Ciągle w podróży, gra w kilku teatrach, angażuje się w różne projekty muzyczne. Umówić się z nim na spotkanie, to prawdziwe wyzwanie. A gdy już znajdzie chwilę na rozmowę, to zaprasza w dziwne miejsca, na przykład do… łódzkiej elektrociepłowni EC2.  Z Mariuszem Ostrowskim rozmawia Beata Sakowska.

LIFE IN. Łódzkie: W Łodzi, choć masz etat w Teatrze im. Jaracza, nie bywasz ostatnio często.

Mariusz Ostrowski: Tyle jestem w Łodzi, ile jest moich sztuk w repertuarze. To nie zależy ode mnie, to kwestia zaplanowania repertuaru. Poza tym bywam w czwartki, mam zajęcia na Wydziale Wokalno-Aktorskim Akademii Muzycznej.

Najpierw nauka w Studium Wokalno-Aktorskim w Gdyni, później Akademia Teatralna w Warszawie i w końcu Szkoła Filmowa w Łodzi. Trochę Cię nosiło po Polsce.

No tak, studium nie skończyłem, bo przeniosłem się do Akademii Teatralnej w Warszawie, ale z akademii też szybko zrezygnowałem. Chodziłem tylko na zajęcia praktyczne i zebrałem dużo nieobecności. Po dwóch latach szkoły w Gdyni wiedziałem już to, czego uczyli się moi koledzy na pierwszym roku. Potem przez pół roku, zanim zacząłem naukę w Szkole Filmowej w Łodzi, byłem banitą, ale miałem wielkie szczęście, bo porwał mnie do swojego teatru Adam Hanuszkiewicz. W jego domu ćwiczyliśmy monologi. Istniał między nami pewien rodzaj porozumienia, mieliśmy podobne podejście do teatru i podobną energię. Przygotowałem z nim dwie premiery „Kordiana” w 2002 roku, gdzie zagrałem rolę podchorążego oraz „Miłość i krew. Musical dygresyjny”. W tym samym czasie dostałem rolę Kordiana w Teatrze Nowym w Szczecinie, z którym do dziś współpracuję. Po skończeniu Filmówki od razu dostałem angaż w Teatrze Jaracza. Więc są same plusy tej mojej wędrówki po szkołach, w Gdyni nauczyłem się śpiewać i tańczyć, w Warszawie poznałem wspaniałych profesorów: Anna Seniuk, Joanna Szczepkowska, Zbigniew Zapasiewicz, Krzysztof Kolberger, Teresa Budzisz–Krzyżanowska, Ludwik Benoit, same tuzy, a w Łodzi etat.

A jak wspominasz naukę w Łodzi?

Jak to w szkole artystycznej – było barwne i kolorowe. Pamiętam do dziś jak zarobiłem bajońską sumę u Hanuszkiewicza, przyjechałem do Łodzi, wziąłem rikszę i jadąc do akademika zatrzymywałem się w sklepach, gdzie kupowałem ciuchy i alkohol (śmiech). Wyładowane torby dałem kolegom, z którymi mieszkałem.

Aktorstwo cały czas przeplata się u Ciebie z muzyką.

Mam wykształcenie muzyczne w klasie fortepianu, potem uczyłem się w Gdyni i byłem związany z musicalem, więc muzyka cały czas jest we mnie.

Czy mam rozumieć, że musicale są Ci bliższe aktorsko?

Nie. Czuję się dobrze zarówno w dramacie, musicalu, jak i w śpiewograch. Bozia dała parę talentów, które zostały wykształcone dzięki moim profesorom.

Dlaczego zdecydowałeś się wystąpić w programie „Twoja twarz brzmi znajomo”?

Nie odrzuciłem propozycji, która się pojawiła. A ponadto odezwała się moja ambicja, podpowiadając, że warto zmierzyć się z trudnościami i wyzwaniami, które niesie ten program. Tu w ciągu pięciu dni musisz nauczyć się piosenki na pamięć i zbliżyć barwą głosu do wykonawcy, którego naśladujesz. Uwierz mi, to niej jest wcale takie proste.

No właśnie, Ty masz charakterystyczną barwę głosu. Choć jako Shazza byłeś rewelacyjny, to nie tylko moja opinia. Dodam, że za disco polo nie przepadam.

Ja też (śmiech). Faktycznie oceny internautów bardzo mnie oszczędzają z czego się niezmiernie cieszę. Jestem uczciwy w swojej pracy i staram się ją wykonywać najlepiej jak potrafię. Wiadomo, jedne wykonania są lepsze, drugie gorsze, w jednych się bliżej zbliżysz do postaci, w innych nie. Wtedy występujesz wyłącznie dla zabawy, bo jest po prostu absolutnie niemożliwe, aby facet z głębokim barytonem, zaśpiewał jak nastolatka, ale warto próbować i się bawić w taką grę.

Czyli wstęp w tym programie okazał się fajną przygodą?

Przygoda to jest do pierwszego odcinka, a potem to już jest naprawdę ciężka praca. Na wcielenie się w daną postać, jest tak mało czasu, że masz kolosalne obciążenia psychiczne. Po pierwsze musisz się nauczyć piosenki, ruchów danej postaci i zbliżyć się do niej barwą głosu. I na dodatek ciągle pamiętasz, że masz tylko jedno wykonanie, nie ma dubli, powtórek. Musisz tak operować w ciągu dnia energią, żeby dokładnie w tym momencie, kiedy będziesz wychodził na scenę, zaskoczyły wszystkie elementy. To jest koszmarnie trudne.

Przecież jesteś aktorem i dla Ciebie to chleb powszedni.

Tylko, że zazwyczaj mamy więcej czasu na wcielenie się w określoną postać, a przy tym programie tempo jest szalone. W dodatku nie skupiasz się tylko na tej jednej produkcji, masz przecież inne zobowiązania, życie prywatne. Czasami chciałbyś obejrzeć jakiś film, a tu na nic nie ma czasu, tylko musisz się uczyć, musisz ćwiczyć, ćwiczyć…

Jak przygotowujesz się do roli?

To nieustanne powtarzanie. Na początku uczysz się tekstu, potem zaczynasz myśleć, dlaczego ta postać mówi to i to, analizujesz, zgłębiasz ją psychologiczne, aż zaczyna w ciebie, mówiąc kolokwialnie, wchodzić. Wtedy zaczynasz nią żyć, zaczynasz myśleć jej schematami, jej psychologią, psychiką, jej fizycznością, to w zależności od sceny, i w ten sposób powoli, powoli, sukcesywnie, stajesz się nią.

A na planie?

To jest nieustająca praca, kilka dni temu skończyliśmy ostatni odcinek „Twoja twarz brzmi znajomo”, teraz jestem już w Łodzi, więc musiałem się równolegle przygotowywać fizycznie i psychicznie do tego, że jak skończę program, to natychmiast wskakuję w nowy projekt. Nie ma taryfy ulgowej, trzeba być bardzo zdyscyplinowanym i dobrze prowadzić swój kalendarz.

Spotykamy się na planie „Inspekcji” Teatru Telewizji, w którym grasz superszpiega, asa sowieckiego wywiadu Wasilija Zarubina.

„Inspekcja” to wstrząsający obraz ostatnich miesięcy przed dokonaniem zbrodni katyńskiej, ukazujący patriotyczną postawę polskich oficerów więzionych w sowieckim obozie jenieckim. Wasilij Zarubin po nieudanej misji na terenie nazistowskich Niemiec, skazany na śmierć ledwo uchodzi z życiem. Po wybuchu wojny Stalin postanawia zlecić mu nowe zadanie – werbunek polskich oficerów w obozach w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. To postać bardzo ciekawa, łącząca w sobie cechy węża i kameleona, jest sprytny i niezwykle inteligentny. Wymyślił rodzaj ankiet personalnych, dzięki którym tworzył profile psychologiczne i przewidywał decyzje badanych osób. Kreowanie jego postaci to prawdziwe wyzwanie. Spektakl będziemy mogli zobaczyć 9 kwietnia, przyszłego roku.

Lista ról, które grałeś w serialach jest niezwykle imponująca, ale z reguły to postacie drugoplanowe i na dodatek dranie?

To wszystko wina Mariusza Grzegorzka (reżyser, rektor Szkoły Filmowej w Łodzi – red.) i jego filmu „Jestem twój”, który zapisał się gdzieś na kartach naszej kinematografii. Aczkolwiek zaczynałem od pozytywnych bohaterów. Na dyplomie grałem Łukę w „Na dnie” Gorkiego, czyli jedno wielkie dobro. Dopiero potem zaczęły się pojawiać propozycje negatywnych postaci. Okazuje się, że moje emploi do tego pasuje, ale gram też bardzo dużo różnych postaci komediowych i czasami dobrych.

Czy to prawda, że dla aktora większym wyzwaniem są negatywne postacie niż te pozytywne?

I tak i nie. Zło wydaje się bardziej różnorodne. Zła postać może jednocześnie udawać pozytywną, a pozytywna taka dobra z serca i duszy, nie może udawać, że jest zła, to się wyklucza. Dlatego złe postacie są zdecydowanie ciekawsze i złożone, no i przyciągają większą uwagę widza.

Wróćmy na chwilę do „Jestem Twój”. To była Twoja wybitna rola, po której wydawało się, że posypią się kolejne propozycje ról pierwszoplanowych.

Wielokrotnie w naszej kinematografii bywało tak, że ludzie, którzy wygrywali pierwsze nagrody na festiwalu w Gdyni, potem nie mieli pracy. To się zmienia, i jeżeli ktoś jest naprawdę dobry, to się go zatrudnia. Mamy grupę osób, które grają non stop, są hołubione i dobrze wykorzystują swoje pięć minut. W niektórych przypadkach dobra passa trwa całe życie. Dla mnie w pracy najważniejsza jest uczciwość, a nie liczenie na to, że jeżeli teraz mam fajną rolę, to na pewno coś z tego będę miał później. Niekoniecznie. Tego nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Czasami jakaś jedna rólka, pomoże otworzyć ci drzwi do drogi chwały i glorii, a czasami nawet główna rola ci w tym nie pomoże. Tutaj nie ma żadnej reguły.

A jaki jesteś w życiu prywatnym, podobny do swoich bohaterów?

Uważam się za bardzo pozytywnego człowieka, optymistę i zdaję sobie sprawę, że w show-biznesie, trzeba mieć naprawdę twardy tyłek i twardo stąpać po ziemi. Znam swoją wartość, wiem, co potrafię i mogę o tym otwarcie mówić. Nie rozumiem tylko jednego – co takiego jest w ludziach, że jak ktoś chwali się swoją dobrze wykonaną pracą, to mu zazdroszczą. To „kargulostwo” wychodzące z nas na każdym kroku jest przerażające. Przecież lepiej się wspierać, bo z tego będzie więcej korzyści.

Masz jakąś ulubioną aktorkę, z którą lubisz grać?

Wszystkie, z którymi się całowałem (śmiech).

A aktora?

Każdy, z którym piłem wódkę (śmiech). A tak poważnie, nigdy nie zadawałem sobie takiego pytania i nigdy nie chciałbym na nie odpowiadać. Każda praca jest wartościowa, bo każda daje ci nowe możliwości, czegoś cię uczy.

Nie przeszkadza Ci to, że ciągle jesteś w podróży.

Prowadzę życie na walizkach, nie mam jeszcze rodziny, dzieci. Pewnie jak będę je miał, to zmieni się moje myślenie, ale na razie dostrzegam same plusy takiego życia. Nie jestem ograniczony do jednego środowiska, ciągle poznaję nowych ludzi, reżyserów, nowe miejsca, tak jak to, gdzie się spotkaliśmy.

A jak jest z tą Twoją krnąbrnością w stosunku do reżyserów? Krążą o niej legendy, ale widząc cię na planie grzecznego i wykonującego bez dyskusji polecenia reżysera, jakoś w nią zwątpiłam.

Ktoś, kiedyś przykleił mi łatkę i tak zostało. Ale przecież jeśli ścieramy się o prawdę i piękno, to nie widzę w tym oznak złego wychowania i barku kindersztuby. Zawsze staram się do swojej pracy podchodzić profesjonalnie i tego wymagam od innych. Jeżeli jest inaczej, to zaczynam się irytować. A z krnąbrnością, to bym nie przesadzał. Wychowałem się w blokach, gdzie starsi koledzy rządzili twardą ręką. Tam kształtował się mój charakter. Dziś dzięki temu mam twardą skórę i nie daję sobie wejść na głowę. Poza tym w życiu trzeba się szanować. Jestem aktorem, pracuję całym swoim organizmem, wszystkimi emocjami, reżyser nie musi tego robić.

Jak odreagowujesz te emocje?

Sex, drugs and rock and roll (śmiech). A tak na serio, im silniejsza emocja, tym dłużej z niej wychodzisz. Jeśli płaczesz, to wiadomo, że później czujesz się osłabiony i zmęczony. Przecież wywołujemy u siebie prawdziwe emocje, staramy się, by były one szczere i związane z emocjami granej postaci. Swoim studentom radzę, by umiejętnie wchodzili w emocje, przetrwali je na scenie i po spektaklu na spokojnie z nich wychodzili. Nie ma tu jednej uniwersalnej reguły.

Skoro o studentach mowa, to powiedz co Ci daje praca profesora w Akademii Muzycznej w Łodzi?

Bardzo dużo, cieszę się, że mogę komuś przekazać swoją wiedzę i doświadczenie. Otworzyłem już przewód doktorski, i choć na razie kiepsko idzie mi jego pisanie, to mam nadzieję, że niebawem skończę. Z moimi studentami rozmawiam otwarcie, nie obiecuję im gruszek na wierzbie i przygotowuję do twardego zderzenia z rzeczywistością. Tłumaczę, że nie warto przez pół roku jeść chleba z ketchupem i czekać aż zadzwoni telefon, i ktoś zaproponuje rolę życia. Samemu trzeba łazić od drzwi do drzwi i pukać, bo wtedy może jakieś się otworzą. Staram się ich nauczyć praktycznej strony zawodu, tłumaczę, że muszą ciężko pracować na to, by być dobrym, ale niekoniecznie najlepszym. Żeby się nie frustrowali, że nie grają tyle, ile im pan profesor obiecał. Że czasami nie zagrają wymarzonych ról. A propos, ja do dzisiaj nie zagrałem Hamleta, za chwilę będzie za późno (śmiech), na szczęście zagrałem Kordiana.

A jak zostałeś Freddiem Mercurym w projekcie „Queen Symfonicznie”?

Zaprosił mnie Janek Niedźwiecki, pomysłodawca całego projektu. Spodobało mi się i zaczęliśmy wspólną podróż. Miało być parę koncertów, a występujemy już kilka lat. Tutaj w przeciwieństwie do „Twoja twarz brzmi znajomo” mam czas na przeżywanie. Wychodzę na scenę i od
daję całego siebie, całą swoją energię, by poczuć się tą gwiazdą rocka. To jest fantastyczne.

A chciałeś być gwiazdą rocka?

Ja dzięki temu projektowi zrozumiałem skąd u nich taka adrenalina. Pamiętam jeden z pierwszych koncertów w Zabrzu. Zaśpiewałem dwa utwory i wyszedłem na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza i nagle słyszę, jak Dom Muzyki i Tańca krzyczy takie stłumione – Freddie, Freddie. No po prostu oszalałem wtedy i poleciałem na scenę. Nie mieliśmy przygotowanego bisu, nie miałem mikrofonu, więc pięknie się ukłoniłem i podziękowałem publiczności. To było niesamowite uczucie. Wtedy zrozumiałem, co czują gwiazdy rocka.

Miałeś kiedyś swój zespół?

Tak, nawet dwa, w liceum, jeden był w Kielcach, drugi w Skarżysku-Kamiennej. Gdy pojechałem do szkoły w Gdyni, wszystko się rozpadło.

Nie myślisz o tym, by założyć nowy?

Myślę, tylko trzeba sobie dobrze zaplanować kalendarz.

Dobrze planujesz?

W tym zawodzie bywa różnie, czasami nic nie robisz przez trzy miesiące, pół roku, czy dłużej, a czasami nie masz czasu zaparzyć herbaty. Wieczna sinusoida, dzisiaj jesteś na górze, jutro na dole, dzisiaj masz więcej kasy, jutro mniej i tak się to nasze aktorskie życie toczy.

Ale starcza na godziwe życie.

To zależy, co masz na myśli, mówiąc godziwe? Mercedesem nie jeżdżę, ale na biedę nie narzekam. W moim życiu bywały momenty, kiedy nie miałem pieniędzy i biedowałem szukając panicznie zarobku. Zresztą umówmy się szczerze – sam etat na poziomie minimalnej krajowej starcza na niewiele. Dzisiaj w dobie seriali i otwarcia się telewizji na aktorów, łatwiej można dorobić. Oczywiście, każdy aktor marzy, żeby mieć etat w teatrze, do tego regularnie grać w jakimś serialu, a od czasu do czasu dostać rolę w jakimś filmie.

W wolnych chwilach, jeśli je masz, co lubisz robić?

Oprócz jazdy motorem, lubię czasami podnieść poziom adrenaliny i zrobić coś szalonego, na przykład skoczyć ze spadochronem. To mnie napędza i daje dużo nowej energii. Czasami pogram w jakąś grę na komputerze, obejrzę film, posłucham muzyki.

Plany na przyszłość?

Chcę wznowić „Toporem w serce”, ale nie jako monodram, tylko jako show muzyczne i wizualne, gdyż muzyka z tego spektaklu wciąż mnie kręci i nęci, a Roland Topor kusi swą literaturą i sztuką. Będzie pięknie i krwisto zarazem. Szczegóły już niebawem!
Dziękuję za rozmowę

Mariusz Ostrowski
Jest absolwentem wydziału aktorskiego Szkoły Filmowej w Łodzi. Już w trakcie studiów grał Kordiana w Teatrze Polskim w Szczecinie. Po ich ukończeniu zaczął pracę w Teatrze im. Jaracza, gdzie pracuje do dziś. Związany jest z wieloma teatrami w kraju m.in. z Teatrem Polskim w Szczecinie (główne role Kordian, Cień, Mackie Majcher „Opera za trzy grosze”), Teatrem Muzycznym we Wrocławiu (główna rola: Frankenstein) oraz Teatrem Studio w Warszawie (spektakl „Freddie”). Zagrał w kilkunastu filmach, serialach i teatrach telewizyjnych, m.in. w „Jestem Twój” Mariusza Grzegorzka, „Ziarnie prawdy” Borysa Lankosza, „Ich czworo” Marcina Wrony, „Paradoksie” Grega Zglińskiego, „Czasie honoru” Michała Rosy. Ostatnio wziął udział w programie „Twoja twarz brzmi znajomo” emitowanym w telewizji Polsat.

Fot. Paweł Łacheta