Ostatnie tygodnie grubą kreską podkreśliły naszą różnorodność i odmienność. Wypunktowały znaki szczególne, ustawiły focus na to, co nie zmieściło się w szufladzie zwanej „normą”. Tak jakby COVID-19 niewystarczająco nas od siebie oddalił. Społeczny dystans zdaje się pogłębiać każdego dnia.
Drobne pęknięcia rozlewają się w nas niczym rzeka w delcie.

A przecież wszyscy idziemy tą samą drogą i pragniemy tego samego: miłości, radości i uznania. To takie ludzkie i wspólne. Zabrzmi jak truizm, ale to święta prawda – potrzebujemy siebie nawzajem. Dziś znacznie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. W rzeczywistości naznaczonej nieznanym miły gest, dobre słowo, szczery uśmiech są jak powietrze. Pozwalają wziąć głęboki oddech, odprężyć się, napełnić serce spokojem. W głębi duszy tego właśnie chcemy – żyć bez poczucia wstydu, który jest największym ciężarem. Pragniemy doświadczać entuzjazmu, radości i zadowolenia. Tak bardzo potrzebujemy zanurzyć się w wolności, która przynosi satysfakcję z dokonanych wyborów. Jak pisała Ophra Winfrey:

„Życie polega na tym, by bardziej stawać się sobą”. A ja mam wrażenie, że niektórzy próbują nas tego oduczyć. Marny trud. Człowiek nie może oddalić się od siebie, bo to największa zbrodnia; największa cena, jaką można zapłacić. To koszt, którego na dłuższą metę nie jesteśmy w stanie unieść. On nas osłabia, przytłacza, pozbawia witalności, bez której życie traci właściwy zapach, kolor i smak. Żyjemy, wtedy nie żyjąc.

Wegetujemy, ślizgając się między porankiem a wieczorem. Bezwiednie odhaczamy check-listy zagłuszając wewnętrzny brak zgody na rezygnację z siebie. Wszyscy mamy podobnie … Refleksja przychodzi z czasem. Często skleja się z pierwszym siwym włosem na naszej skroni. Dojmujące poczucie przemijania działa na nas jak zimny prysznic. Brutalnie odsłania to, co przez lata skrzętnie skrywane. Niepewnie układamy na drżącej dłoni zapomniane marzenia, zaniechane miłości, wymazane tęsknoty.

Oślepiają nas swoim niegasnącym blaskiem, kuszą życiową energią, która resztkami sił pulsuje pod czułą powieką, uwalniając kolejną, ciężką łzę. Już nas nie zawstydza. Przeciwnie – wprawia w przyjemne drganie nieśmiały kącik ust, który po latach przypominał sobie smak szczęścia. Jakie to dobre. Jakie smaczne. Jakie nasze. Aż chciałoby się krzyknąć: „Oto, kim jestem!” Tak smakuje duma otuloną akceptacją, którą na wiele lat schowaliśmy na samo dno szafy. To przebudzenie przychodzi do każdego z nas, chwyta za rękę i nie pytając o zgodę, wlewa w serce hektolitry odwagi.

To moment prawdy, spojrzenia sobie głęboko w oczy i skoku na wysoką falę, która poniesie nas tam, gdzie od lat wołało nasze wrażliwe i mądre serce. Warto wtedy sobie pozwolić na śmiałość, która rozpali w nas przepiękne światło. Ono nie tylko poprowadzi nas dalej, ale również da nadzieję tym, co na wieki wieków zapomnieli o sobie.