Potrafię odejść we właściwym momencie, nigdy nie marzyłam o wielkich oscarowych rolach. Aktorką w zasadzie zostałam trochę przez przypadek, ale nie żałowałam. Ta praca przyniosła mi zdecydowanie więcej niż zakładałam, niż chciałam osiągnąć. Teraz chcę spróbować swoich sił w biznesie – mówi Agnieszka Sienkiewicz-Gauer w rozmowie z Beatą Sakowską.

LIFE IN. Łódzkie: Kiedy nadejdzie ten moment, gdy ubrana w suknię od Diora potknie się Pani w drodze po Oscara?

Agnieszka Sienkiewicz-Gauer: Kiedyś rzeczywiście powiedziałam coś takiego o Diorze i Oscarze, ale to była  żartobliwa odpowiedź, na jedno z pytań zadane podczas wywiadu. Bardzo się cieszę, z tego w jakim jestem miejscu, ale czuję, że przyszedł taki moment, że mogę trochę zwolnić, odpuścić. Bardzo intensywnie pracowałam przez ostatnich dziesięć lat, kariera nie jest dla mnie teraz najważniejsza.

Ta praca przyniosła mi zdecydowanie więcej niż zakładałam, niż chciałam osiągnąć. Gram w teatrze, w serialu „Przyjaciółki”, skończyłam zdjęcia do programu „The Brain”, natomiast nie mam już takiej ochoty, żeby szczególnie walczyć o kolejne propozycje. Jeśli pojawia się jakiś interesujący casting, to oczywiście biorę w nim udział. Czasami odmawiam. Nie można wiecznie żyć w drodze między Warszawą a Łodzią. Teraz w Łodzi mam swoje życie, rodzinę i rozkręcam biznes z przyjaciółką Joanną Osydą. A suknię od Diora chętnie założę – Oscar nie jest do tego niezbędny (śmiech). Nigdy nie miałam ambicji, by próbować swoich sił za granicą, nie marzyłam o tym.

Jak to, wiele aktorek właśnie o tym marzy?

Taka już jestem, zawód aktorki, to nie jest spełnienie wielkich marzeń. To taka droga przez życie, którą wybrałam trochę przez przypadek. Kiedy kończyłam liceum w Mrągowie miałam 18 lat, bo do szkoły poszłam w wieku 6 lat, i chyba tak za bardzo nie wiedziałam co chcę robić. Złożyłam papiery na inne kierunki, a przy okazji zobaczyłam, że jest Studium Aktorskie w Olsztynie. Pomyślałam że spróbuję, bo w liceum grywałam w kółku teatralnym i lubiłam być na scenie. No i udało się, chociaż wtedy rodzice raczej woleli, żebym studiowała pedagogikę. To nie było wyśnione, wymarzone. Aktorstwo traktuję jak wspaniałą przygodę w moim życiu.

Ta przygoda zaczęła się w Kaliszu.

Pierwszy dzień na scenie, to był jakiś krzaczek w bajce, więc nie było to nic spektakularnego. A tak na poważnie, tuż po ukończeniu studium aktorskiego w Olsztynie, dostałam propozycję pracy w Kaliszu. Ale już w Olsztynie grałam spektakle. Na trzecim roku, zmierzyłam się z pierwszą trudną rolą, to była bardzo brutalna sztuka i wymagała ode mnie skrajnych emocji. Miałam wówczas dwadzieścia lat i pamiętam, że dużo mnie to kosztowało. Grając na etacie w Kaliszu, koleżanki namówiły mnie na warsztaty w warszawskim Teatrze Współczesnym. Pojechałam i zostałam, Maciej Englert przyjął mnie na etat. Znowu o moim losie zadecydował przypadek.

Za to w karierze pomogła praca niani.

Znajoma, u której pracowałam jako niania, poleciła mnie do castingu. Wygrałam. To była moja pierwsza rola w filmie, chociaż bardzo mała , zagrałam z Emily Watson, dwukrotnie nominowaną do Oscara. Potem trafiłam do dobrej agencji aktorskiej.

Bardziej jest Pani rozpoznawalna z ról serialowych niż teatralnych. A które dostarczają więcej satysfakcji i radości?

Teatr to żywa materia, żywy organizm, bijące serce, nigdy się nie wie, co się wydarzy. Kiedyś graliśmy z Przemkiem Sadowskim spektakl i on przewrócił się na scenie, złamał rękę, a mimo to dograł do końca. Gdy wybiegł za kulisy opatrzyć złamanie, ja musiałam coś improwizować, aby zająć widza.

Kiedyś grałam będąc bardzo chora… Gdzieś w połowie spektaklu Paweł Małaszyński popatrzył na mnie i już wiedział, że dalej nie dam rady, przeprosił widownię i kurtyna opadła (śmiech). Takie rzeczy nie zdarzają się w serialu czy filmie. Spektaklu nie odwołuje się nagle. Dopóki się da, trzeba grać. Teatr angażuje wszystkimi zmysłami, tu są emocje, adrenalina i bezpośredni kontakt z widzem. Jest energia, która przenosi się z widowni na aktora i jak spektakl nie wciąga, to od razu to czuć. Trzeba się napracować, żeby zainteresować widza swoją postacią. A serial jest szybki, nie ma zbyt dużo czasu na wejście w postać. Dorotę w „Przyjaciółkach” gram już od kilku lat. Tę postać mam już chyba w małym palcu. Nawet jak wchodzę na plan po przerwie, to od razu Dorotka do mnie wraca.

Gościnnie zagrała Pani w „Dziewczynach ze Lwowa”?

To był epizod, tylko trzy sceny, weszłam na plan i pomyślałam: dobrze, teraz muszę coś na szybko wymyślić i albo reżyser to kupi albo nie. Na szczęście kupił. W teatrze jest inaczej, próby trwają godzinami, buduje się relacje międzyludzkie – jest na to czas.

Widzę jak Pani o tym mówi, Pani jest w teatrze zakochana?

Jestem.

Seriale dają tylko pieniądze?

Nie tylko. Aczkolwiek przyjaźnie związane z pracą częściej wychodzą z teatru niż z serialu. Na to, by się zaprzyjaźnić trzeba czasu. Ostatnio brałam udział w programie „The Brain. Genialny Umysł.” Całą ekipą jeździliśmy po Polsce, spędzaliśmy ze sobą wiele dni i zaprzyjaźniliśmy się.

Mówią o Pani, że jest ulubioną gwiazdą Niny Terentiew, dyrektora programowego Polsatu, i stąd praca w tym programie…

Nie lubię takich określeń, nie znoszę przyklejania łatek do ludzi. Jak wszyscy, brałam udział w castingu, były zdjęcia próbne i udało się. Teraz cieszę się, że mogłam wziąć udział w tym projekcie. To było zupełnie nowe wyzwanie i po raz pierwszy ktoś chciał, żebym była sobą, a nie odgrywała jakąś postać. A niech mi Pani wierzy dużo łatwiej jest udawać kogoś innego.

Nigdy tego nie doświadczyłam, proszę wyjaśnić dlaczego?

Gdy gram role, zakładam maskę. Nie jestem Agnieszką tylko Dorotką, Kasią, czy jakąś inną dowolną postacią i nikt mi nie może nic zarzucić, bo wszyscy wiedzą, że to tylko gra. A w tym programie jestem sobą, ze wszystkimi moimi i cudzymi emocjami, i choć na wizji nigdy nie płakałam, to tym razem zdarzało mi się skrywać w kącie, a łzy same ciekły po policzku.

Dlaczego?

Spotkałam wielu wspaniałych i wybitnych ludzi, za którymi kryją się różne historie – śmiertelnych chorób, problemy finansowe, niemożności zdobycia pracy z powodu niepełnosprawności. Spotykaliśmy się czasem z ogromną biedą, zdarzało się, że sami, całą ekipą próbowaliśmy pomóc naszym bohaterom. Show biznes jest oderwany od rzeczywistości, w programie The Brain spotykam się z prawdziwymi, ludzkimi historiami. Te spotkania dały mi bardzo dużo i na długo we mnie zostaną.

Pani w ogóle chętnie angażuje się w pomoc charytatywną. Wspólnie z mężem pomagacie Domowi Samotnej Matki w Łodzi, angażuje się też Pani w życie Ośrodka Preadopcyjnego w Otwocku. Skąd taka potrzeba? Ktoś kiedyś do Pani wyciągnął pomocną dłoń?

Nie było takiej konieczności. Po prostu mam taką potrzebę – sama dużo dostałam od życia, niczego mi nie brakuje, mam szczęśliwą rodzinę, przyjaciół. Nie pochodzę z majętnej rodziny, ale to, co było mi potrzebne i niezbędne do życia, zawsze miałam zapewnione. I kiedy widzę, ze mogę pomóc komuś, kto tego szczęścia miał mniej, to wręcz wydaje mi się nieetyczne, tego nie zrobić.  Może to kwestia empatii, z którą się rodzimy, albo też wychowania? Jedni to coś mają, inni nie.

Wróćmy na chwilę do aktorstwa i porozmawiajmy o roli, która jest Pani najbliższa i tej, która najbardziej zapadła w pamięć?

Na pewno ta, o której już wspomniałam, grana na studiach, kiedy nie potrafiłam jeszcze panować nad swoimi emocjami. Teraz na pewno lepiej sobie z nimi radze. Nie spalam się już tak.

Wcześniej był to cały proces emocjonalnych wynurzeń. Każdy spektakl dużo mnie kosztował. Dzisiaj bardzo lubię grać komedie, to mi sprawia radość. Gram je już od kilku lat, lubię i chyba się też w nich sprawdzam, bo w takich rolach jestem głównie obsadzana. Fajnie jest jak ludzie wychodzą zrelaksowani, odprężeni i mówią, że daliśmy im wiele radości.

Jest jakaś rola, którą chciałaby Pani zagrać?

Może to trochę dziwne, ale nie marzę o jakiejś konkretnej roli. Chętnie zmierzyłabym się jeszcze kiedyś z jakąś trudną, skomplikowaną postacią, która wymagałaby ode mnie wyjścia ze strefy komfortu, ale i bez tego czuję się spełniona zawodowo. Dobrze mi jest z tym co mam, wszystko więcej co przyniesie los, to bonus.

A czemu zrezygnowała Pani z serialu „M jak miłość”, który przecież przyniósł Pani dużą popularność?

Chyba nie chciałam , żeby mnie utożsamiano wyłącznie z graną tam postacią Kasi Mularczyk. Ale ja generalnie mam taką naturę, że potrzebuję zmian. Po pięciu latach odeszłam również z Teatru Współczesnego w Warszawie, co dla wielu było niezrozumiałą decyzją. Dostałam tam etat mimo że nie ukończyłam prestiżowej Akademii Teatralnej, miałam możliwość pracować z wybitnymi artystami, ale po paru latach stwierdziłam, że chce iść inną drogą.

Ma Pani kompleks, że skończyła tylko studium aktorskie a nie szkołę teatralną?

Nie, chociaż na początku spotykałam się z opiniami, że moja szkoła nie daje mi pełnych uprawnień. Środowisko artystów jest dość hermetyczne. Teraz zupełnie nie mam już z tym problemu, gram od kilkunastu lat, w serialach, dobrych warszawskich teatrach i nikt nie sprawdza mi pieczątki na dyplomie. Nigdy nie zdawałam do innych szkół aktorskich, to był mój świadomy wybór. Do Teatru Współczesnego trafiłam jak miałam 22 lata, długo byłam najmłodsza w zespole, odeszłam jak miałam 27 lat.

Teraz w jakim teatrze Pani gra.

Jestem wolnym strzelcem, nie mam etatu, tak wolę, a związana jestem z Teatrem 6. Piętro i Kwadrat.

Z jednej strony rezygnuje Pani z pracy w „M jak miłość”, a z drugiej zostaje w „Przyjaciółkach”, ta rola jest lepsza, fajniejsza, nie szufladkuje?

Lubię grać w „Przyjaciółkach”, bo rola Dorotki jest zupełnym przeciwieństwem Kasi Mularczyk z „M jak miłość”. Z grania tej postaci czerpię wielką radość, ona dużo wnosi do tego serialu i jest dla mnie wyzwaniem. Kasię też lubiłam, ale jej postać pojawiała się na ekranie bardzo często i zbyt mocno byłam z nią utożsamiana. Zasiedzenie w tym zawodzie powoduje stagnację, brak rozwoju. Z perspektywy wiem, że obie decyzje o odejściu z serialu i Teatru Współczesnego, były właściwym krokiem. Zaczęłam grać role, na które nie miałam wcześniej szansy.

Teraz aktorstwo schodzi na plan dalszy, chce Pani rozwijać własny biznes.

Wspomniałam już, że teraz mieszkam w Łodzi, tu mam rodzinę i nie mogę stale żyć w drodze. Z aktorstwem się nie żegnam, tylko nieco ograniczam swoją aktywność. Nadal gram w „Przyjaciółkach” i spektakle w teatrach, tylko już nie tak intensywnie, jak kiedyś. W Łodzi, przy Piotrkowskiej 217, wspólnie z Joasią Osydą, koleżanką po fachu, otwieram sklep z artykułami dziecięcymi. Będzie się nazywał Esy Floresy. Będą tam tez organizowane warsztaty dla rodziców, targ afrykański, akcje charytatywne czy wspólne czytanie bajek. Zamierzam w nim spędzać dużo czasu. Kiedyś wyobraziłam sobie, że idę na 11 do pracy w swoim sklepie, siadam, a moja Zosia bawi się obok. Już niebawem stanie się to rzeczywistością. Czy to nie wspaniałe? Sklep otwieram w październiku. Teraz wszystkiego sama doglądam i jestem tak poddenerwowana, że nawet nie mam ochoty na jedzenie.

To niemożliwe, ponoć dzień bez jedzenia, to dla Pani dzień stracony.

Kładę bardzo duży nacisk na zdrowe odżywianie i kocham jeść! Jedzenie jest jedną z najlepszych rzeczy jaka została nam dana. Dużo gotuję i bardzo lubię to robić. Zwracam uwagę na jakość jedzenia, a szczególnie na to, co je moje dziecko. Uważam, że to jest nasz obowiązek być coraz bardziej świadomym i stosować odpowiednią dietę. Często nie zdajemy sobie sprawy, jak złe odżywianie szkodzi i zatruwa organizm. Nie jestem jakaś ortodoksyjną wegetarianką – jem mięso ale sporadycznie, ze względu na to, to co ono zawiera. Nie chcę świadomie fundować sobie raka. Dziecku podaję mięso rzadko i najchętniej takie przywiezione ze wsi przez moja mamę . Zosia na szczęście uwielbia warzywa, które mają dużo wartości odżywczych.

Jaką mamą Pani jest?

Trochę szaloną, uwielbiam się wygłupiać z moim dzieckiem, każdy poranek zaczynamy tańcem. Staram się dawać dużo czułości mojemu dziecku. Zosia jest zacałowana i wytulona (śmiech). Taka bliskość  w pierwszych latach buduje dziecko na całe życie, daje mu pewność siebie, zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Chciałabym zbudować w swoim dziecku przeświadczenie, że jest wartościową osobą, bez względu na to, jak będzie wyglądała i co osiągnie. Oczywiście nie chcę wpuścić jej w próżność. Nie kupuję jej zabawek w nadmiarze, nie stroję, nie wychowuję na księżniczkę. Staram się ją otworzyć na świat, nauczyć tolerancji i otwartości.

A co lubi Pani w sobie najbardziej?

Lubię w sobie to, że mnie ten zawód nie zmienił, że nie traktuję ludzi z góry. Lubię swoją wrażliwość, która czasem mi w życiu pomaga, a czasem przeszkadza. Lubię swoją emocjonalność, choć kiedyś mnie wykańczała. Lubię to, że jestem dobrym przyjacielem, i potrafię skupić wokół siebie fajnych ludzi.

Proszę określić siebie w kilku słowach.

Szczęśliwa, emocjonalna, trochę nerwus i raptus. Radosna i bezpośrednia.

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w biznesie