Miał 23 lata, kończył studia w Lyonie i zakochał się w dziewczynie z Łodzi. Przyjechał za nią do Polski ćwierć wieku temu i został u nas na stałe. David Lhomme, Francuz z urodzenia, Polak z wyboru, właściciel Grupy Poldem.

LIFE IN. Łódzkie: Od jak dawna mieszka Pan w Polsce?

David Lhomme: W tym roku minęło 25 lat od dnia, kiedy przeprowadziłem się do Łodzi na stałe. Miałem 23 lata, akurat skończyłem studia w Lyonie i postanowiłem wyemigrować do Polski.

A dlaczego Łódź, co spowodowało, że wybrał Pan do życia nasze miasto?

W 1992 roku w Lyonie, gdzie studiowałem, poznałem moją obecną żonę, łodziankę. Akurat na mojej uczelni gościliśmy delegację łódzkich studentów, w której ona była. To było niedługo po tym, jak Łódź i Lyon zostały miastami partnerskimi. Krótko mówiąc zakochałem się. Jakiś czas później przyjechałem do Polski na kilka dni, a kiedy w 1993 roku skończyłem studia i zaliczyłem służbę w wojsku, obowiązkową wtedy, postanowiłem przeprowadzić się do Polski na stałe. Spakowałem dwie walizki, kupiłem bilet na samolot i wylądowałem tutaj. Wtedy jeszcze w ogólnie nie znałem polskiego.

Jak wspomina Pan początki swojego pobytu w Łodzi?

Kiedy w 1992 roku przyjechałem na krótko do Polski, to wasz kraj bardzo mi się spodobał. Poznałem fajnych, otwartych i miłych ludzi. Urzekło mnie, że pomimo tego, że sami mieliście wtedy niewiele, to potrafiliście się dzielić. Poza tym, zobaczyłem, że tu wszystko jest do zrobienia. Polska jawiła się wtedy jako kraj wielkich możliwości. I to była prawda.

Młody, bez znajomości polskiego, bez pieniędzy…

No właśnie, a na dodatek musiałem spłacać kredyt studencki (śmiech). Ale szybko znalazłem pracę, nauczyłem się polskiego i jakoś sobie poradziłem.

Ciężko było?

Łatwo nie było, ale uparłem się na Polskę. Dałem sobie rok na to, żeby sprawdzić, czy mogę tutaj żyć, bo przecież to był dla mnie obcy kraj. Po roku zrobiłem bilans. Wyszedł pozytywnie, dlatego zostałem.

Kto Pana uczył polskiego?

Żona, ludzie z którymi pracowałem i spotykałem się, a wieczorami teść, z którym codziennie czytałem „Dziennik Łódzki”. Nic nie rozumiałem, ale musiałem czytać. Tak uczyłem się prawidłowej wymowy. On słuchał i poprawiał, gdy coś było źle.

Pana firma działa w branży meblowej. To dobry biznes?

Nie narzekam. W trzech fabrykach produkujemy meble tapicerowane. Zatrudniamy ponad 600 osób. Cała produkcja idzie na eksport, przede wszystkim do Francji i Belgii. Ale jesteśmy też obecni w Holandii, krajach skandynawskich, w Afryce i na Bliskim Wschodzie, a także w tak egzotycznych miejscach, jak Mauritius, Reunion i Guadelupa.

Żyje Pan w Polsce już 25 lat, to dłużej niż we Francji. Myśli Pan o tym, żeby formalnie zostać Polakiem?

Nie tylko myślę, w tym roku poprosiłem o przyznanie mi polskiego obywatelstwa. Zdałem wymagany egzamin i zostałem Polakiem, z czego jestem bardzo dumny.

Po latach spędzonych w Łodzi ma Pan swoje ulubione miejsca, w których lubi spędzać czas?

Nie będę oryginalny jak powiem, że jest to Manufaktura. Kiedy pojawiły się pierwsze pomysły na przekształcenie starych budynków pofabrycznych w nowoczesne centrum, to myślałem, że ktoś oszalał. Nie wierzyłem, że to jest możliwe. Dziś to takie współczesne centrum miasta. Lubię też przepiękną ulicę Piotrkowską, uroczy jest Księży Młyn, Las Łagiewnicki.

A gdyby miał Pan w kilku słowach opisać typowych Polaków, to jakby Pan nas scharakteryzował?

Uważam Polaków za ludzi otwartych, zdecydowanych, kulturalnych i z zasadami. Ważna jest dla Was rodzina i tradycje. Macie wielkiego ducha przedsiębiorczości i potraficie walczyć o swoje. I to mi się podoba.