Jest niespokojnym duchem i ma sporo pomysłów. Nie czeka aż zadzwoni telefon, sama szuka różnych możliwości. Wszystko co lubi, mieści się w aktorstwie. Literatura, muzyka, sztuka, nawet podróże. Z Beatą Olgą Kowalską rozmawia Krzysztof Karbowiak.

LIFE IN. Łódzkie: Piotr Fronczewski powiedział kiedyś, że dobry aktor powinien potrafić zagrać nawet ołówek. Gra Pani w bardzo popularnych serialach telewizyjnych, teatrze dramatycznym i muzycznym, śpiewa, tańczy, jest lektorem, dubbinguje filmy. Czy to jest właśnie ta aktorska doskonałość, uniwersalność? Aktor powinien umieć to wszystko?

Beata Olga Kowalska: Śpiewać, tańczyć, recytować? (śmiech) Pewnie tak. Natomiast nie jest powiedziane, że aktor, który nie potrafi śpiewać i nie ma poczucia rytmu, nie może być świetnym aktorem dramatycznym. Zawsze mi się wydawało, że taką kwintesencją aktorstwa, jest właśnie aktor musicalowy, który musi posiadać wszystkie te umiejętności. Uniwersalność daje też większe możliwości, również zarobkowe. Może brzmi to trochę przyziemnie, ale jesteśmy przeważnie wolnymi strzelcami, bez etatów więc wszechstronność daje nam większe szanse na pracę. Ale oprócz tego również większe szanse na spełnianie się w tym zawodzie.

Rola doktorowej Wezółowej w serialu „Ranczo” przyniosła Pani dużą popularność. Jak na tle innych dokonań aktorskich umiejscawia Pani grę w popularnym serialu?

W tym zawodzie trochę jest tak, że aktor teatralny nie jest popularny. To daje dopiero serial czyli telewizja, czasem kino. Popularność daje szansę doboru ról albo realizacji projektów, które chodzą nam po głowie. Ja jestem trochę niespokojnym duchem, mam sporo pomysłów, nie lubię czekać na telefon. Gdy przez jakiś czas nie mam nowych propozycji, to wtedy sama zaczynam szukać repertuaru i możliwości realizacji. Jeśli ma się pewną popularność, wtedy jest z tym łatwiej. A „Ranczo”… To raczej nie jest typowy serial. Chyba dlatego, że jest nasz, polski i dotyczy naszego miejsca na ziemi. Naszego bycia tu i teraz, naszej mentalności. Jest trochę takim krzywym zwierciadłem tego, co u nas dzieje się na co dzień, również między ludźmi, ich relacji, emocji. Przez to jest niepowtarzalny i wyjątkowy. I nie mówię tak dlatego, że w nim grałam. Praca przy nim też była wyjątkowa i będzie mi jej brakować.

Zawodowo, którą rolę uważa Pani za ważną w swojej karierze? Mam taką jedną postać, która mi towarzyszy od kilku lat. To Marlena Dietrich.

Udało mi się zagrać ją w przedstawieniu „Edith i Marlene”. Bardzo się zaprzyjaźniłyśmy, jeśli mogę tak powiedzieć. Cały czas myślę o tym, by prócz tego, że mam recital z jej piosenkami, zrobić może monodram. To była niesamowita osobowość, a o jej okrytym tajemnicą życiu można nakręcić wieloodcinkowy serial. Przygotowując recital z piosenkami usłyszałam „to taki staroć, kto w ogóle teraz wie kim była Marlena Dietrich?”, a jednak kiedy miesiąc temu „zaśpiewałam” ten recital, publiczność śpiewała razem ze mną, bardzo się wzruszyliśmy i ja, i widzowie. Pomyślałam, że z tym starociem to nieprawda, że muzyka i pewne wartości są uniwersalne, i nigdy się nie starzeją. Myślę, że z Marleną długo się jeszcze nie rozstanę. Trudno jest wybrać tę jedną, wyjątkową rolę. One przychodzą w różnych momentach życia. To jest też trochę tak, iż pojawiają się chyba z jakiegoś powodu. Może trzeba coś przepracować, przed czymś uchronić grając jakąś rolę, przed czymś, co mogłoby się zdarzyć w naszym życiu. Może podchodzę do tego trochę mistycznie? A podobno twardo stąpam po ziemi.

Wystąpiła Pani w musicalu „Mamma Mia” w Warszawie, a obecnie gra w musicalu „Les Miserables” w Łodzi? Jednoczesne śpiewanie, gra aktorska i taniec są trudne?

Nie jestem niestety wokalistką. Jestem aktorką dramatyczną, która coś tam śpiewa i absolutnie nie kokietuję mówiąc o tym. Po prostu zdaję sobie z tego sprawę. Nigdy nie uczyłam się śpiewać, nie szkoliłam głosu, poza szkołą teatralną. Dlatego obydwie role w musicalu są o tyle mi bliskie, że są bardziej aktorskie niż wokalne. Są też skrajnie różne. „Mamma mia” to komedia romantyczna z piosenkami, natomiast „Nędznicy” to klasyczny, kultowy, dramatyczny musical, oparty na poważnej powieści Wiktora Hugo. „Nędznicy” to musical, w którym nie pada ani jedno słowo mówione. Moje role także są zupełnie inne. Tanya, którą grałam w „Mamma Mia” to współczesna zwariowana, bogata kokietka, a madame Thénardier w „Nędznikach” to rola dramatyczna, nawet tragikomiczna, przerażająca. Powiązaniem tych dwóch postaci są pewne elementy komiczne. Śmieję się, że moje granie w musicalu, to w ogóle trochę taki chichot losu.

Dlaczego?

Bo karierę w musicalu robi się będąc młodym człowiekiem, a ja już jestem dojrzałą aktorką. W musicalu jest tak, że aktorki po czterdziestce nie bardzo mają co grać. A ja wbrew wszystkiemu gram i to jest właśnie ten chichot losu.

Dojrzała aktorka z bogatym dorobkiem startuje w castingach, nie tylko do musicali, walcząc o rolę z młodymi początkującymi aktorami, jakie to uczucie?

Taka uroda tego zawodu, że wciąż jesteśmy oceniani. Często bardzo niesprawiedliwie i niekonstruktywnie. Mamy teraz takie czasy, gdzie anonimowy obrzydliwy hejt oblewa nas jak jakaś magma czy błoto. I jest to straszliwe. Natomiast w aktorstwie już tak to jest, że trzeba co raz stawać w szranki. Oczywiście nie można tego tak do końca brać do siebie. Gdy nie dostajemy roli nie można tego traktować, jako porażkę, bo po pierwsze oszalelibyśmy, po drugie może przestalibyśmy być aktorami, a po trzecie reżyser może mieć inne wyobrażenie co do postaci, do której startujemy. Nie może nam to podcinać skrzydeł. Nie jest to oczywiście łatwe, bo każdy z nas ma tą sporą dozę egocentryzmu. Jednak to ego trzeba troszkę schować do kieszeni.

Co skłoniło Panią do wzięcia udziału w obecnej edycji programu „Twoja twarz brzmi znajomo”? Nowe wyzwanie?

Opierałam się temu. Myślałam sobie, że jest to program dla młodych ludzi. Młodych aktorów, wokalistów, którzy uczą się, mierzą się ze sobą, którzy w sobie coś odkrywają. Nie dla osoby z takim doświadczeniem jak ja. Uważałam, że to bez sensu, po co mi ten wyścig, cóż mogę jeszcze w sobie odkryć nowego? Później pomyślałam jednak, że jeśli nie teraz, to kiedy? To tak niesamowita przygoda, dająca mi możliwości poszalenia z postaciami, jakich pewnie nigdy w żadnym serialu czy filmie bym nie zagrała. Aktorów wkłada się w szufladki i często nikomu nie przyjdzie do głowy, że możemy zagrać coś skrajnie przeciwnego, wyglądać inaczej niż wyglądamy w życiu. A ten program daje szansę przeistoczenia się w kogoś innego, nie tylko wizualnie, ale również bawiąc się głosem. I co jest bardzo ważne dał mi on również większą pewność śpiewania. Choć to była bardzo ciężka praca, to życzę każdemu, a zwłaszcza młodym, żeby mieli szansę pojawić się w takim programie. Sprawdzić swoje możliwości, bo czasem okazuje się, że sami siebie nie znamy, nie wiemy na co nas stać, a możemy bardzo siebie zaskoczyć, oj bardzo.


Trudno znaleźć informacje o Pani życiu prywatnym na przykład na portalach plotkarskich, ustawek z paparazzi. Do jakiego stopnia Beata Olga Kowalska jest w stanie podzielić się prywatnością ze swoimi fanami?

Nie zamierzam nikogo krytykować za to, że lubi się obnażać. Mnie samej nie interesuje, co kto je na śniadanie, za ile tysięcy ma torebkę, z kim sypia. To jest prywatna sprawa. Dla mnie ważne jest, co ktoś ma do powiedzenia i jakim jest człowiekiem. Mam chyba zły charakter do tego zawodu, jeśli chodzi o obecne czasy. Źle się czuję na ściankach, czerwonych dywanach, wypytywana o moje życie prywatne. Nie lubię takich kolorowych wydmuszek pustych w środku. Czytając z kimś wywiad wolałabym dowiedzieć się czegoś interesującego o tym co myśli, o tym jak z czymś się zmierzył w swoim życiu i chce o tym opowiedzieć ku przestrodze, czy by komuś pomóc. Przygotowując się w „twojej twarzy” do zagrania Ewy Demarczyk, dotarłam do jednego z nielicznych wywiadów z nią, gdzie na podobnie zadane pytanie odpowiada: „Ależ ja jestem bardzo dla ludzi, bardzo się obnażam, od momentu wejścia na scenę, do momentu kiedy z niej schodzę.” Oczywiście to było powiedziane w trochę innych czasach, ale myślę, że jeżeli chodzi o nas, aktorów to najważniejsze jest właśnie to, co dajemy z siebie widzom.

Podobno jest Pani osobą bardzo ufną i otwartą wobec innych. Nie żałuje Pani tego czasem?

Czasem bardzo, wręcz piekielnie. Jestem jeszcze do tego wszystkiego bardzo szczera, co mi raczej nie przysparza przyjaciół. Natomiast ponieważ sama cenię to w innych ludziach, to nie wyobrażam sobie, że nagle mogłabym się zmienić. Dzisiaj jest popularne takie sztuczne uśmiechanie się, sztuczne relacje, wszystko piękne i fit. Ten uśmiech, często przez łzy, pokazywanie światu, że wszystko jest ok, super i wspaniale, kiedy dzieje się zupełnie coś innego, prócz tego, że musi być to bardzo trudne, to jest zupełnie nie dla mnie.

Jak postrzega Pani szczęście. Czy ma Pani jakąś swoją jego definicję. Kiedy czuje się Pani szczęśliwa?

„W życiu piękne są tylko chwile” i chyba nikt z nas nie jest permanentnie szczęśliwy. Nie ma reguły na szczęście. Jeśli chodzi o mnie to są właśnie chwile. Wstaję rano, świeci słońce i choć wieczorem kładłam się przybita i zmęczona nie wiedząc co się zdarzy, bo w tym zawodzie trochę jest tak, że drżymy o jutro, to taki poranek jest właśnie tą piękną chwilą. Nieważne czy to jest zima czy lato. To momenty kiedy czytamy książkę, robimy coś co sprawia nam przyjemność. Kocham podróżować, poznawać nowych ludzi, miejsca, wtedy też czuję się szczęśliwa. Bardzo szczęśliwa czuję się dając też komuś szczęście. Taka chwila była w „twojej twarzy”, gdy po wygraniu jednego z programów mogłam Fundacji Gajusz z Łodzi ofiarować wygrane pieniądze, myśląc że mogą dać komuś chwilę radości. Tego nie da się przecenić.

Od aktorstwa Beata Olga Kowalska odpoczywa przy…?

Jak wspomniałam, że jeśli tylko mogę to podróżuję. Właściwie od aktorstwa nie da się odpocząć. Wszystko co lubię, mieści się w aktorstwie. Literatura, muzyka, sztuka, nawet podróże (śmiech). Nie wyobrażam sobie innego zawodu, niż ten który wykonuję. Pomimo tego, że bywa bardzo niewdzięczny zwłaszcza dla kobiety. Jeden z kolegów widząc mnie kiedyś z plecakiem powiedział, że jestem taki Włóczykij z Muminków. Coś chyba rzeczywiście w tym jest, bo zupełnie nie jestem kobietą luksusową, na co dzień trampki, dres i słuchawki w uszach, a nie tipsy i wysokie obcasy.

Czuje się Pani już aktorsko spełniona, czy wierzy, że ta najważniejsza rola wciąż przed Panią? Może jest to związane z jakimś marzeniem?

Tak naprawdę nigdy nie czujemy się do końca spełnieni. Zawsze chcemy czegoś więcej, albo czegoś innego. Kiedyś, kończąc szkołę teatralną, marzyło mi się zagrać rolę dramatyczną. To była Judyta w „Księdzu Marku” Juliusza Słowackiego. Niestety dziś klasycznych sztuk gra się coraz mniej i na dodatek jeszcze niestety bardzo nieklasycznie. Nie spełniło się wtedy i chyba teraz są małe szanse. Natomiast gdzieś ta moja droga zawodowa, pomimo skłonności dramatycznych, poszła w kierunku bardziej komediowym, rozrywkowym, nawet komercyjnym. Dlatego chciałabym zagrać coś naprawdę dramatycznego. Nigdy jednak nie nazwałabym tego marzeniem, tylko jakimś rodzajem niespełnienia. Ale podobno „nie ma krętych dróg dla tego, kto wie dokąd zmierza”?

Fot. POLSAT, M. Zawada