaczy, więc na nie poszedłem. Usłyszałem: nadajesz się, możesz zdawać. Dostałem się za pierwszym podejściem.

Kobiety cenię najbardziej za…

Uczciwość, wierność, za to, że dają poczucie bezpieczeństwa. Widzę sens w tradycyjnym modelu rodziny. Jest bliżej naturalnego porządku świata. Jednocześnie uważam, że stereotypem, który bardzo przeszkadza w związku, jest tradycyjny podział obowiązków: mężczyzna pracuje, kobieta prowadzi dom, chlasta kosą uczucie. Powoduje, że ludzie zaczynają się licytować, kto za co powinien odpowiadać. W obecnym świecie wiele się pozmieniało i w ślad za tym powinny iść zadania w związku. Powinno być tak, że sprząta, pierze, gotuje i zajmuje się dziećmi ten, kto akurat ma na to więcej czasu czy ochoty. Nie widzę nic nienaturalnego w sytuacji, w której kobieta ma pracę, a mężczyzna nie, więc on zostaje w domu z niemowlakiem i karmi go butelką, a ona zarabia na rodzinę. Pewnie wielu kobietom taka sytuacja bardzo by odpowiadała. Mam wrażenie, że współczesne kobiety bardzo potrzebują niezależności finansowej, muszą mieć ją wpisaną w życie, jakby się bały, że inaczej mniej znaczą w rodzinie. Sama deklaracja mężczyzny „zaopiekuję się tobą”, „jestem z tobą” nie wystarczy, żeby czuły się w związku bezpiecznie.

Jakie są relacje w Pana domu?

Myślę, że łatwiej ze mną pracować niż żyć. Może dlatego tak dużo pracuję (śmiech). Moja żona, Teresa Dzielska, też jest aktorką. Takie związki nie są łatwe. Nasz zawód zabiera mnóstwo czasu i pochłania energię. Żeby pojechać na casting, trzeba przeczytać scenariusz, przygotować się do roli, zbudować postać w oparciu o różne informacje jej dotyczące, czasem filmy, muzykę, rozmowy z ludźmi. Do tego jestem perfekcjonistą. To też jest trochę moje przekleństwo. Kiedy oglądam się wstecz, myślę: można byłoby sobie pewne rzeczy odpuścić, nie wszystko w życiu musi być zapięte na ostatni guzik. Na zajęciach ze studentami lub gdy rozmawiam z moimi dziećmi mówię: „pozwólcie sobie na błąd”. A gdy sobie czasem na to pozwalam, za każdym razem szukam sposobu, jak mógłbym go naprawić. Moje życie to też ostra jazda z megadawką emocji. Już wiem, że tylko do pewnego momentu potrafię je trzymać, porządkować, układać i zbierać różne energie, a potem jest wybuch. I to nie jest fajne. Podziwiam moją rodzinę, że ze mną wytrzymuje. Gdyby mnie przyszło być na ich miejscu, nie wiem, czy bym nie uciekł. No chyba żebym bardzo siebie kochał.

Wyznanie „kocham cię”…

Nie mam problemu, żeby mówić je moim bliskim. Dzieciom, żonie, mamie. Często go używam i nie jest to dodatek na zakończenie zdania. Myślę, że mówienie komuś kocham nawet w niełatwych momentach ma ogromną moc budowania.

Czy uważa Pan, że seks to skuteczne antidotum na kłopoty w związku?

Seks totalnie zbliża. Kiedyś czytałem, że nie powinno się godzić w łóżku. Uważam, że jest to bzdura. Oczywiście to jest rodzaj zagłuszania problemu, zamiast rozmawiać o nim i szukać rozwiązania, zamiatamy go pod dywan: teraz będzie nam przyjemnie i cześć. Jednak jeśli jest dobra relacja między dwojgiem ludzi i naprawdę się kochają, a teraz się pokłócili czy przechodzą trudny moment, to seks będzie im przydatny do tego, żeby zacząć rozmawiać.

Jakim ojcem jest Ireneusz Czop?

Dużo pracuję, ale w tym szaleństwie próbuję też wprowadzić w życie trochę harmonii, żeby dzieciaki wiedziały, że jestem dla nich. Kiedy nie gram, staram się znaleźć czas, aby wyjść razem na basen albo na rower, odprowadzać córkę do szkoły, spędzić tylko z synem pół dnia w sobotę lub w niedzielę. Kiedy gram, dzwonię, żeby wieczorem pogadać. Sam w ich wieku miałem sporo różnych zainteresowań. Pod tym względem mama dawała mi dużo swobody i wsparcia. Pamiętam, że nieraz mama mówiła: „znowu coś wymyśliłeś, pewnie niedługo ci minie”. Ale kiedy okazywało się, że na przekład od dwóch lat gram w klubie w piłkę albo od lat uprawiam karate, chwaliła: „fajnie, że jesteś w tym, fajnie że to robisz”. Chcę, żeby moje dzieci nie przespały swoich zainteresowań. Uczę je, że jeśli ma to być coś ważnego, to trzeba temu mocno się oddać. Nie wystarczy grać na pianinie raz w tygodniu. Ale najważniejsze dla mnie jest, aby były dobrymi, uczynnymi ludźmi. Amen.

Która rola filmowa jest Panu najbliższa?

Zawsze mówię sobie, że ta najlepsza to jest ta następna i ta najbardziej ulubiona też. Wciąż mam w sobie głód poszukiwania, wyzwań. Żeby nie tylko nie nudzić się w życiu, ale żeby też coś ze sobą załatwić. Oczywiście, że mam wiele ról, z których jestem zadowolony albo dumny. Na przykład: Franciszka Kaliny w „Pokłosiu”, Adama w serialu „Skazane”, Makbeta w „Lady Makbet”, Antyfonalna w „Komedii omyłek”, granych na deskach Teatru im. Jaracza w Łodzi, kardynała Karola Wojtyły w „Totus Tuus”. Nawet zbudowanie takiej postaci jak Ryszard Puchała w serialu „Komisarz Alex” jest dla mnie czymś bardzo sympatycznym, podobnie jak doktora Tomasza Rzepeckiego w „Na dobre i na złe”. I całe mnóstwo innych ról, których teraz nie pamiętam, są mglistym wspomnieniem sprzed dwudziestu paru lat. Jestem szczęściarzem, bo moje role nie zaszufladkowały mnie jako aktora.

Obserwuję Pana bacznie podczas tej rozmowy. Widzę wiele podobieństw z granymi postaciami.

Kiedyś panie w urzędzie skarbowym zapytały, dlaczego w książce podatkowej w rubryce koszty wpisałem sportową odzież i czy była ona noszona również prywatnie. Odpowiedziałem, że przygotowywałem się do roli, w której potrzebowałem takiego ubrania i zadałem im pytanie:

Kiedy aktor jest prywatnie. Czy można rozdzielić czytane przeze mnie książki, oglądane filmy i spektakle na takie, które przydadzą się do przyszłej roli i te absolutnie niepotrzebne? Nawet praca w ogródku czy umiejętność naprawienia kranu może dać mi umiejętności, dzięki którym postać, w którą się wcielę, będzie wiarygodniejsza, a moja gra aktorska lepsza. Nie da się rozgraniczyć, kiedy aktor jest w pracy, wszystko, co robimy, przekłada się później na grane role. Budują się całe nasze życie. To, że kiedyś miałem mnóstwo różnych zainteresowań i profesji, pomaga mi dziś grać w różnych miejscach. Uczyłem się w technikum elektrycznym. Grałem zawodowo w piłkę.

Wcześnie zacząłem utrzymywać się sam. Byłem hydraulikiem, elektrykiem, pomocą leśną. Nie boję się, co będzie, jeśli nagle przestanę grać, bo wiem, że umiem robić jeszcze wiele innych rzeczy. Potrafię pospawać klatkę, kosić kosą, wydoić krowę . Mogę w każdej chwili usiąść i napisać referat z hermeneutyki czy twórczości Tuwima.

I jeszcze jeden łódzki akcent. Spotkaliśmy się w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Proszę opowiedzieć o najnowszym przedstawieniu „Czarownice z Salem” w reżyserii Mariusza Grzegorzka, w którym główne role grają Ireneusz Czop i Agnieszka Więdłocha.

Myślę, że dramat Arthura Millera „Czarownice z Salem” to opowieść o szaleństwie głupoty, związanej ze sprawowaniem władzy, o łatwym klasyfikowaniu ludzi. Ostrzeżenie o niebezpieczeństwie władzy, która może doprowadzić nawet do śmierci. Zapraszam na widownię.


Ireneusz Czop, absolwent PWSFTViT w Łodzi. Aktor związany z teatrami łódzkimi: Nowym (1994–1996, 2003), Powszechnym (1996–2001) i Teatrem im. Jaracza (od 2004 roku). Wyróżniony nagrodą łódzkich recenzentów Złota Maska za role: Antyfonalna z Efezu w „Komedii omyłek” W. Szekspira oraz Clinta w „Blasku życia”  Rebeccy Gilman i Biffa Lomana w „Śmierci komiwojażera”. Laureat Nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza – przyznawanej przez redakcję miesięcznika „Teatr” – za rolę Makbeta w przedstawieniu „Makbet” Williama Szekspira. Ma na koncie kilkadziesiąt ról filmowych i udział w najlepszych polskich filmach: „Pokłosie”, „Konwój”, „Prosta historia o morderstwie”, „Śpij kochanie”, „Życie jest piękne”, „Dzień kobiet”, „Miłość w Mieście Ogrodów”, „Wołyń”, „Żyć, nie umierać”, „Jack Strong”, „Kochanie, chyba cię zabiłem”, „Obywatel”, „Słodko gorzki”, „Leśne doły”, „Generał”, „Jestem twój”, „Pornografia”, „Historia samotności”, „Afganistan”, „Być jak Kazimierz Deyna”, „Felix, Net i Nika oraz teoretycznie możliwa katastrofa”. Najpopularniejsze seriale, w których występował, to: „Komisarz Alex”, „Na dobre i na złe”, „Prawo Agaty”, „Klub szalonych dziewic”, „Blondynka”, „Ojciec Mateusz”, „Na Wspólnej”, „Samo Życie”, „Plebania”, „Hotel 52”, „Pensjonat pod Różą”, „Sprawa na dziś”, „Kopciuszek”, „Lekarze”, „Szpilki na Giewoncie”, „Świat według Kiepskich”.