Festiwal Sztuki Aktorskiej TEATROPOLIS ma w sobie coś z dobrze zaplanowanego zamieszania. Niby wszystko jest na miejscu: scena, aktor, widz. A jednak po kilku godzinach człowiek przestaje być pewien, czy jeszcze jest widzem, czy już przypadkiem uczestnikiem jakiegoś zbiorowego eksperymentu na wrażliwości. Bo Teatropolis to nie jest festiwal, na który się „wpada”. To jest wydarzenie, w które się wpada jak w rozmowę, która zaczyna się niewinnie, a kończy pytaniem o sens życia o drugiej w nocy.
Najpierw jest elegancko. Garnitury, płaszcze, dyskretne spojrzenia w program. Kto gra, co gra, ile trwa. Jeszcze kontrola. Jeszcze plan. A potem wychodzi aktor i cały ten plan – delikatnie mówiąc – przestaje mieć znaczenie.
Na scenie ktoś mówi szeptem, ktoś krzyczy, ktoś milczy przez kilka minut i nagle okazuje się, że to właśnie to milczenie jest najbardziej wymowne w całym tygodniu. I że nikt się nie wierci. Nikt nie kaszle. Wszyscy siedzą, jakby ktoś wyłączył rzeczywistość i zostawił tylko emocje.
A potem światło się zapala. I zaczyna się drugi akt – ten w Centrum Festiwalowym.
To tam rodzą się najważniejsze spektakle festiwalu: „Czy ty też to tak odebrałeś?”, „Ja bym to zagrała inaczej” i klasyczne „Nie wiem, co o tym myśleć, ale coś mnie to ruszyło”. W tle ktoś próbuje dokończyć zdanie o formie, ktoś inny już analizuje sens, a jeszcze ktoś po prostu stoi i dochodzi do siebie.
I tu pojawia się najciekawsze zjawisko: na Taetropolis wszyscy nagle stają się trochę ekspertami. Nawet ci, którzy przyszli „bo ktoś zaprosił”, po trzecim spektaklu zaczynają używać słów takich jak „narracja”, „środek wyrazu” i „minimalizm sceniczny” z niepokojącą pewnością siebie. Ale jest w tym coś pięknego.
Bo ten festiwal działa trochę jak soczewka: skupia ludzi wokół emocji, które na co dzień gdzieś się rozpraszają. Nagle okazuje się, że można rozmawiać z obcą osobą przez pół godziny o czymś, co wydarzyło się na scenie. I że to ma sens.
Aktorzy? Oni tu nie grają „dla”. Oni grają „z”. Z widzem, z przestrzenią, z ciszą. Czasem z własnym zmęczeniem. I właśnie dlatego to działa.
Teatropolis nie daje łatwych odpowiedzi. Często nie daje żadnych. Zamiast tego zostawia coś znacznie bardziej kłopotliwego – pytania, które wracają następnego dnia rano, kiedy człowiek robi kawę i nagle przypomina sobie jedno zdanie ze spektaklu. I wtedy już wiadomo, że się przepadło.
Bo z Teatropolis nie wychodzi się tak po prostu. Trochę się je wynosi ze sobą: w głowie, w emocjach, w rozmowach, które jeszcze się nie odbyły.
I może właśnie o to chodzi.