O przeroście formy nad treścią w teatrze i świecie, walce z własnym organizmem i potrzebie dyskusji z widzem opowiada aktorka Milena Lisiecka. Wciela się w jednego z dwóch bohaterów spektaklu „Wigilia”, przygotowywanego przez Teatr Fundacji Kamila Maćkowiaka. Premiera 19 i 20 października na deskach Akademickiego Ośrodka Inicjatyw Artystycznych.

LIFE IN. Łódzkie: „Wigilia” to dość przewrotny tytuł dla tego spektaklu. Zapowiedzi zdradzają, że niewiele będzie miał on wspólnego z tym radosnym, świątecznym okresem.

Milena Lisiecka: Może dlatego premierę ma w październiku, a nie w grudniu. Wydaje mi się, że autor spektaklu – Daniel Kehlmann – celowo wybrał właśnie ten dzień, na czas rozgrywania się akcji. Wigilia to dla wielu osób bardzo szczególny dzień. Sądzę, że ma on niebagatelny wpływ na plany mojej bohaterki. Zależało jej na skutecznym zwróceniu uwagi świata na pewne działania. Nie chcę jednak zdradzać intrygi, zależy mi na tym, by widz dowiedział się o niej w odpowiednim momencie. Mogę natomiast potwierdzić, że nie będzie przyjemnie i radośnie, jak mógłby sugerować tytuł.

Rzeczywistość, w której rozgrywa się akcja, jest bardzo aktualna – terroryzm, inwigilacja, totalitaryzm, obrona idei. Problemy bohaterów są problemami świata teraźniejszego. Przeprowadzenie widza przez ten świat, z którym on sam się utożsamia, który doskonale zna i być może jest nim trochę zmęczony, to trudniejsze aktorsko zadanie do wykonania?

To w żaden sposób nie utrudnia, a wręcz przybliża widza do jakiejś prawdy o naszej rzeczywistości. Emocje, które jemu towarzyszą, są cały czas żywe, a to zwiększa zaangażowanie widza w akcję spektaklu. Natomiast ja, wcielając się w postać, mogę zabrać głos w aktualnej sprawie, być może pokazać rzeczywistość z innej perspektywy. I, mimo że jako Milena Lisiecka nie do końca zgadzam się z teoriami mojej bohaterki, na czas spektaklu muszę w nie bardzo uwierzyć, bo tylko wtedy będę mogła przeprowadzić postać wiarygodnie. Teatr powinien być takim miejscem, które opowiada o współczesnym świecie, polemizuje z nim, broni czyichś racji, kogoś oskarża. Dlatego niezwykle się cieszę, że to bardzo współczesna sprawa, a my możemy o niej opowiedzieć.

A kiedy poglądy aktora nie są tożsame z poglądami odgrywanej postaci…

Może to być pewną trudnością, jednak jako aktorka muszę do końca uwierzyć w swoją postać, by była ona autentyczna.

Jaka w takim razie jest Judith?

To przede wszystkim perfekcjonistka, bardzo wykształcona i inteligentna kobieta. Głosi teorie na temat przemocy strukturalnej, ale moim zdaniem sama w jakiś sposób taką przemoc stosuje. Oczywiście, jako człowiek i kobieta, zwraca uwagę na wiele problemów świata współczesnego. Uważa na przykład, że głód, nędza czy wyzysk biedniejszej części społeczeństwa są większym zagrożeniem dla świata niż terroryzm. Te problemy ją bolą, ale jednocześnie sama zatrudnia Ukrainkę, której płaci nędzną pensję za sprzątanie. Dlatego jej postawa jest dla mnie momentami niemoralna. To bardzo złożona postać.

Nie boi się Pani złożonych postaci. Wcześniej niezwykle skomplikowana i trudna rola Wery w „Przed odejściem w stan spoczynku” czy Elli w „Boże mój!”.

Boję się, ale są dla mnie wyzwaniem. Takie role bardzo mnie fascynują. Wera to była postać żyjąca na skraju kompletnego zakłamania, inaczej odnosząca się do otoczenia, inaczej do swojego brata, a jeszcze inaczej do swojej siostry. Postać złożona zarówno z takiej samej ilości miłości, jak i nienawiści. Z jednej strony ciepła, z drugiej agresywna, nosząca w sobie pierwiastek faszystowski. Praca nad tą postacią była niezwykła i chyba była to najbardziej złożona psychologicznie postać, jaką grałam. Ella z „Boże mój!”, czyli spektaklu, który do dziś odgrywamy z wielkim sukcesem, to psycholog wychowująca samotnie autystycznego syna, która cały czas wadzi się z Bogiem. Jest on jakimś symbolem dla niej. Przychodzi pod różną postacią, ale my do końca nie wiemy, czy to jest on, czy wyobrażenie mężczyzny, z jakim ona by chciała być. To też jest dla mnie niezwykła postać. Judith z kolei to kobieta samotna. Myślę, że bardzo chciała mieć dzieci i że nadal kocha męża, który od niej odszedł. Przypuszczam, że to z powodu samotności rzuciła się w wir pracy i różne idee.

Jak aktor przygotowuje się do odegrania takiej roli?

Bardzo dużo czasu poświęcamy na analizę postaci. To są długie rozmowy. Jeszcze na dwa tygodnie przed premierą często nie mam pewności, jak moja bohaterka ostatecznie będzie skonstruowana. Ostatnie dni przed spektaklem to dla aktora najintensywniejszy okres, bo dopiero wtedy postać, w którą się wciela, określa się, nabrzmiewa, zyskuje konkretny kształt. To właśnie na finiszu dzieje się najwięcej.

Reżyserią „Wigilii” zajmie się Waldemar Zawodziński, który doskonale odnajduje się w literaturze tego rodzaju. Całokształt spektaklu to jego wizja czy wspólna praca?

Nad spektaklem pracowaliśmy wspólnie, ale to jednak reżyser decyduje o końcowym kształcie przedsięwzięcia – obserwuje nas, pilnuje napięć między bohaterami. Czuwa nad tym, żebyśmy prowadzili swoje postaci logicznie, nad sensem naszego przekazu. Ja nigdy w takim gatunku nie grałam, to jest thriller psychologiczny i tutaj nie będzie fajerwerków. Cały spektakl to ponad godzinna rozmowa między dwójką ludzi, którzy mają tylko siebie i tylko na sobie mogą polegać. Musimy dobrze poprowadzić rozmowę, rozłożyć napięcia, sprawić, żeby widz za nami podążał, nie gubił się w intrydze.

Scenografia jest bardzo minimalistyczna. Biurko, dwa krzesła i drobne rekwizyty. „Wigilia” daje możliwości do odegrania brawurowych ról?

Nie wiem, czy brawurowych, ale bez wątpienia daje ogromne możliwości aktorowi. Sprawdza go. Nas, tam na scenie, nie uratuje piękna scenografia, muzyka, światło, nie schowamy się za jakąś formą, nie będzie tańca, śpiewów, dowcipów, które często wzbudzają euforię widza. Bardzo wielu reżyserów stawia na ogromne inscenizacje, a przecież świat sam w sobie cierpi na przesyt bodźców. Mnie zawsze bardzo interesowało uprawianie teatru skromnego, w którym najważniejszy jest aktor i sprawa postaci, w którą się wciela. Teatru mówiącego o rzeczach ważnych, poruszających widza, wzbudzających w nim refleksję, zadumę. Rozmawiając z widzami często słyszę, że mają dosyć tego kolorowego, przesłodzonego świata i chcą pola do dyskusji. Dlatego myślę, że coraz częściej będziemy wracać do prostych form teatralnych.

Pozwalacie sobie na improwizację?

Podczas prób posługujemy się wyłącznie scenariuszem, nie improwizujemy. Kamil Maćkowiak, który gra drugiego bohatera, przyznał kiedyś, że w wielu spektaklach zdarza mu się improwizować. Tutaj jednak bardzo surowo trzymamy się partytury. Staramy się grać nasze role tak, żeby wszystko to, co robimy działo się tu i teraz. Za każdym razem wzbudzamy w sobie emocje towarzyszące pierwszemu spotkaniu.

Po której stronie woli Pani wzbudzać te emocje: przed kamerą czy bezpośrednio przed widzami?

Ma Pani duży dorobek zarówno filmowy, jak i teatralny. W filmie można powtarzać duble dopóki nie trafi się w dziesiątkę. W teatrze trzeba trafiać w dziesiątkę co wieczór – tu nie ma szans na pomyłki. Dobry spektakl to precyzyjny strzał. Szkoda tylko, że teatr jest tak bardzo ulotny. z

Rozmawiała Agnieszka Jędrzejczak
Zdjęcie Joanna Jaros