Storczyki z Tajlandii, róże z Etiopii, a tulipany z Australii. Kupujemy je w zimie, żeby poczuć wiosnę. Zmieniają mieszkania i biura w przytulne miejsca do życia i pracy. Poprawiają nastrój i są sposobem na jesienną chandrę.

Kwiaty – jedni je kochają, inni mają na nie alergie ale tylko nieliczni znają ich rodowód i miejsce, skąd trafiają na nasze stoły i parapety. A skąd trafiają? To przybysze z całego świata choć uczciwsza będzie odpowiedź, że z giełdy kwiatowej. Nie tej zwyczajnej, z okolicy lecz z Amsterdamu. To właśnie w stolicy Holandii funkcjonuje największa na świecie giełda kwiatów i to właśnie tam kupuje się kwiaty do polskich kwiaciarni. Giełda zajmuje obszar równy stu stadionom piłkarskim, codziennie przeprowadza się tutaj nawet do 40 tysięcy transakcji a z rąk do rąk przechodzi ponad 15 milionów kwiatów. Równie ważnym miejscem, w którym handluje się dziś kwiatami jest internet. Coraz więcej kwiatów trafiających do polskich kwiaciarni, jest kupowanych bezpośrednio u producentów. Jednak zanim trafią do polskich wazonów, pokonuję samolotami, tirami, pociągami tysiące kilometrów.

 

Dostępne rośliny pochodzą z hodowli z całego świata. Z Kenii i Etiopii trafiają do naszych wazonów róże. Z Kolumbii i Ekwadoru przyjeżdżają goździki. Storczyki z Tajlandii i Australii a protee z RPA. Międzynarodowy handel kwiatami jest jednym z fenomenów ostatnich 50 lat. W ciągu półwiecza wartość tego rynku wzrosła z 3 do 40 mld dolarów rocznie. No i jesteśmy pierwszym pokoleniem, które ma dostęp do świeżych, egzotycznych kwiatów, niezależnie od pory roku. Konwalie w grudniu do ślubnego bukietu? Dziś to już nie jest problem – kwiaciarnie mogą je ściągnąć z dowolnego miejsca na świecie, gdzie akurat kwitną. Problemem może być jedynie ich cena – od 3 do 5 złotych za jedną gałązkę…

Dlaczego kwiaty muszą pokonywać tak duże odległości, zanim trafią do nas? Bo to właśnie w „ciepłych krajach” mają one wymarzone warunki. Ciepło, słońce, duża wilgotność sprawiają, że tam kwiaty rosną same. Ważny jest też aspekt ekonomiczny – tania siła robocza. Wielu producentów kwiatów przeniosło swoje hodowle do Afryki i Ameryki Południowej, właśnie z tego powodu. Opłaca się je hodować z dala od Europy, a następnie przewieźć na giełdę, bo i tak będą tańsze od hodowanych w szklarniach.

Droga kwiatów do polskich kwiaciarni a stąd do naszych wazonów nie jest „usłana różami”. Ścinane są z samego rana, gdy w powietrzu czuć jeszcze chłód nocy po to, by zachować w roślinie wodę. Od razu przenoszone są do chłodni. Po kilku godzinach łodygi roślin nasącza się chlorem, który pozwala im zachować świeżość, pakuje się do specjalnych tekturowych pojemników, a pudła ładuje do samolotów transportowych. Po kilkunastu godzinach kwiaty trafiają pod wskazany adres. Ciekawostką może być fakt, że wszystkie kwiaty – z małymi wyjątkami – ścina się wtedy, gdy ich pąki jeszcze całkiem nie rozkwitły.

Statystyki informują, że na kwiaty przeznaczamy coraz więcej pieniędzy. Statystyczny mieszkaniec Unii Europejskiej w ciągu roku wydaje na nie około 100 euro. I choć statystyczny Polak wydaje na kwiaty znacznie mniej, bo około 20 euro rocznie, to jednak da się zauważyć, że wskaźnik ten rośnie z roku na rok w miarę, jak rośnie zasobność naszych portfeli.

Chińskie przysłowie mówi: jeżeli masz dwa miedziaki, za jeden kup miskę ryżu, a za drugi kwiat. Chińczycy już wieki temu uznali, że kwiaty są nam potrzebne do życia na równi z jedzeniem. Żywność zaspakaja głód i daje siłę do życia, kwiaty poprawiają nastrój i dodają życiu radości. I, jak pisze poeta, „gdzie kwitnie kwiat – musi być wiosna, a gdzie jest wiosna – wszystko wkrótce rozkwitnie.”