Została aktorką, choć miała być dentystką. Lubi, gdy dużo się dzieje. Nie robi planów, bo jest jej smutno, gdy nie wychodzą. Angażuje się w wiele społecznych projektów. Rozmawiamy z Agnieszką Więdłochą, aktorką Teatru im. S. Jaracza w Łodzi, gwiazdą filmową, kobietą sukcesu.

LIFE IN. Łódzkie: Podobno jak Pani pracuje, to zapomina, o całym świecie?

Agnieszka Więdłocha: To prawda. Ostatnimi czasy mam bardzo dużo projektów na głowie, ale nie narzekam.

A z tego, co wiem, dzieje się sporo?

Tak. Pracuję nad nowym filmem, ale nie mogę jeszcze zdradzić, co to za produkcja. Po naszej rozmowie biegnę szybko na przymiarkę kostiumów. Jak Pani widzi i słyszy – telefon bez przerwy dzwoni (śmiech), już na mnie czekają, a za chwilę jeszcze spektakle i wyjazdy. W tym szaleństwie musiałam się odnaleźć. Takie cygańskie życie. Ciągle w ruchu. Ale w życiu aktora bywa też cisza, nic się nie dzieje, nikt nie dzwoni, nie ma prób – to jest trudniejsze.

Nie tylko projekty filmowe i teatralne Panią pochłaniają, zdecydowała się Pani na udział w projekcie promującym Fundusze Europejskie w Łódzkiem pod hasłem Zmieniamy Łódzkie.

Niektórzy zadają sobie pytanie, po co ja się w to zaangażowałam. A odpowiedź jest niezwykle prosta – to jest ważny projekt. Dzięki Funduszom Europejskim zmienia się każdego dnia nasze otoczenie, powstają nowe drogi, budynki zyskują nowy blask, starym zrujnowanym fabrykom przywraca się nowe życie, a przedsiębiorstwa mogą inwestować w nowe linie produkcyjne. Dla mnie najważniejsi, jak w każdych działaniach, są ludzie. Cieszę się, że moja przyjaciółka dzięki unijnemu wsparciu może rozwijać swoją firmę, że mamy powracające na rynek pracy mogą zakładać takie biznesy, które pozwolą im pogodzić obowiązki zawodowe z rodzinnymi. Dzisiaj, słysząc wiele miłych słów, już wiem, że dobrze zrobiłam angażując się w ten projekt.

Miłe słowa skąd płyną?

Od przyjaciół, znajomych, przypadkiem spotkanych przechodniów. Mówią – to fantastyczne, że ludzie znani, którzy budzą zaufanie społeczne angażują się w tego typu działania, zachęcają do działania w regionie, z którego pochodzą, z którym się utożsamiają.

Jak by mnie Pani w kilku zdaniach zachęciła do skorzystania z unijnych funduszy.

Proszę zrobić sobie mały spacer po Łodzi, wybrać się na Dworzec Łódź Fabryczna, do EC1, ms2, Fabryki Sztuki, Akademii Sztuk Pięknych, Szkoły Filmowej, Teatru Jaracza i zobaczyć jak się zmieniły, jak wypiękniały, właśnie dzięki unijnym funduszów. Wymieniałam zaledwie kilka miejsc z niezwykle długiej listy. Polecę też rozmowę z przedsiębiorcami, zarówno tymi dużymi, jak i tymi, którzy dopiero startują z własnym biznesem, i gdyby nie unijne wsparcie, pewnie nigdy by ich nie założyli. Do niedawana sama ze zdziwieniem przyglądałam się tym, jak to mówiłam dziwnym tabliczkom informującym o projektach za unijne pieniądze. Nie rozumiałam, po co one w ogóle są stawiane. Teraz wiem, że warto pokazywać, ile pieniędzy przeznaczyło się na daną inwestycję i co z tego fajnego wyszło. Kiedy to sobie uświadomiłam, tabliczki nagle przestały mi przeszkadzać. Powinniśmy mądrze korzystać z unijnego wsparcia. Projekt Zmieniamy Łódzkie z Funduszami Europejskimi to także szereg bezpłatnych szkoleń dla przedsiębiorców, liczne kampanie zdrowotne, innowacyjne start-upy. W ten projekt zaangażowało się wiele wspaniałych osób, które po ludzku, łódzku i dla każdego – przybliżają zagadnienia związane z unijnymi funduszami. Warto śledzić profil na FB – Zmieniamy Łódzkie i zaglądać na stronę www.rpo.lodzkie. pl. A sukces zapewne będzie w zasięgu ręki.

Ja też jestem przekonana, że dzięki funduszom można odnieść sukces na wielu płaszczyznach i cieszę, że to właśnie Pani promuje ten projekt, bo właśnie Panią postrzegam jako kobietę sukcesu. Jak smakuje sukces?Jest Pani rozpoznawalna, gra w wielu produkcjach. Nie każda aktorka ma takie możliwości w tak młodym wieku.

Staram się w życiu cieszyć z tego, co mam i co przynosi mi los, bo zdaję sobie sprawę, że kolejnego dnia wszystko może się wywrócić. Życie jest nieprzewidywalne, a ja jestem naprawdę szczęśliwa z tym, co mam. Oczywiście zawsze chce się więcej, szczególnie w przypadku artystów, którzy nigdy nie są zaspokojeni, ale te ambicje nie przeszkadzają mi cieszyć się tym, co tu i teraz. Nawet napędzają do kolejnych działań, bo ostatnie, czego bym chciała, to powiedzieć sobie, że osiągnęłam sukces i nie muszę już o nic więcej walczyć. Mam poczucie, że jutro może przydarzyć się coś jeszcze lepszego, dlatego warto być w gotowości (śmiech).

A nie ma Pani takiego wrażenia, że teraz po prostu mamy modę na Agnieszkę Więdłochę?

O Boże, mam nadzieję, że nie, bo z jednej strony brzmi to okropnie, a z drugiej moda szybko mija. Mam takie poczucie, że w moim zawodzie, tak samo jak w biznesie, jeśli osiągnie się już pewien poziom, to trzeba robić wszystko, by go utrzymać i zdobywać kolejne cele. Nie wolno wtedy stać w miejscu. Ten trudniejszy zawodowy okres mam już za sobą, teraz może być tylko lepiej. Uświadomiłam sobie swoje potrzeby, szybciej i łatwiej podejmuję decyzje, nie rozgrzebuję, nie zastanawiam się zbyt długo. Chciałabym dużo grać i angażować się w różne interesujące projekty, bo bardzo lubię swoją pracę.

Doszła Pani do takiego momentu, że nie musi pojawiać się na castingach, tylko producenci sami proponują role?

Tak się dzieje, ale na castingi też chodzę. Łatwo zaszufladkować aktora, stwierdzić, że na pewno w czym innym nie będzie dobry. Aktorowi trzeba dać szansę i pozwolić, dać się zaskoczyć. Ja też kiedyś siebie nie widziałam w komedii, a tymczasem okazało się, że radzę sobie zupełnie nieźle i nawet potrafię być zabawna (śmiech). Dzięki temu zagrałam w trzech częściach „Planety singli”.

Jak to trzech?

Dopiero do kin wchodzi druga część. Tak, 5 listopada wchodzi na ekrany druga cześć, a już w lutym przyszłego roku trzecia. Więc będzie mnie sporo wszędzie, ale mam nadzieję, że nikomu nie będę „wyskakiwała z lodówki”. Tak się dzieje u aktorów, że jak jest praca, to jest jej naprawdę sporo i z niektórych projektów trzeba nawet rezygnować i to bywa bolesne, ale są momenty, że jest się totalnie bezrobotnym.

I co się wtedy czuje jak telefon nie dzwoni?

Oj, proszę mi wierzyć, to nie jest miłe uczucie. W głowie pojawiają się myśli, że jestem bezwartościowa, że nikt mnie nie chce. I tu wcale nie chodzi o to, że czuję wtedy, że jestem beznadziejna, bardziej boli to, że nikt mnie nie potrzebuje. Oczywiście ten telefon może zadzwonić w każdej sekundzie i trzeba mieć do tego zdrowe podejście. W tym zawodzie tak naprawdę mało zależy ode mnie. To nie ja tworzę dany projekt, to nie ja dobieram do niego zespół. To mnie do niego zapraszają i dopiero wówczas zaczynam pracę nad graną postacią. Aktor powinien mieć duży wpływ na rolę, na budowanie postaci.

Nie jest tak, że reżyser narzuca aktorowi swoją wizję.

Jeśli reżyser ma silną osobowość i dokładnie wie, czego chce, to doskonale potrafi poprowadzić aktora za rękę, a on wtedy chętnie się poddaje. To są fascynujące sytuacje. Bardzo lubię pracować z Mariuszem Grzegorzkiem, bo on zawsze ma w głowie całą swoją wizję, ale daje niesamowitą wolność aktorowi i jest bardzo otwarty na wszelkie pomysły. To taki układ idealny, kiedy reżyser wie, a aktor pozwala sobie na błędy, na próbowanie, na rozmyślanie.

Gdzie się Pani czuje najlepiej na planie filmowym, serialowym czy na teatralnej scenie?

To wszystko zależy od projektu i ludzi biorących w nim udział. Lubię i teatralną scenę, i plan filmowy. Grywam też w serialach, w których mogę dostrzec, jak dana postać rozwija się z odcinka na odcinek. To jest niesamowite wyzwanie dla aktora, tak rozsiąść się w tej swojej roli. A teatralna scena jest zupełnie inna. Ale i tu kiedy aktorowi trafi się zły scenariusz, to potem kilka razy w miesiącu musi się z nim mierzyć.

Czyli w teatrze nie mówi Pani, że rola jej nie odpowiada?

W teatrach komercyjnych, w których gram – Polonia i IMKA – takie rzeczy się zdarzają, w łódzkim Teatrze im. Jaracza, w którym jestem na etacie i stanowię część zespołu, nigdy mi się to nie zdarzyło. Choć była taka rola, że na początku miałam wielką ochotę powiedzieć – nie. W tej sztuce dostałam dosłownie 6 słów do powiedzenia, a jak wiadomo aktorzy lubią słowo. Pocieszałam się, że moi koledzy dostali niewiele więcej (śmiech). „Komediant” w reż. Agnieszki Olsten okazał się niezwykłą przygodą, wspaniałą podróżą w głąb siebie i sukcesem, więc to jest przykład na to, że warto czasem mimo przeciwności posłuchać intuicji.

Największe aktorskie wyzwanie jeszcze przez Panią?

Tak. Chciałabym zagrać w filmie o tematyce społecznej, takim, który na długo zapada w pamięci, takim który potrafi zmienić punkt widzenia – jak chociażby „Plac Zbawiciela”. Opowiada on autentyczną historię rodziny mieszkającej na warszawskim Placu Zbawiciela. Pogrążone w frustracjach i wzajemnych pretensjach relacje zamieniają się w okrucieństwo i wrogość. Utrata szans na zmiany, brak zrozumienia między małżonkami prowadzi do rozpadu rodziny. Działam w łódzkiej fundacji „Kolorowy świat” i na co dzień stykam się z problemami, jakie dotykają rodziny dzieci niepełnosprawnych, ich problemy są równie poruszające. I właśnie w filmie o takiej tematyce, pokazującym z jakim przeciwnościami losu każdego dnia borykają się te rodziny, chciałabym zagrać.

Pani dość często angażuje się w różnego rodzaju działania społeczne, staje w obronie praw kobiet.

Zdecydowanie, jeśli trzeba będzie wyjdę na barykady. Nie wiem skąd się we mnie wzięła ta chęć pomagania i angażowania w różne projekty, po prostu mam wrażenie, że jedni ludzie to mają, inni nie. Czasem ludzie nie robią nic i to też trzeba zrozumieć. Jeśli widzę, że komuś dzieje się krzywda, wiem, że muszę pomóc. Teraz zaangażowałam się w projekt realizowany przez Fundację Pegasus, pomagającą koniom. Tworzymy kalendarz, który potem zostanie zlicytowany, a dochód zasili konto fundacji. Ja nie mam problemu, żeby spytać o to, czy można pomóc i wiem, że po prostu warto pomagać. Później jest człowiekowi łatwiej na duszy i w życiu.

Zapewne milej się robi na duszy, kiedy wpada Pani do Łodzi, do rodziny.

W Łodzi bywam bardzo często, pracuje tu w teatrze, mam tu najbliższych przyjaciół, odwiedzam rodziców i dziadków.

… i pewnie brata, z którym się Pani w dzieciństwie bardzo kłóciła. Teraz też tak jest?

Dorośliśmy i już się nie kłócimy, nie bijemy, ale potrafimy sobie powiedzieć niemiłe słowa. Mamy ze sobą dobry kontakt i wiemy, że możemy w każdej sytuacji na siebie liczyć.
Od zawsze chciała Pani być aktorką? Bo babcia, stomatolog marzyła, by poszła Pani w jej ślady. Przyszło mi to do głowy dopiero w klasie maturalnej, kiedy byłam zmęczona ścisłymi przedmiotami. Dla odprężenia zaczęłam chodzić na zajęcia z dobrego mówienia do świętej pamięci profesora Aleksandra Benczaka, który wykładał wiersz na wydziale aktorskim. To on powiedział, że koniecznie powinnam spróbować dostać się na wydział aktorski. Wierzył we mnie bardziej, niż ja w siebie wierzyłam. Pomyślałam: dlaczego nie? Mieszkam w Łodzi, Szkoła Filmowa jest blisko. Chcę być dentystką, więc jeśli się nie dostanę na aktorski, to będę leczyć nie ludzkie dusze, a zęby.

Czy aktorstwo wiąże się z jakimś poświęceniem?

Wydaje mi się, że w każdym zawodzie trzeba coś poświęcić. Aktorstwo to taka praca 24 godziny na dobę, bo trudno zapomnieć o postaci, wrócić do domu i udawać, że nie grało się tych emocji. Szczerze mówiąc, wolę skupiać się na tym, co się w tym zawodzie zyskuje. Przede wszystkim właśnie bogactwo emocji, których sama bym sobie nie zaserwowała. Dzięki aktorstwu przeżywam emocje różnych ludzi, doświadczam bardzo ciekawych stanów. To fascynujące.

Lubi Pani marzyć?

Nigdy nie robiłam planów, bo gdy nie wychodzą, to jest bardzo smutne. Nie lubię wyprzedzać teraźniejszości, nie lubię nawet, gdy coś mi się śni, od razu wyrzucam to z pamięci.

Na koniec zapytam o ulubione miejsca w Łodzi.

Uroczysko Lublinek, to takie miejsce przy łódzkim lotnisku, gdzie doskonale odpoczywam. Lubię też OFF Piotrkowską, takiego fantastycznego miejsca, nie znalazłam nigdzie na świecie, a podróżuję sporo. Uwielbiam też park Śledzia, teraz sobie uświadomiłam, że dawno tam nie byłam, czas nadrobić zaległości. l

Rozmawiała Beata Sakowska
Zdjęcia: Izabela Urbaniak (sesję zdjęciową zrealizowano w EC1)
Make-up: Kamila Lewandowska
Stylizacje własne, swetry, bluza – NUBEE, top bawełniany – HELLO MORNING

Agnieszka Więdłocha
Jeszcze na studiach otrzymała dużą rolę – Leny w serialu „Czas honoru”. W 2009 roku ukończyła Szkołę Filmową i została zaangażowana w Teatrze im. S. Jaracza w Łodzi, w którym gra do dziś. Zagrała w wielu serialach, m.in. „Lekarzach”, „Klubie szalonych dziewic”, „M jak miłość”, „Powiedz tak”, „Komisarzu Aleksie”. Na swoim koncie ma wiele ról filmowych, w tym uroczej wciąż poszukujące miłości Ani, nauczycielki muzyki, którą zagrała w trzech seriach „Planety Singli” w reż. Mitji Okorna. Na kinowych ekranach podziwialiśmy ją także w filmach: „Syberiada Polska”, „Po prostu przyjaźń”, „Gotowi na wszystko. Exterminator” i „Kobieta sukcesu”. l W Teatrze Jaracza występuje w spektaklach „Komediant” w reż. Agnieszki Olsten oraz „Czarownice z Salem” w reż. Mariusza Grzegorzka – premiera w 2017 roku. Za rolę Abigail Williams w tym ostatnim, została ponownie nagrodzona Złotą Maską za najlepszą rolę teatralną sezonu. Pierwsze nagrody otrzymała w 2010: Złotą Maskę za najlepszy debiut w sezonie artystycznym 2009/2010 (za kolejne role w Teatrze im. S. Jaracza w Łodzi – Lei w spektaklu „Dybuk” w reż. Mariusza Grzegorzka, Olgi w spektaklu „Nad” w reż. Waldemara Zawodzińskiego, Rachel w spektaklu „Survival” w reż. Barbary Sass) oraz Srebrny Pierścień za najlepszą kreację aktorską sezonu w Łodzi (Lea w „Dybuku”).