Na kilka lat zniknęli z muzycznej sceny. Powrócili w nowym bardziej poetyckim brzmieniu. Ich pierwszy w pełni polskojęzyczny album L.Story zbiera same pochlebne recenzje. Ponownie zaczęli koncertować. Nie tylko o nowej płycie rozmawiamy z Łukaszem Lachem, liderem łódzkiej grupy L.Stadt.

LIFE IN. Łódzkie: Miło czyta się takie recenzje: „Przed wami niewątpliwie jedna z najlepszych tegorocznych płyt. Rockowych? Chyba nie jest to dobre słowo. Monumentalnych? Może trochę. Fragment kolejnej: Na efektownej, smutno-kojącej płycie L.Story kwartet L.Stadt otwiera przed sobą nowe, ekscytujące muzyczne perspektywy. Tak jak kilkanaście lat temu Radiohead i Damon Albarn, a przed pół wiekiem The Beatles łodzianie chcą czegoś więcej niż rockowych piosenek.”

Łukasz Lach: Bardzo miło. Cieszę się, że płytę przyjmują dobrze zarówno dziennikarze jak i publiczność. Ten materiał powstawał szybko, nie przywiązywałem wagi do szczegółów. Byłem w twórczym stanie i nie chciałem go stracić. Tym bardziej mi miło i dużo to dla mnie znaczy, że ludzie podchodzą do tego materiału tak personalnie i emocjonalnie. Dla mnie to również materiał mocno osobisty.

To wrócimy do początku, czyli pomysłu na L.Story.

W kwietniu 2016 roku otrzymaliśmy od Konrada Dworakowskiego (dyrektora łódzkiego Teatru Pinokio – red.), propozycję współpracy. Początkowo byłem niechętny temu pomysłowi. Dopiero, gdy zobaczyłem teksty zrozumiałem, że musimy w to wejść. Na moich oczach gasła najbliższa mi osoba i odbicie tego czasu znajdowałem w tekstach Konrada. Patrzyłem na moje miasto, które dumnie trwało w czasie, kiedy mój osobisty świat kruszał. I choć to teksty o przemijaniu, dla mnie ważniejszy był aspekt odnajdywania siły właśnie w artefaktach przeszłości, które mieszały się z płynną i nieuchwytną rzeczywistością. Zapadła więc decyzję o wydaniu nowego albumu, który powstał w błyskawicznym tempie. L.Story powstało w rekordowo krótkim czasie, bo zaledwie w ciągu kilku miesięcy. Początkowo nasza współpraca z Konradem Dworakowskim miała być tylko jednorazowym projektem. Jednak wykonanie piosenek wspólnie z Wielkim Chórem Małej Chorei w ramach Koalicji Miast dla Europejskiej Stolicy Kultury we Wrocławiu – przerodziło się w wydawnictwo. To dla mnie materiał ważny osobiście, ale czuję w nim wiele uniwersalnych treści. Widziałem we Wrocławiu, jak mocno działa na publiczność, więc weszliśmy z materiałem do studia Henryka Debicha w Radiu Łódź i powstała z tego barwna płyta. Te piosenki są inne od tego, co robiliśmy wcześniej, ale o to mi zawsze chodziło. Nie powtarzać
się i na każdej płycie pokazywać L.Stadt z nieznanej dotąd strony.

Skąd się bierze to ciągłe poszukiwanie?
Po prostu szybko się nudzę. Szybko oswajam się z czymś, co było dla mnie ekscytujące, a później zaczynam szukać dziury w całym. Dlatego każda nasza płyta jest inna, jedno jest niezmienne, gdzieś tam zawsze jest eklektyzm. Nie potrafię określić naszej stylistyki, wielu zrobi to lepiej za mnie, a zwłaszcza ci, co lubią szufladkować. Ja nie wiem, czy my jesteśmy zespołem, który odkrywa niezbadane terytoria, wiem, że dla nas one są niezbadane.

L.Story to pierwsza Wasza płyta w całości polskojęzyczna.
Teksty Konrada Dworakowskiego są doskonale napisane, dzięki nim chciałem śpiewać w ojczystym języku. Jeśli tekst jest dobrze napisany, to dobrze się z tym językiem po prostu pracuje. To nie jest płyta popowa, powiedziałbym nawet, że momentami opiera się o poezję śpiewaną. Sam nie wiem, jak ją określić. Czuć na niej nasze fascynacje, moje fascynacje i osoba, która miała okazję zetknąć się z moją twórczością na pewno usłyszy, że są tam jakieś elementy
charakterystyczne dla mnie. Jestem bardzo zadowolony, że jako L.Stadt wchodzimy na zupełnie nowe terytoria.

Przez cztery lata nie dawaliście o sobie znać, żadnych nowych kawałków, żadnych koncertów. Co się z Wami działo?
Długo by opowiadać. Nałożyło się na to wiele czynników. Ostatnia płyta L.Stadt You Gotta Move z coverami utworów amerykańskich artystów ukazała się w 2013 r. Nagrywaliśmy ją w Teksasie. Do studia Purple Bee w Cedar Creek pod Austin wróciliśmy w 2016 r. nagrywać kolejną płytę, nad którą pracę rozpoczęliśmy dwa lata wcześniej w Radio Łódź. Wcześniej borykałem się jeszcze z problemami zdrowotnymi. Ale wracając do płyty, pracowaliśmy nad nią tak długo ponieważ ciągle nie byłem zadowolony z efektów naszej pracy. Czułem, że jako zespół mamy ten materiał za mało ograny. Cały czas nie było tej energii,
której szukałem. W końcu zdecydowaliśmy, że nagrywamy ją od nowa i dlatego pojechaliśmy do Stanów. Efekty były zadowalające, ale po powrocie do kraju zachorowała bliska mi osoba, więc odłożyłem wszystkie projekty na bok. I ten krążek cały czas czeka na dokończenie. Ale widać tak miało być.

A wrócicie, do tej niedokończonej płyty?
Tak. Wierzę w ten materiał. To jest znów inne L.Stadt – bardziej soulowe, piosenkowe. Ciekaw jestem jak teraz – z dystansu i po doświadczeniu L.Story spojrzę na nagrane wtedy dźwięki – być może przełamię go jeszcze w inną stronę. Kto wie – na razie cały czas zajmuje mnie L.Story, nie mam jeszcze ochoty wychodzić ze stworzonego na tej płycie świata.

Pojedziecie jeszcze do Stanów, gdzie kilka lat temu daliście kilkadziesiąt koncertów.
Tak, bardzo chcemy. Dobrze nam się tam pracuje. Koncerty, które graliśmy przed amerykańską publicznością zmieniały nas. Coś takiego było w powietrzu, w ludziach – to była przecież nasza podróż do mekki tego grania, które nas zawsze fascynowało – że zmienialiśmy się z koncertu na koncert. Do Polski wracaliśmy silniejsi, z inną energią. W dodatku w Stanach mamy przyjaciół i miejsca, do których chcemy i lubimy wracać. Teksas jest bardzo słoneczny,
pełen nieujarzmionej i majestatycznej przyrody i przestrzeni. Ładujemy tam baterie. To zawsze doskonała okazja, żeby spojrzeć na rzeczy z boku, z dystansu – a to też jest cenne.

Zagraliście już kilka koncertów z nową płytą. Jakie uczucia towarzyszą powrotowi na scenę? Jak reaguje publiczność?
Publiczność reaguje wspaniale. Podobnie jak na pierwszym, zeszłorocznym koncercie we Wrocławiu, tak i teraz widzimy, jak mocno ten – 40 minutowy materiał zresztą – oddziałuje na publiczność. My dajemy się porwać L.Story na scenie, mimo że to materiał wsobny i melancholijny. I obserwuję, że publiczność wchodzi w ten świat razem z nami, traktuję te piosenki osobiście. To piękne doświadczenie, ale też wymagające od nas – zespołu i chóru – dużego skupienia, prawie orkiestrowego podejścia do grania.

Jakie macie plany na najbliższą przyszłość?
6 sierpnia gramy na OFF Festiwalu. Cieszy mnie to bardzo, bo dokładnie 10 lat temu – jeszcze przed pierwszą płytą debiutowaliśmy na OFF’ie przed dużą publicznością. Teraz wracamy z tak innym materiałem – czyli przez te 10 lat dużo się wydarzyło. Zespół przeszedł parę artystycznych metamorfoz i to mnie cieszy – już nie mogę się doczekać tego koncertu. Po wakacjach planujemy koncerty z L.Story na trochę większą skalę. Chcemy grać tę płytę w całej Polsce i robimy wszystko, żeby były to koncerty w przestrzeniach teatralnych. Zależy nam na tym, bo L.Story ma swoją specyfikę i narrację charakterystyczną bardziej dla spektaklu czy filmu. Takie miejsca pozwolą nam i publiczności przenieść się do świata, który wspólnie z Konradem Dworakowskim stworzyliśmy i czuję, że ten materiał zasługuje na to.

Życzymy samych sukcesów
Rozmawiała Beata Sakowska

L.Stadt powstał w 2003 roku. Zespół tworzą: wokalista, gitarzysta i pianista Łukasz Lach, basista Adam Lewartowski oraz dwóch perkusistów: Andrzej Sieczkowski i Piotr Gwadera. Tworzą muzykę, którą trudno sklasyfikować – od psychodelicznego rocka, popu aż po country i surf. Przyciągają bogactwem środków zamkniętych w lekką i harmonijną, a przy tym pulsującą całość. Zespół ma na koncie dwie autorskie płyty L.Stadt i EL.P oraz epkę z amerykańskimi piosenkami You Gotta Move. Grał na dużych światowych festiwalach m.in. Culture Collide w Los Angeles, SXSW w Austin, Indie Week w Toronto, Afisza Piknik w Moskwie. Kilkakrotnie gościł na Open’er Festival w Gdyni czy Coke Live Music Festival w Krakowie. Po czterech latach przerwy wrócił z płytą L.Story.