O przypadku, który rządzi życiem, o tym, dlaczego pesymista nie odniesie sukcesu w biznesie, Certyfikacji Menedżerów i Klubie 500 rozmawiamy z Sylwestrem Szymalakiem, prezesem Grupy Kapitałowej Organika oraz założycielem i wieloletnim prezesem Klubu 500.

LIFE IN. Łódzkie: Co sprawia, że jednym udaje się osiągnąć sukces w biznesie a innym nie?

Sylwester Szymalak: Przypadek. Jestem wyznawcą zasady, że wszystko w naszym życiu jest dziełem przypadku. W biznesie również. Na podjęte przez nas decyzje ma wpływ to, że przypadkiem znaleźliśmy się w określonym miejscu, w określonym czasie, z określonymi ludźmi. Przypadkiem usłyszeliśmy coś, co sprawiło, że podjęliśmy decyzję o rozpoczęciu biznesu.

Mówiąc „przypadek”, zaprzecza Pan temu, że trzeba mieć określone predyspozycje, kompetencje, zdolności…

Wcale nie. Te wszystkie cechy, które Pan wymienił, są częścią naszego rozwoju i decydują o tym, że chcemy osiągnąć sukces w biznesie czy określoną pozycję zawodową. Ludzie są różni – jedni myślą wyłącznie o tym, co warto zjeść na obiad i jakie wypić piwo, a inni wciąż o tym, jaki zrobić biznes. Upraszczam, ale wszystko zaczyna się od aspiracji. Jeżeli zależy nam nie tylko na pełnym brzuchu, to nasza uwaga i podejmowane działania będą skierowane na to, żeby odnieść sukces. Jednak to przypadek zdecyduje o tym, w co warto zainwestować, z kim i gdzie. A później trzeba właśnie kompetencji, determinacji i ciężkiej pracy. Bez tego nigdy, niczego nie osiągniemy. Tak w biznesie, jak i w życiu.

Przypadek, trochę szczęścia i dużo ciężkiej pracy. Co jeszcze sprawia, że osiągamy sukces w biznesie?

Trzeba być optymistą, bez tego o sukcesie można zapomnieć.

Pesymista nigdy nie osiągnie sukcesu?

Nie. Pesymista zawsze i wszystko będzie widział w czarnych barwach. Zawsze będzie wynajdował bariery i problemy. Biznes nie lubi pesymistów i ich odrzuca, wybiera osoby przebojowe i pozytywnie nastawione do rzeczywistości.

Kiedy Pan odkrył u siebie żyłkę do biznesu?

W technikum razem z kolegą zaczęliśmy zarabiać na „biznesie turystycznym”. Jak wielu Polaków w tamtym czasie wyjeżdżaliśmy do NRD, Bułgarii, na Węgry i handlowaliśmy. Do wschodnich Niemiec jeździło się po buty, kultowe Salamandry, na Węgry po walutę, do Bułgarii po skórzane kurtki. Dzięki temu zarabiałem tyle, że dość szybko mogłem się uniezależnić od pomocy rodziców. Nawet jak już zacząłem pracować, zawsze prowadziłem jakiś biznes. Dzięki temu miałem dodatkowe źródło zarobku. Zresztą w mojej rodzinie własny biznes to standard – dziadek i ojciec też mieli swoje biznesy. Czasami żartuję, że chęć do robienia interesów wyssałem z mlekiem matki.

Jednak zamiast biznesu wybrał Pan chemię. Najpierw było technikum chemiczne, później studia chemiczne na Politechnice Łódzkiej. Dlaczego nie handel zagraniczny czy ekonomia tylko właśnie chemia?

Zawsze lubiłem chemię. Już w podstawówce zrobiłem w swoim pokoju małe laboratorium. W szafce przechowywałem różne chemikalia, które wykorzystywałem do eksperymentowania. Traf chciał, że pewnego razu to moje laboratorium odkryła mama. Zabrało wszystko, co tam miałem i wrzuciła do pieca. Nie było tego dużo, więc skończyło się tylko okopconą ścianą i sufitem. Ta moja fascynacja chemią spowodowała, że najpierw trafiłem do technikum chemicznego, a dalej była chemia na Politechnice Łódzkiej. Zaczynałem od chemii spożywczej, a później dołożyłem sobie inżynierię chemiczną.

Zastanawiałem się, co chemik z wykształcenia robił w przemyśle cukrowniczym. Teraz rozumiem jakim cudem Pan, łodzianin trafił po studiach do pracy w cukrowni.

No tak, ale chemia spożywcza to tylko jeden z powodów. Drugim, ważniejszym było to, że zawsze szukałem dodatkowych sposobów na zarobienie pieniędzy. Na studiach udało mi się dostać stypendium fundowane przez Cukrownie Dolnośląskie. Na trzecim roku studiów podpisałem umowę i co miesiąc dostawałem trzy tysiące złotych. To było więcej, niż wynosiła wtedy średnia płaca. Jedynym warunkiem uzyskania stypendium było to, że po studiach musiałem podjąć pracę przy produkcji cukru. Tak też się stało i takim sposobem wylądowałem w cukrowni. Najpierw trafiłem do cukrowni w Ziębicach, a później do Otmuchowa.

Ile lat trwała ta przygoda z polskim cukrem?

W sumie jedenaście lat.

A co się stało, że zdecydował się Pan wrócić do Łodzi?

Znowu przypadek. Moja starsza córka zachorowała na rzadką chorobę. Jednym z ośrodków, gdzie można było leczyć tę chorobę, było Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Żona z córką na czas leczenia wróciły do Łodzi, a ja z synem zostałem w Otmuchowie. Takie życie na dwa domy trwało jeszcze jakieś pół roku. Któregoś razu wybrałem się do Łodzi pociągiem. Była zima, zasypane drogi, wolałem nie ryzykować jazdy samochodem. W podróż zabrałem kilka egzemplarzy Rzeczpospolitej. W jednym z numerów natknąłem się na ogłoszenie, że Zakłady Chemiczne Organika Przedsiębiorstwo Państwowe w Łodzi ogłasza konkurs na dyrektora. Wtedy na poważnie zacząłem się zastanawiać nad powrotem do Łodzi. Tym bardziej że akurat trwała reforma Balcerowicza i przemysł cukrowniczy przeżywał ciężkie chwile. Spróbowałem dowiedzieć się, czy ten konkurs to tak na poważnie, czy też jest już kandydat, który ma wygrać. Okazało się, że jak najbardziej na poważnie, bo aktualny dyrektor przechodził na emeryturę i szukali kogoś nowego. W tajemnicy przed rodziną złożyłem dokumenty konkursowe, zrobiłem biznesplan i czekałem na wynik.

I znowu przypadek…?

No a jak! Proszę sobie wyobrazić, że w konkursie wzięło udział 14 kandydatów, ale tylko ja przekroczyłem wymaganą liczbę punktów.

Z zakładami chemicznymi Organika SA jest Pan związany już od ćwierć wieku. Udało się Panu sprywatyzować firmę i dziś jest to jeden z symboli biznesowej Łodzi. Łatwo chyba nie było?

W biznesie nigdy nie jest łatwo. Kiedy objąłem stanowisko dyrektora, dotarło do mnie, że albo szybko sprywatyzuję zakłady, albo jeszcze szybciej mnie wyrzucą. Pracę zacząłem 21 marca 1992 roku, a już w maju trafiłem na kurs dla członków rad nadzorczych jednoosobowych spółek skarbu państwa. Tam spotkałem ludzi z ministerstwa przekształceń własnościowych, którzy wytłumaczyli mi, jak powinienem przeprowadzić proces prywatyzacji. We wrześniu przekonałem do tego załogę. Zdecydowana większość pracowników opowiedziała się za prywatyzacją i wykupiła akcje spółki. Od 1 kwietnia 1993 roku zakład zmienił się w spółkę akcyjną. Dziś to już jest grupa kapitałowa, która zrzesza sześć firm.

Rozwija Pan firmę, niedługo z zakładu wciśniętego w blokowisko przeniesiecie się do nowej lokalizacji na Teofilowie. Ta przeprowadzka to konieczność czy chcecie zapewnić załodze lepsze warunki pracy?

To i to. Na Teofilowie mieści się już Organika Car, teraz czas przeprowadzić tam spółkę matkę. Tym bardziej że tutaj nas nie chcą i nie lubią. Kiedy w 1903 roku powstawały w tym miejscu pierwsze zakłady, wokół były pola, a miasto kończyło się na obecnym Placu Niepodległości. Teraz to środek miasta, z dwóch stron mamy bloki, a z trzeciej domki jednorodzinne. Brakuje przestrzeni do rozwoju, a okolicznym mieszkańcom przeszkadza, że tu działają zakłady chemiczne.

Uważa się Pan za człowieka sukcesu?

Jeżeli za człowieka sukcesu można uznać osobę, która chce zmieniać i skutecznie zmienia rzeczywistość, to tak – jestem człowiekiem sukcesu. Zawsze chciałem zmieniać rzeczywistość i kilka razy udało mi się to zrobić. Czy to w cukrowni, czy kierując spółką Organika.

Osiągnięcie sukcesu w biznesie sprawia często, że menedżerowie osiadają na laurach. Dlaczego tak ważne jest, zresztą nie tylko w biznesie, ciągłe podnoszenie kwalifikacji i kompetencji?

Osiągnięcie sukcesu materialnego, osobistego czy firmy jest w biznesie bardzo ważne, bo świadczy o naszej skuteczności. Myślę jednak, że tak samo ważne, jeśli nie ważniejsze jest to, czy potrafimy rozwinąć biznes, czy umiemy właściwie zainwestować zarobione środki i jak je inwestujemy. Każda inwestycja wymaga od nas określonej wiedzy, bo stracić jest bardzo łatwo, inwestując w coś, o czym się nie ma pojęcia. Poza tym świat wciąż idzie do przodu. Pojawiają się nowe technologie i rozwiązania, z którymi trzeba być na bieżąco.

Kiedy pojawił się pomysł, aby najlepszych łódzkich menedżerów honorować specjalnymi certyfikatami?

W 1994 roku wspólnie z innymi łódzkimi przedsiębiorcami powołałem do życia Klub 500, organizację, która zrzesza kilkadziesiąt łódzkich firm. Wspólnie określiliśmy nasze cele, które stały się swoistymi filarami działalności Klubu. Pierwszy filar to wewnętrzny networking – spotkania, szkolenia i wymiana doświadczeń. Drugim filarem była dla nas aktywność na rzecz rozwoju gospodarczego regionu – uczestniczenie w różnych gremiach działających przy wojewodzie i marszałku województwa. Trzeci filar, najważniejszy, to współpraca z łódzkimi uczelniami, czyli promowanie nauki i wyróżniających się studentów. W 2011 roku zainicjowaliśmy projekt, który nazwaliśmy Certyfikacją Menedżerów. Realizujemy go wspólnie z Wydziałem Zarządzania i Inżynierii Produkcji Politechniki Łódzkiej. Wspólnie stworzyliśmy kapitułę, opracowaliśmy zasady i regulamin, i w tym roku będziemy już po raz dziewiąty wręczać certyfikaty łódzkim menedżerom.

Czym jest Certyfikacja Menedżerów?

Krótko rzecz ujmując, jest to sprawdzenie i potwierdzenie umiejętności menedżera. Dzięki certyfikacji doceniana jest wiedza i kompetencje osób, które kierują przedsiębiorstwami i organizacjami. Certyfikacja pozwala też promować dobrych menedżerów i pokazywać w pozytywnym świetle łódzkie kadry zarządzające. Daje również możliwość kreowania Łodzi i regionu jako ośrodka, w którym działają firmy zarządzane przez zdolnych i dobrze wykształconych menedżerów.

Czy każdy menedżer może zgłosić się do Certyfikacji?

Certyfikacja jest dostępna dla wszystkich aktywnych menedżerów. Przystąpić do niej może każdy, kto chce sprawdzić swoje kompetencje. Wystarczy wejść na stronę www.certfikacjamenedzerow.pl, wypełnić ankietę i przeprowadzić samoocenę. W tym roku w procesie certyfikacji weźmie udział 25 kandydatów. Zgłoszenia przyjmowaliśmy do końca stycznia, a finał planowany jest w maju.

Pierwsze certyfikaty wręczono w 2011 roku. Ilu dziś menedżerów może o sobie mówić, że są certyfikowani?

Certyfikaty przyznawane są na trzech poziomach: podstawowym, operacyjnym i strategicznym. Na poziomie podstawowym certyfikatem może się pochwalić 88 osób, na poziomie operacyjnym 66, a na strategicznym 29. Warto dodać, że w pierwszych edycjach brali udział pracownicy firm należących do Klubu 500. Dziś jest to projekt, który cieszy się szerokim zainteresowaniem nie tylko łódzkich menedżerów.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Łodzi – czy Pana zdaniem to dobre miejsce do życia?

Zdecydowanie tak. Mamy jeszcze wiele problemów do rozwiązania, ale jestem pewien, że sobie z nimi poradzimy.
Rozmawiał Robert Sakowski
Zdjecia Agnieszka Cytacka