Biznesmen, społecznik i działacz sportowy. Wciąż zajęty i żyjący na pełnych obrotach. Biznesem zajął się trzydzieści lat temu. Dziś należy do niego, jedna z największych w Polsce, firma pogrzebowa i sieć kwiaciarni.

Life in. Łódzkie: Lubi Pan kwiaty czy to tylko biznes?

Witold Skrzydlewski: Ja kocham kwiaty. Już od kołyski wyrastałem wśród nich. Kiedy brakowało przestrzeni do  magazynowania kwiatów, to wstawiało się je wszędzie – do wszystkich pomieszczeń w domu. Nawet do pokoju, w którym stało moje łóżeczko. Takie były czasy, nie mieliśmy magazynów i chłodni. Proszę sobie wyobrazić – nadchodził dzień Wszystkich Świętych, robiło się zapasy chryzantem, były w całym domu i ja wśród tych chryzantem. Każdy na moim miejscu albo znienawidziłby kwiaty, albo je pokochał. Ja pokochałem.

Rodzina Skrzydlewskich zajmuje się biznesem kwiatowym od niepamiętnych czasów. Kto i kiedy zaczął?

Zaczęli moi dziadkowie, dokładnie w 1937 roku. Mieszkali na Zarzewie, który wtedy był jeszcze wsią. Hodowali warzywa i kwiaty, wtedy o takich mówiło się badylarze. Po wojnie nazywali ich kułakami, wypisywali to na budynkach, piętnowali w każdy najgorszy sposób. Skrzydlewscy byli wtedy tą złą klasą, która powinna wyginąć. Różni tacy próbowali nas rozkułaczyć – były licytacje majątku, konfiskaty… Ale jakoś przeżyliśmy i jesteśmy do dzisiaj. Wie pan jak mój dziadek Józef walczył z tamtym systemem?

No jak?

Wciąż zakładał nowe biznesy. Oni mu licytowali jeden, on zakładał drugi. Podczas jednej z licytacji nie wytrzymał i zasłabł. Zabrali go do szpitala i tam zmarł. Pamiętam to jak dziś – przyjechała stara Warszawa „garbus”, kremowy kolor i na drzwiach czerwony krzyż. Zapakowali dziadka do środka i już go więcej nie widziałem. To był mój najukochańszy dziadek. Dziś wszyscy mówią, że mam po nim charakter.

Później firmą kierowała pańska mama.

Mama musiała zając się tym, co zostało po dziadku dlatego, bo nikt inny z rodziny nie nadawał się do prowadzenia biznesu. No i udało się jej. Podniosła z kolan biznes Skrzydlewskich. Dla mnie, to jest święta kobieta.

A Pana czas kiedy przyszedł?

Ja wszedłem do biznesu na początku lat osiemdziesiątych.

Jakim jest Pan szefem?

Na pewno nerwowym i wymagającym. Ale jeżeli któryś z moich pracowników czegoś potrzebuje, to zawsze może na mnie liczyć.

Kto po Panu przejmie stery firmy? Wybrał Pan już następcę?

U mnie jest dwoje następców – córka Asia i syn Witek. Córka zajmowała się biznesem, nawet wtedy, gdy była europarlamentarzystką. Co dwa tygodnie jeździła na giełdę do Amsterdamu po kwiaty. Później wracała do Brukseli, do swoich obowiązków. Ona zawsze powtarza, że politykiem się bywa a interes się ma. Syn jeszcze się uczy ale jestem pewien, że za jakiś czas też wejdzie do naszego biznesu. Mam komu oddać stery firmy. Mam też pewność, że dzięki nim ta firma będzie się cały czas rozwijała.

Ma Pan dziś kilkadziesiąt kwiaciarni i wciąż otwiera nowe. Do tego trzy miejsca, gdzie można kupić wszystko do ogrodu. Sprzedaż kwiatów, to biznes, który ma przyszłość?

Niekoniecznie. Dziś sprzedajemy znacznie mniej kwiatów niż jeszcze kilkanaście lat temu. Ludzie wolą obdarowywać się różnymi gadżetami, o kwiatach zapominają. Normą już jest, że w zaproszeniach na ślub czy inną uroczystość napisane jest, żeby nie dawać kwiatów. Wie pan, że nawet mnie potrafią zaprosić na ślub i napisać, że mam nie przynosić kwiatów? Nie idę wtedy. Poza tym mężczyźni się zmienili, brakuje im fantazji, ukochanej nie obdarowują kwiatami.

Lepszy interes na kwiatach był PRL-u czy teraz?

El Dorado na kwiaty było wtedy, kiedy w sklepach oprócz octu nic nie było. Ludzie mieli pieniądze ale nie mieli co za nie kupić. Były za to kwiaty. Kiedy szło się na imprezę, to nie kupowało się jednego, czy trzech goździków tylko całe naręcza. Wtedy na kwiatach zarabiało się fortunę. Jeżeli ktoś miał wizję, potrafił umiejętnie zainwestować a nie przejeść pieniądze, to jest dziś bogatym człowiekiem.

Za Gierka co się najlepiej sprzedawało?

Tulipany i goździki.

A za Wałęsy?

Na początku lat dziewięćdziesiątych zaczęto importować kwiaty z Holandii. Wtedy nastała moda na róże. Ale nie tylko. Pierwszy w Polsce wprowadziłem na rynek kolorową, farbowaną koreankę. Inne kwiaciarnie, żeby zrobić ślubny bukiet z koreanki, kupowały ją u nas. Pierwsi zaczęliśmy tez sprowadzać z Ameryki Południowej dekoracje do kwiatów. Inni patrzyli jak nam idzie, a że szło dobrze, to zaczynali nas naśladować. Zaczęliśmy też zmieniać przyzwyczajenie Polaków – u nas uważało się, że chryzantemy można kupować tylko na Wszystkich Świętych. Na zachodzie sprzedawano ją przez cały rok więc tak samo zaczęliśmy robić w Polsce. Przyjęło się.

A dziś co Polacy kupują najchętniej?

Róże. Pojawiają się sezonowe mody ale róże zawsze się sprzedają. Europejskim rynkiem kwiatów rządzą holenderskie przedsiębiorstwa. I jeżeli im przyjdzie do głowy, że warto sprzedać na przykład trochę więcej goździków, to robią ogromne kampanie promujące goździki. Na wszystkich pokazach florystycznych dominują goździki, na giełdzie w Amsterdamie goździki. Chcąc nie chcąc my też sprzedajemy goździki. A wie pan, że 90 procent goździków trafia do Europy z Kolumbii? To największy producent tych kwiatów na świecie. Zyskują zatem kolumbijscy producenci i holenderscy pośrednicy. Tak to wygląda.

W swoich kwiaciarniach zatrudnia pan same kobiety. Mężczyźni nie potrafią obchodzić się z kwiatami?

Potrafią ale nie garną się do tej roboty. Mieliśmy dwóch florystów, byli naprawdę dobrzy ale zdecydowali się otworzyć własne kwiaciarnie. Jeden we Wrocławiu, drugi w Gdańsku. W Polsce przyjęło się, że z kwiatami pracują kobiety.

Kwiaciarnie czy biznes funeralny? Co jest bardziej dochodowe? Ma Pan 11 zakładów pogrzebowych i dwie spalarnie zwłok. Jest takie powiedzenie, że jedynym co człowiek musi, to musi umrzeć, a w Łodzi musi jeszcze po śmierci trafić do Skrzydlewskiego. Osiągnął Pan dominującą pozycję na łódzkim rynku usług funeralnych. Jest Pan jednym z największych przedsiębiorców pogrzebowych w Polsce. Jak w tym biznesie dochodzi się do takiej pozycji?

Nie chcę tego porównywać. Gdybym dziś miał jeszcze raz decydować czy wejść w usługi pogrzebowe, czy zostać tylko przy kwiatach, wybrałbym kwiaty. Kocham kwiaty, kwiaty dają ludziom dużo radości, a ja lubię i wolę sprawiać radość. Przedsiębiorcą pogrzebowym zostałem przez przypadek. Znajomy wjeżdżał z Polski i miał na sprzedaż samochód, którym przewoził trumny podczas pogrzebów, „nyskę” w kolorze kawa z mlekiem. Kupiłem ją od niego i założyłem firmę pogrzebową. To było na początku lat dziewięćdziesiątych. Moja mama była temu przeciwna ale przekonałem ją. Od razu odniosłem sukces. Wie pan na czym?

Nie bardzo…

Po pierwsze, znalazłem stolarza, któremu pomogłem uruchomić produkcję trumien. Piętnaście z nich ustawiłem na wystawie w zakładzie. Wtedy nie można było kupić trumny od ręki a u mnie były dostępne. Po drugie, zatrzymałem nysę i za granicą dokupiłem drugi samochód toyotę, prawdziwy karawan, później następne. Po trzecie, pierwszy w Łodzi zbudowałem prywatną chłodnię dla zmarłych. Dodatkowo w urzędzie stanu cywilnego załatwialiśmy wszystkie formalności związane z pogrzebem. Zaczęliśmy też kredytować pochówki a pieniądze dostawaliśmy wtedy, kiedy ZUS je wypłacił. Do tego miałem kwiaciarnie, a w nich wiązanki pogrzebowe i wieńce. Dzięki temu mogłem zaproponować kompleksową usługę pochówku, czego nikt wcześniej nie robił. Inni musieli zacząć działać tak samo, bo inaczej zniknęliby z rynku a to wpływało na podniesienie standardów tych usług. Ale powtórzę – gdybym miał jeszcze raz podejmować decyzję, to nie zdecydowałbym się na ten biznes.

Jaki rodzaj pochówku Polacy wybierają częściej – tradycyjny czy kremację?

W Polsce wciąż wybieramy pogrzeby tradycyjne ale z roku na rok rośnie ilość kremacji. Taka ciekawostka – na to, by osiągnąć taki poziom kremacji, jaki jest na zachodzie my potrzebowaliśmy 10 lat, tamte kraje 30. Myślę, że zadecyduje ekonomia i kremacja wygra – jest tańsza niż tradycyjny pochówek.

Powiedział pan kiedyś, że marzy się panu dość oryginalny własny pogrzeb – wielka impreza, najlepiej w hali sportowej z dobrą muzyką i księdzem katolickim… Prawda to?

Prawda. Widziałem kilka takich pogrzebów za granicą. W Polsce też już się takie się robi ale rzadko. U nas przyjęło się, że jak pogrzeb, to musi być na smutno. A ja chciałbym, żeby jak mnie będą żegnać, to żeby ktoś zażartował, wspomniał wesołe momenty z mojego życia, żeby ludzie się pośmiali i żeby takiego mnie pamiętali. Może mnie wystawią, jak już przyjdzie ten dzień, na środku nowego stadionu (śmiech).

No właśnie, inwestuje Pan dużo w łódzki sport, szczególnie w żużel. Po co?

To jest hobby mojej córki. Robię to dla niej. Mnie zawsze bliżej było do piłki nożnej ale ona przekonała mnie do żużla a przede wszystkim przekonała moją mamę. Na początku przekazywaliśmy pieniądze na istniejącą drużynę żużlową ale jak będąc w drugiej lidze nie wygrali żadnego meczu, to powiedziałem dość. Powołałem stowarzyszenie i założyłem własny klub. Początki były trudne, ale dziś jesteśmy klubem wiarygodnym i bez problemu dostajemy licencję. Wszyscy myślą, że ja na tym bóg wie ile zarabiam a to nieprawda. Był nawet taki moment, że chciałem oddać komuś klub, bo stanowił duże obciążenie dla firmy, ale czego się nie robi z miłości do córki.

Z polityki zrezygnował Pan już zupełnie?

Zrezygnowałem już dawno i nie zamierzam wracać. Nie podoba mi się to, co się dzieje w polityce ale kibicuję mojej córce.

Wróćmy jeszcze na chwilę do kwiatów – Pana ulubione to…?

Hiacynty.

Bo…?

Bo pięknie pachną.

Rozmawiał Robert Sakowski