Myślę, że każde wyzwanie rozwija artystę, mam też potrzebę sprawdzania się w różnych sytuacjach, przy różnych (czasem karkołomnych) pomysłach – mówi Joanna Woś, solistka Teatru Wielkiego w Łodzi.

LIFE IN: Jest Pani gwiazdą Teatru Wielkiego w Łodzi, ale nie pochodzi Pani z tego miasta. Proszę opowiedzieć o swoich korzeniach.

Joanna Woś: Urodziłam się w Kielcach i tam chodziłam do szkoły.

Kto pierwszy odkrył, że ma Pani talent muzyczny?

Zawsze lubiłam muzykę, a śpiew towarzyszył mi od najmłodszych lat. Moja Mama zawsze ładnie śpiewała i tak jest do tej pory. W moim dzieciństwie ludzie chętniej i częściej, niż dziś, śpiewali w domach i tak właśnie było w moim domu rodzinnym, a ja zawsze brałam w tym udział. Wszyscy chwalili, że mam ładny głos i zachęcali, bym poszła do szkoły muzycznej. Tak się stało, ale zaczęłam nie od kształcenia głosu, tylko od nauki gry na skrzypcach. To jednak nie były zmarnowane lata, bo skrzypce wyrabiają słuch, muzykalność, dbałość o ładny dźwięk.

Dlaczego porzuciła Pani skrzypce i zdecydowała się jednak na kształcenie głosu?

Nie trafiłam na pedagoga, który rozmiłowałby mnie do tego instrumentu i poruszył moją wrażliwość i wyobraźnię na tyle, żeby go nie porzucać. Zawsze pociągała mnie scena – połączenie muzyki i aktorstwa, a można to realizować w teatrze operowym.

Zdecydowała się Pani na szkołę w Łodzi.

Rzeczywiście. Ta szkoła miała dobrą renomę i ciekawy program studiów. Wybrałam, oczywiście, wydział wokalno-aktorski i trafiłam do klasy prof. Jadwigi Pietraszkiewicz.

Już jako studentka odnosiła Pani sukcesy…

Brałam udział w wielu konkursach, zdobywałam nagrody, m.in. I nagrodę w Międzynarodowym Konkursie w Bilbao, w Hiszpanii. Jeszcze przed dyplomem zostałam zaangażowana do Teatru Wielkiego w Łodzi.

Jak wspomina Pani początki swojej pracy?

W tym czasie teatr miał bogaty repertuar i dla każdego śpiewaka – takiego z dorobkiem i początkującego. Było wiele ciekawych ról, każdy mógł się rozwijać i realizować.

Kreowała Pani główne role w wielu przedstawieniach. Które z nich przyniosły Pani największą satysfakcję?

Jest wiele takich ról, darzę je większym sentymentem albo cenię za ich walory artystyczne. Moją koronną partią zawsze była Violetta w „Traviacie” Verdiego, najczęściej ją wykonuję. Wyróżniłabym też Łucję z Lammermoor Donizettiego, Marię Stuart, Lukrecję Borgię czy też „Purytanów” Belliniego.

Śpiewa Pani nie tylko w łódzkim teatrze, także na innych scenach w Polsce i w Europie.

Tak, bardzo lubię występować z innymi zespołami i przed nową publicznością, to bardzo inspirujące.

Czy recenzje zawsze były tak przychylne jak w Łodzi?

Nie narzekam, moje występy przeważnie były wysoko oceniane i przez krytykę, i przez publiczność.

Nie boi się Pani eksperymentować, np. w Łodzi wystąpiła Pani z Michałem Szpakiem, w Planetarium EC1, w wieczorze z Krystyną Jandą…

Myślę, że każde wyzwanie rozwija artystę. Mam też potrzebę sprawdzania się w różnych sytuacjach, przy różnych (czasem karkołomnych) pomysłach – jak na przykład występ w Operze Narodowej w spektaklu „Głos ludzki” Poulenca, gdzie występowałam jakby w dwóch planach – w tle był emitowany film, w którym grałam, a jednocześnie na żywym planie, podkładałam głos w tym filmie.

Jak wiele osobistych przeżyć przenosi Pani na scenę?

Każdy z aktorów i śpiewaków bazuje na własnych doświadczeniach, własnej wyobraźni i emocjach.

Czy Pani córka Jagna podąża tą samą drogą?

Ma wykształcenie muzyczne, ale interesuje się inną muzyką niż ja (fascynuje ją muzyka filmowa). Spełnia się jednak w pisaniu, zdobywa nawet nagrody literackie, a zawodowo zajmuje się PR i reklamą.

Na koniec standardowe pytanie: jakie są Pani najbliższe plany?

Planuję udział w kilku festiwalach, m.in. Festiwalu Muzyki Barokowej, Festiwalu w Łańcucie, Festiwalu im. Jerzego Waldorffa, Festiwalu Krystyny Jamroz, a jesienią czeka mnie podróż do czterech krajów Ameryki Południowej. A w nowym roku w moim macierzystym teatrze w Łodzi – „Wesele Figara” i „La Donna del Lago” Rossiniego.

Z niecierpliwością czekamy na kolejne spotkania z Panią.

Rozmawiał Marek Niedźwiecki