Tak bardzo bym chciał napisać coś „ku pokrzepieniu serc”. Nawet sam nie wiem, czy bardziej dla Was, czy jednak egoistycznie dla siebie… Z pewnością lepiej by było świecić przykładem, wesprzeć behawioralnie. W idealnej wersji ten felieton zaczyna się tak:

„Kochani, jest ciężko nam wszystkim, ale postanowiłem się nad sobą nie użalać. Dość też bezproduktywnego marnowania wolnego czasu. Skoro nie mogę pracować na scenie, nadrabiam zaległości w domu. Przeczytałem zaległe pozycje na liście: Dostojewski, Dante, Munro, Cabre. Codziennie też godzinę poświęcam na naukę języka, wreszcie mam czas na hiszpański. Robię wirtualne spacery po muzeach Europy, przeglądam albumy ze sztuką Etrusków, słucham Fado, trochę medytuję, wsłuchując się w swój organizm. Definitywnie odstawiłem węglowodany, wreszcie mam czas na zdrową kuchnię, wyszperałem kilka cudownych przepisów.

Ćwiczę online z moim trenerem, odstawiłem kawę, 10 minut dziennie poświęcam afirmacjom”.

Byłoby pięknie, nie? No, może z tym odstawieniem kawy i węglowodanów to „pojechałem”. Zaraz miną dwa lata bez papierosów i alkoholu, jeśli pogłębię tę ascezę jeszcze bardziej, to nawet afirmacje nie pomogą. Zresztą bez obaw – nierealne.

W rzeczywistości pierwsze dwa tygodnie kwarantanny przespałem, gdyby nie potrzeby fizjologiczne, dostałbym odleżyn. Ponieważ zakupy zredukowałem w myśl zasady: „kupuje rzadziej, ale więcej”, tak naprawdę i więcej jem, bo przecież zaraz coś się popsuje, zmarnuje, a wyrzucanie jedzenia to grzech, nie? Zatem robię 12 kotletów mielonych, które w założeniu mają starczyć na trzy dni, ale przegrywają walkę z moim apetytem, jeszcze nim dobrze ostygną. Mama mawiała, że jestem „chodzącym przewodem pokarmowym” i wciąż na tę opinię pracuję.

Wszystkie inne projekty zastygły w szufladce pt. „marzeniowe planowanie”. Apatia, marazm, inercja. Już nawet nie lęk czy frustracja, tylko jakieś zawieszenie między kuchnią a sypialnia, między tym, co było, a tym, co nie wiadomo, kiedy wróci. Coś tam niby przeczytałem, między trzema drzemkami w ciągu dnia i dwoma obiadami, ale wszystko jest ogromnym wysiłkiem.

Sprzątanie mieszkania to katorga. Odkąd mam platformę z filmami i serialami „na N” w nazwie -oddaję się kompulsji oglądania – 4,6,8 odcinków dziennie, kilka rozmów przez video messengera i znów trzeba, korekta – można, kłaść się spać…

Na szczęście zrobiła się wiosna, a ta nawet z maseczką na twarzy daję radość i dobrą energię. Może rzeczywiście sięgnę w tym tygodniu po Dostojewskiego, w serialach wyłączę lektora, żeby choć posłuchać hiszpańskiego, zamiast treningu wyjdę, chociaż na rower?

Tak bym już chciał wrócić do swojego dawnego, zwykłego, przeciętnego życia.

Jak w tej żydowskiej przypowieści o kozie – tak doceniłem, to co miałem: pracę, codzienne rytuały, lunch w knajpce na mieście, teatr w Monopolis, spotkania z przyjaciółmi…

Dbajcie o siebie i swoich bliskich i wytrzymajcie! To musi nas czegoś nauczyć, inaczej będzie kompletnie bez sensu.