Grzegorz Schreiber, Marszałek Województwa Łódzkiego w rozmowie z LIFE IN. Łódzkie opowiada o pierwszym roku na stanowisku, o planach urzędu na najbliższe miesiące, o swoich pasjach i braku czasu na ich realizację. Wspomina także początki swojego związku z polityką i regionem łódzkim.

LIFE IN Łódzkie: W wieku 25 lat, w połowie lat 80. zapisał się Pan do NSZZ Solidarność. Co Pana zmotywowało?

Grzegorz Schreiber: Moja aktywność polityczna zaczęła się jeszcze przed 1981 rokiem. Potem na studiach działałem w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów i kilku innych organizacjach. A co mnie do tego zmotywowało…? No cóż, jak sobie przypomnimy, to tamten świat nie należał do najlepszych. Kiedy młody człowiek dostrzega, ile dzieje się zła, to chce z nim walczyć.

Można powiedzieć, że od tamtej pory, czyli już od ponad 30 lat jest Pan aktywnym politykiem. W Pana przypadku „mała” polityka samorządowa cały czas przeplata się z tą „dużą” – parlamentarną i rządową. Polubił Pan politykę, czy to bardziej ona Pana polubiła?

Musiałbym z polityką porozmawiać o tym, jak to jest między nami. A mówiąc poważnie, polityka ma do siebie to, że jak się już człowiek w niej znajdzie, to cały czas szuka nowych wyzwań. Ja zacząłem od samorządu, gdzie byłem radnym miejski i radnym wojewódzkim, później zostałem posłem, aż wreszcie trafiłem do rządu. Teraz jestem Marszałkiem Województwa Łódzkiego. Każdy fragment mojej działalności politycznej jest tak różny od poprzedniego, że trudno tu o jakieś wspólne elementy i porównania.

W której roli czuje się Pan lepiej?

Nie odpowiem na to pytanie, bo to i to ważne, ale co jest ważniejsze? Przecież to zupełnie inna skala, inne zadania i zupełnie inna praca.

W Pana ślady poszedł najstarszy z trzech synów i też został politykiem. Jest dziś bardzo ważnym człowiekiem w gabinecie premiera Mateusza Morawieckiego. Jako szef Komitetu Stałego Rady Ministrów ma duży i realny wpływ na polską politykę. Kibicuje mu Pan, czy wolałby, żeby jednak zajmował się czymś innym?

Już od wczesnej młodości, żeby nie powiedzieć, od dzieciństwa, chciał iść tą drogą. Cały czas podpatrywał mnie, pomagał, jak było trzeba i kiedy zdecydował, że chce być politykiem, to nie było siły, która by go przed tym powstrzymała. Ale jak się okazuje z perspektywy czasu, nie było potrzeby, bo jak Pan zauważył, radzi sobie w niej doskonale.

A prosi Pana czasami o poradę w sprawach politycznych?

Pytanie powinno być inne – czy ja jestem w stanie mu jeszcze w czymś pomóc. Syn dokonuje własnych wyborów, jest na takim poziomie, na który ja nigdy nie trafiłem. Co ja mógłbym mu podpowiedzieć? Gdzie mi tam do niego. (śmiech)

Z regionem łódzkim związał się Pan w 2011 roku. Wystartował Pan wtedy w wyborach parlamentarnych i został posłem ziemi sieradzkiej. Po czterech latach z powodzeniem ubiegał się Pan o reelekcję, rok później trafił do rządu, a 22 listopada ub. roku został Marszałkiem Województwa Łódzkiego. Nie żałuje Pan tej decyzji?

Nie, nie żałuję. Możliwość bezpośredniej współpracy z mieszkańcami całego województwa, wsłuchiwania się w ich potrzeby i pomagania im ma wielki sens i jest tym, co chcę robić.

Z jakimi postanowieniami obejmował Pan urząd marszałka i czy udało się zrealizować wszystkie plany?

Kiedy podjąłem decyzję, że wrócę do pracy w samorządzie, miałem obszerny obraz tego, co powinienem zrobić obejmując urząd marszałkowski i w zasadzie od razu mogłem przystąpić do działania. Wymienianie i mówienie w tej chwili o poszczególnych zadaniach mija się z celem. Poza tym nie lubię wypominać poprzednikom, co zrobili źle i czego nie zrobili wcale, bo to w żaden sposób nie poprawia bieżącej sytuacji urzędu. Warto jednak wspomnieć o dwóch zadaniach, które postawiłem przed pracownikami: po pierwsze zbliżyć urząd do ludzi i po drugie poprawić relacje z rządem. To były sprawy, na których zależało mi najbardziej. Poznaliśmy wszystkie możliwości, jakimi w tym zakresie dysponujemy, część z nich już wykorzystaliśmy, inne wykorzystamy w najbliższym czasie. Mieszkańcy regionu muszą mieć pewność, że ich problemy są dla nas istotne, a my musimy mieć pewność, że nasz głos będzie słyszalny w Warszawie, a region będzie mógł skorzystać ze wszystkich programów proponowanych przez rząd.

Jakie cele stawia Pan sobie i pracownikom na najbliższe miesiące?

Najbliższy czas upłynie nam pod znakiem przygotowań do nowej perspektywy finansowej dla województwa łódzkiego. Czeka nas też opracowanie strategii województwa, która z pewnością zdominuje w pierwszym półroczu debatę publiczną. To są zresztą powiązane sprawy, bo przecież ze strategii wynikają zadania, które będą realizowane ze środków budżetowych określonych w perspektywie finansowej. Poza tym będziemy realizować wszystkie projekty rozpoczęte w tym roku i wcześniej. Będziemy chcieli jeszcze bardziej otworzyć urząd na potrzeby mieszkańców, sprawić, by to był urząd działający na rzecz całego województwa, a nie tylko wybranych miejscowości. Będziemy kontynuować projekt komunikacyjny, czyli powstanie linii autobusowych łączących poszczególne miejscowości regionu. W 2019 roku uruchomiliśmy aż 29 nowych połączeń, ale to dopiero pierwszy etap. Już teraz mamy wnioski na kilkanaście kolejnych. Reagujemy na każdy sygnał i sprawdzamy, czy jest możliwa nasza pomoc. Trzeba wiedzieć, że mieliśmy bardzo mało czasu na realizację tego projektu, raptem kilka miesięcy. Ale udało się, a wiem, że niektóre urzędy marszałkowskie w ogóle nie podjęły działań.

O tym projekcie zaczęto mówić, że nie przyniesie oczekiwanych efektów, i trzeba będzie do niego dopłacać spore sumy. Tak się dzieje?

Efektywność i opłacalność projektu są na bieżąco analizowane. On z założenia miał być dofinansowywany przez województwo, ale okazuje się, że już po kilku miesiącach niektóre linie zaczęły być samowystarczalne.

A jak mieszkańcy reagują na te działania?

Dziękują nam za to, że wreszcie mogą dojechać do urzędu, do lekarza czy na zakupy bez konieczności proszenia kogoś o pomoc w transporcie. To jest ważne, bo projekt miał przeciwdziałać wykluczeniu komunikacyjnemu mieszkańców naszego województwa i to się dzieje. Dlatego chcemy i będziemy go rozwijać.

Przed rokiem mówiąc o Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej wspomniał Pan, że chciałby, aby kiedyś ŁKA zamieniła się w minimetro i połączyła z Łodzią okoliczne miejscowości. Czy jest na to szansa?
Ale to się już dzieje. W połowie grudnia ŁKA uruchomiła nowe połączenia do Skierniewic, Łowicza i Kutna. W samej Łodzi uruchomiono połączenie na trasie Łódź Widzew – Łódź Chojny przez Łódź Olechów. Wcześniej ruszyły pociągi ŁKA na trasach do Sieradza, Tomaszowa Mazowieckiego, Piotrkowa i Radomska. Rozwój połączeń kolejowych i autobusowych idą ze sobą w parze i doskonale wpisują się w projekt przeciwdziałania wykluczeniu komunikacyjnemu. Przecież tam, gdzie nie mogą dojechać pociągi ŁKA, dojadą autobusy. Cały plan polega właśnie na tym, żeby zintegrować komunikację autobusową z kolejową. Autobusem można dojechać do najbliższego przystanku ŁKA i tam przesiąść się na pociąg do Łodzi, a stąd dalej. Wszystko sprawnie i w krótkim czasie. W tym łódzkim minimetrze brakować nam będzie już tylko połączenia Łodzi Kaliskiej z Fabryczną, ale wierzę, że i tu uda się zrealizować plan, choć jako urząd marszałkowski nie mamy na to wpływu.

Od Pana współpracowników usłyszałem, że jest Pan bardzo zapracowanym człowiekiem i podobno lubi Pan osobiście wszystkiego dopilnować. To prawda?

Tak już mam, że jak mam pracę do wykonania, to staram się ją wykonywać jak najlepiej, ale to chyba normalne. A jeżeli chodzi o dopilnowywanie wszystkich spraw, to wiadomo, że na dłuższą metę nie jest to możliwe. W urzędzie pracują doskonali fachowcy, do których mam zaufanie. Mają jasno określone obowiązki, odpowiadają za określone tematy i muszą dobrze wykonywać swoją pracę, a moim zadaniem jest dopilnowanie tego, żeby wszystkie zlecone zadania były właściwie zrealizowane. Nie znam dobrego gospodarza, który nie dogląda i nie pilnuje swojego gospodarstwa.

A jak już znajdzie Pan chwilę wolnego, to jaką formę odpoczynku Pan wybiera – kino, książka, teatr?

Najgorsze jest to, że choć mam wiele zainteresowań, to w ogóle nie mam czasu na ich realizację. Bardzo nad tym ubolewam. Na półce czekają nieprzeczytane książki, lista z filmami, których nie mam kiedy obejrzeć jest bardzo długa, a o gotowaniu już nawet nie wspominam, szczególnie przy żonie, bo chyba już zapomniała, że potrafię gotować.

A potrafi Pan?

Pewnie, że potrafię i bardzo lubię, ale brakuje mi na to czasu, więc może już nie mówmy, bo żona zacznie się ze mnie śmiać, że na temat kuchni potrafię się tylko przechwalać.

Wróćmy do książek, jaką literaturę Pan lubi?

Od zawsze byłem fanem literatury iberoamerykańskiej. Na półce czekają na przeczytanie trzy powieści Llosy i jedna Marqueza. Mam nadzieję, że podczas świąt znajdę trochę czasu na lekturę. Lubię też książki historyczne, szczególnie te dotyczące piętnastowiecznej Polski. To wtedy zaczęła się kształtować nasza europejska potęga. To był także dobry okres dla tych ziem, które dziś tworzą województwo łódzkie, a wtedy wchodziły w skład Królestwa Polskiego. Nawet jeśli brakuje czasu na książki na poezję zawsze chwilę znajdę. Ostatnio ponownie przeczytałem Burzę Williama Szekspira. Co jakiś czas zaglądam do tomiku „Utwory rozproszone” Zbigniewa Herberta. To zresztą mój ulubiony polski poeta.

Grywa Pan jeszcze w szachy? Słyszałem, że jest Pan niezłym szachistą.

Trudno mi powiedzieć czy niezłym, ale na szachy już zupełnie nie mam czasu. Czasami tylko, jak wracam późno z jakiejś wizyty i jest już za ciemno na przeglądanie dokumentów, to włączam aplikację na telefonie i albo zagram sam ze sobą, albo porozwiązuję szachowe zagadki.

W tym roku kupił Pan dom w okolicach Łodzi. Czy to oznacza, że wiąże się Pan z Łodzią i regionem na stałe?

Prawda jest taka, że z województwem łódzkim związałem się już kilka lat temu, jednak będąc posłem z łódzkiego i pracując w rządzie, więcej czasu spędzałem w Warszawie i nie potrzebowałem tutaj ani domu, ani mieszkania. Zmieniło się, kiedy objąłem urząd Marszałka Województwa Łódzkiego. Pozamykałem wtedy sprawy w Warszawie i zdecydowałem się kupić dom, i osiedlić pod Łodzią.

Rozmawiał Robert Sakowski
Zdjęcia Paweł Keler