O rewitalizacji i projekcie Monopolis, o Kalendarzu Virako i pomaganiu innym, o zarabianiu pieniędzy i odpowiedzialności społecznej opowiada Krzysztof Witkowski, prezes zarządu firmy Virako.

LIFE IN. Łódzkie: Pasjonuje Pana mitologia Indian południowoamerykańskich? Pytam, bo słyszałem, że nazwa Virako ma związek z Inkami. To prawda?

Krzysztof Witkowski: Tak, nazwa firmy pochodzi od boga Wirakoczy, ale pierwotnie nie był to bóg Inków tylko Ajmarów. Wierzono, że stworzył świat i był ojcem słońca i księżyca. Po podboju Ajmarów przez Inków stał się także inkaskim bogiem. A pomysł takiej nazwy dla firmy, to nie jest kwestia moich pasji, lecz efekt kreatywności moich współpracowników. Zawsze otaczają mnie młodzi, fantastyczni ludzie. Pomysł z Wirakoczą był ich, a ja go z entuzjazmem przyjąłem.

Czym dla Pana jest Virako – zwyczajną firmą deweloperską, jakich w Łodzi pełno, czy czymś więcej niż tylko miejscem do zarabiania pieniędzy?

To jest pytanie o to, czym dla nas jest praca. Dla mnie to spora część życia, poświęcam jej mnóstwo czasu i energii. Pod tym względem Virako jest dla mnie czymś więcej niż tylko firmą. Z jednej strony jest to sposób na życie, filozofia działania, pasja. Z drugiej, Virako, to firma rodzinna, ale to także firma, w której pracuje dużo młodych i bardzo zdolnych osób. Mam szczęście i ogromną przyjemność, że mogę z nimi współdziałać. I wreszcie to miejsce, w którym realizujemy ciekawe projekty. Nietuzinkowe i niekoniecznie interesujące dla działającego według określonych schematów dewelopera.

A propos ciekawych projektów – jest Pan jednym z pierwszych przedsiębiorców, którzy zaczęli rewitalizację Łodzi. Starą Fabrykę Motorów Henryka Wegnera przekształcił Pan w centrum biznesu. Skąd pomysł, żeby zamiast budować nowe biurowce, inwestować w starą, zaniedbaną przestrzeń pofabryczną?

To właśnie charakteryzuje Virako. Od samego początku istnienia firmy, szukamy wyzwań i nowych rozwiązań. Odważnych i nie mieszczących się w standardach. Takim pomysłem była rewitalizacja budynku pofabrycznego, wybudowanego w 1920 roku. Blisko dwadzieścia lat temu, takich zaniedbanych i niszczejących pofabrycznych przestrzeni było w Łodzi bardzo dużo i nie bardzo wiadomo było co z nimi zrobić. Jako jedni z pierwszych w Polsce podjęliśmy ryzyko i zdecydowaliśmy się nadać starej zdewastowanej fabryce nową funkcję. To się udało. Powstało Centrum Biurowe Faktoria, które działa do dziś.
Virako nie jest już właścicielem Faktorii? Nasza filozofia działania jest prosta – realizacja wyjątkowych przestrzeni do pracy, ich komercjalizacja, zarządzanie nimi przez jakiś czas, a na końcu sprzedaż.

No właśnie, po sprzedaży Centrum Biznesowego Faktoria, przyszedł czas na inwestycję w Forum 76 Business Centre – wielokrotnie nagradzane, nowoczesne centrum biurowe w środku miasta. Znowu był Pan jednym z pierwszych w Łodzi, którzy zainwestowali środki w powierzchnie biurowe, tym razem w nowoczesne.

Virako jest łódzką firmą, która rozwija się w sposób organiczny. Polega to na tym, że realizujemy określone inwestycje, sprzedajemy je, a zarobione środki przeznaczamy na kolejne wyzwania. To powolny rozwój, ale skuteczny i stabilny. Dziś jesteśmy jednym z największych łódzkich deweloperów na rynku biurowym. Forum 76, to było dla nas spore wyzwanie, z którym poradziliśmy sobie znakomicie. Zostaliśmy docenieni z jednej strony przez najemców – zaufały nam i u nas mają swoje biura, znane korporacje, a z drugiej strony nasza inwestycja została dwukrotnie nagrodzona jako najlepszy biurowiec w Polsce. Ważne jest to, że docenili nas ci, dla których wybudowaliśmy Forum 76, bo nagrody dostaliśmy dzięki głosom naszych najemców.

Trochę Pan ryzykował z tą inwestycją. W tamtym czasie nie było takiego, jak dziś zainteresowania przestrzenią biurową. Opłaciło się?

Właśnie na tym polega poszukiwanie nowych wyzwań i realizowanie wizji rozwoju takiego miasta jak Łódź. Obserwowanie i przewidywanie przyszłych potrzeb ludzi, firm. I faktycznie – jak do tej pory, nos nas nie zawodził. A czy się opłaciło…? Każda nasza inwestycja była opłacalna. Inaczej nie byłoby nowych.

Forum 76 zostało sprzedane jednemu z funduszy inwestycyjnych i dziś Virako jedynie zarządza tą przestrzenią. Z kolei Pan stawia przed sobą nowe wyzwanie – Monopolis. Czym dla Pana jest ten projekt?

Przez lata nikt w Łodzi nie miał pomysłu co zrobić z budynkami pofabrycznymi Łodzi. Stały puste i co za tym idzie niszczały. Jedną z takich przestrzeni były budynki po łódzkim Polmosie. Kilka lat temu doszliśmy do wniosku, że warto skorzystać z doświadczenia zdobytego przy okazji rewitalizacji Faktorii i spróbować dać również temu miejscu nowe życie i inny charakter. To wnioski, które wyciągnęliśmy z obserwacji rynku i analizy oczekiwań pracowników biurowców. Dostrzegliśmy potrzebę stworzenia unikatowego miejsca, w którym zachowana zostanie jednak równowaga pomiędzy pracą a życiem. Przy okazji uda się zrewitalizować i przywrócić do życia kolejny, piękny fragment miasta. Następnym krokiem było zakupienie tych terenów i budynków, mozolne przygotowanie i dopracowywanie projektu.

Zwykle po pracy uciekamy w inne miejsca, w których ładujemy akumulatory na następny dzień – do domu, by spędzić czas z rodziną, zabieramy się z przyjaciółmi do któregoś z lokali, idziemy do kina, teatru, na koncert. Projekt Monopolis ma oferować to wszystko w jednym miejscu.

Monopolis to pewna wizja miejsca i jego funkcjonalności. Chcemy, by tutaj połączyły się praca i życie po niej. Zależy nam na tym, aby ta przestrzeń była atrakcyjna nie tylko zza biurka. Musi dawać wiele możliwości, sprzyjać rozmaitym aktywnościom, zachęcać, aby wyjść na chwilę na kawę, oderwać się od obowiązków i zrelaksować wśród zieleni, a po pracy zabrać tutaj rodzinę albo umówić się z przyjaciółmi na koncert lub wydarzenie kulturalne – właśnie o takie miejsce nam chodzi i na tym nam zależy.

W tym, jak opowiada Pan o Monopolis, da się wyczuć ogromne zaangażowanie i wiele pozytywnych emocji. To wciąż tylko biznes, czy coś jeszcze?

Każdy, kto realizuje projekty przyszłości – a tak postrzegam projekt Monopolis – musi być w to zaangażowany. Ja jestem, ale najbardziej cieszy mnie maksymalne zaangażowanie w projekt zespołu. I jestem pewien, że nie jest to angażowanie się na pokaz, wszyscy mamy poczucie, że tutaj tworzy się super miejsce do pracy i do życia. A biznes w tym oczywiście również jest. Emocje w biznesie istnieją, ale nie mogą przesłaniać tego, że całość inwestycji musi się składać finansowo.

Jakiś czas temu powiedział Pan, że chciałby, aby Łódź na nowo stała się „ziemią obiecaną” i wierzy, że tak się kiedyś stanie. To tylko marzenia, czy rzeczywiście widzi Pan potencjał gospodarczy w Łodzi?

Oczywiście, że ten potencjał Łódź ma. On jest na kilku różnych płaszczyznach. Zawsze powtarzam, że wbrew powszechnej opinii, Łódź jest pięknym tylko zaniedbanym miastem. To po pierwsze. Po drugie dzięki temu, że w czasie drugiej wojny światowej Łódź nie została zniszczona, jest dziś miastem prawdziwym. No i po trzecie, to miasto pod względem urbanistycznym ma swój niepowtarzalny klimat. Nie ma takiego drugiego w Polsce. Teraz wreszcie zaczęliśmy nadrabiać te wieloletnie zaległości i zaniedbania. Miasto się zmienia – zaniedbane kamienice odzyskują blask, a odnowione fabryki zaczynają pełnić nowe funkcje. Ważnym elementem w budowaniu nowej – jakkolwiek szumnie by to nie zabrzmiało – „ziemi obiecanej” jest także społeczna odpowiedzialność łódzkiego biznesu i przedsiębiorców za Łódź. Chęć uczestniczenia w rewitalizacji miasta, wspieranie się w tych działaniach. I przede wszystkim świadomość, że to od nas zależy przyszłość. Każdy, czy to właściciel sklepu z Piotrkowskiej, czy przedsiębiorca z wielomilionowym obrotem, musi poczuć się odpowiedzialny za miasto. Ten pierwszy niech chociażby zadba o to, żeby wokół jego sklepu było posprzątane, był zmyty chodnik i czysta witryna. Ten drugi musi wiedzieć, że choć inwestycje w zaniedbane, stare nieruchomości kosztują więcej niż budowa nowych, to należy je realizować, bo dzięki nim będziemy mogli żyć w pięknym mieście. Przedsiębiorcy powinni mieć świadomość, że wspieranie miasta w zakresie inwestycji, ale także działań społecznych jest niezbędne. Bo to po prostu nam się opłaca. Dziś można korzystać z pieniędzy unijnych, ale przecież nie będzie tak zawsze. Tamtą „ziemię obiecaną” zbudowali fabrykanci. W ich działaniach było wiele ciemnych stron, ale przecież zasług mieli więcej – nie tylko dawali miejsca pracy, ale też budowali szpitale, szkoły i kościoły, dofinansowywali teatry. Bierzmy z nich przykład.

Dawniej ta łódzka „ziemia obiecana” kojarzyła się z przemysłem włókienniczym. Co Pana zdaniem dziś wyróżnia Łódź, jaka dziedzina, branża gospodarki? 

Kiedy mówię o „ziemi obiecanej”, to rozumiem to jako model funkcjonowania biznesu, który angażuje się w sprawy miasta i przyczynia się do jego rozwoju. A jeżeli chodzi o branże, które dziś pozwalają się Łodzi rozwijać, to przede wszystkim są to usługi outsourcingowe. Nie można jednak przesadzić i dopuścić do monokultury biznesowej, bo to może się skończyć tak, jak się stało z przemysłem włókienniczym. Kiedy upadł, Łódź znalazła się w dramatycznej sytuacji. Każde miasto musi się rozwijać na wielu płaszczyznach.

Mówią o Panu „biznesmen z sercem”. Skąd potrzeba pomagania innym?

To miłe, dziękuję. Jednak nie jestem w tym sam. Dookoła jest dużo osób, które pomagają innym, a nic o nich nie wiemy. My też staramy się wspierać otoczenie, w którym funkcjonujemy. Dlaczego? Żeby w przyszłości wszystkim było łatwiej. Jeżeli agresywnie prowadzimy biznes i nie dostrzegamy, albo nie chcemy widzieć, że ludzie obok nas mają problemy, to bądźmy pewni, że to kiedyś zwróci się przeciwko nam. Pomagajmy zatem z czystego egoizmu, bo jeżeli chcemy, by nam było lepiej, to inni dookoła nas też powinni żyć godnie. Poza tym każdy ma w sobie odrobinę empatii. Trzeba z niej korzystać.

Pracowity, zaradny, dbający o ubogich i zagrożonych wykluczeniem – tak się charakteryzuje „lodzermenscha”. Uważa się Pan za takiego?

Nie mam poczucia, że jestem lepszy od innych. Po prostu robię to, co uważam za słuszne. Ocenę pozostawiam innym.

Od kliku lat wydaje Pan „Kalendarz Virako”. To artystyczny projekt, który kosztuje, a nie przynosi zysków. Kalendarza nie można kupić w szerokiej dystrybucji, jego nakład jest limitowany i trafia do określonych odbiorców. Nie można nie zauważyć walorów estetycznych kalendarza – piękne modelki, ale proszę powiedzieć jakie korzyści z kalendarza ma Virako?

To trochę paradoksalna sytuacja, bo pierwszy kalendarz Virako był działaniem całkowicie marketingowym nie stricte artystycznym – miał reklamować nasz nowo wybudowany biurowiec Forum 76. Ale już wtedy powstała idea, aby z tego wydarzenia wynikało coś więcej. Padł pomysł, aby wesprzeć świetlice środowiskowe i zadbać o przebywające tam dzieci i młodzież. Odeszliśmy zatem od promowania naszego biznesu za pomocą kalendarza na rzecz promocji świetlic z zaangażowaniem wybitnych grafików, fotografów. Dziś o tych placówkach opiekujących się dziećmi z enklaw biedy mówi się zdecydowanie więcej. Ludzie mają świadomość czym one się zajmują. Mam poczucie, że spora w tym zasługa tego projektu. Udało nam się zaprosić do kalendarza uznanych artystów – Janusz Kaniewski, Chris Niedenthal, Andrzej Pągowski czy Ryszard Horowitz – i z czegoś małego na początku zrobiło się spore przedsięwzięcie. Dziś Kalendarz Virako jest już osobną marką i oddzielnym projektem, do którego z chęcią angażują się kolejni bardzo zdolni artyści, choć nieznani jeszcze szerokiej publiczności. Zdjęcia do ostatniego kalendarza przygotowała wspaniała, łódzka fotograf Izabela Urbaniak, rok wcześniej robił je Arkadiusz Branicki.

Mocno zaangażował się Pan w życie kulturalne Łodzi – Letnia Scena Monopolis i inne projekty teatralne, do tego szereg wystaw w budynkach pofabrycznych… Teatr, kultura, to Pana pasja?

Lubię teatr. Kiedyś w Weronie miałem okazję oglądać spektakl zrealizowany w miejskiej przestrzeni. To mnie zainspirowało do tego, żeby coś podobnego zrobić u nas. Letnia Scena Monopolis, to pomysł na to, żeby pokazać inny wymiar teatru i zainteresować nim tych, którzy do teatru chodzą rzadko albo w ogóle. To się udało.

Dużo mówi Pan o pracy zespołowej, o pracownikach, podkreśla ich angażowanie w realizowane projekty. Dlaczego to dla Pana takie ważne?

Bo Virako, to ludzie. Zawsze podkreślam, że praca z zespołem, to ogromna przyjemność. Oni cały czas udowadniają, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Rozmawiał Robert Sakowski

Zdjęcia Ukryte w kadrze