Właśnie mijają trzy lata, od kiedy Międzynarodowa Szkoła Sztuki Kulinarnej rozpoczęła swoją działalność w Łodzi. W organizowanych w niej szkoleniach chętnie uczestniczą profesjonaliści jak i amatorzy. O tym, skąd wziął się pomysł na taką szkołę w Łodzi, rozmawiamy z Małgorzatą Michalską, właścicielką szkoły.

LIFE IN. Łódzkie: Ashanti kończy właśnie trzy lata. Czy przez ten czas wszystko udało się tak, jak sobie Panie zaplanowaliście?

Małgorzata Michalska: Jest dużo lepiej, niż planowaliśmy. Otwierając Ashanti wiedzieliśmy, że decydujemy się na szalony pomysł. To było pierwsze takie miejsce w Polsce i trudno było przewidzieć, jak wszystko się ułoży. Założyliśmy zdecydowanie, że chcemy promować najwyższe standardy w działalności szkoły jak również zapraszać najlepszych trenerów z Polski i całego świata – co nam się udaje. Przygotowując biznesplan planowaliśmy, że szkoła przyciągnie w połowie kucharzy i cukierników profesjonalistów, a w drugiej połowie amatorów. Dziś aż 90 procent naszych uczniów, to profesjonaliści co nas bardzo cieszy, ponieważ dzięki temu możemy przyczynić się do budowania najwyższych światowych standardów w polskich restauracjach, cukierniach i ogólnie w branży gastronomicznej.

Pamięta Pani pierwsze szkolenie?

Jak najbardziej, odbyło się trzy lata temu, 8 marca, prowadził je Maciej Rosiński. Było bardzo dużo stresu, cały czas się zastanawiałam czy wszystko przygotowaliśmy i czy o wszystko zadbaliśmy.

A skąd się wziął pomysł na szkołę sztuki kulinarnej?

To był proces. Kilkanaście lat przepracowałam w firmie związanej z produkcją czekolady. Któregoś dnia stwierdziłam, że może warto zmienić coś w swoim życiu i zacząć na własny rachunek. Wspólnie z bliską koleżanką zaczęłyśmy się zastanawiać nad tym, jak wykorzystać zdobyte doświadczenie. Jestem biologiem molekularnym i czekolada zawsze była dla mnie doskonałym produktem od strony technologicznej, przy okazji smacznym. Uznałyśmy zatem, że nasz biznes musi być ściśle związany z czekoladą. Najpierw myślałyśmy o szkole dla technologów, ale doszłyśmy do wniosku, że to za mała grupa docelowa i warto też pomyśleć o profesjonalnych cukiernikach. Dodałyśmy do tego szkolenia dla amatorów lubiących czekoladę i uznałyśmy, że to jest właśnie to, o co nam chodzi. Tworząc biznesplan stwierdziliśmy jednak, że sama czekolada i cukiernictwo to za mało, dlaczego miałoby nie być zajęć dla baristów, barmanów i kucharzy? Przeanalizowałyśmy jak działają zagraniczne szkoły sztuki kulinarnej i stwierdziłyśmy, że chcemy mieć tutaj wszystko. I mamy! Robimy nawet szkolenia z fotografii kulinarnej i menedżerskie. Dziś szkolą się u nas przedstawiciele cukierni, piekarni, zakładów produkcyjnych, restauracji.

Czy słowo Ashanti coś oznacza?

Ashanti to region w Ghanie, w którym jest najwięcej plantacji kakaowca. Jeździłam tam często zawodowo, poznałam króla Ashanti i stwierdziliśmy, że od strony marketingowej to będzie idealna nazwa. Na logo firmy wybrałyśmy tron, który ma każdy oficjel w Ghanie i znak Mate Masie, który oznacza edukację, rozwój i umiejętność słuchania innych.

Które ze szkoleń cieszą się największym powodzeniem?

Jest ich kilka, przykładem są szkolenia sushi i kuchni japońskiej. Obserwujemy rosnące zainteresowanie szkoleniami podbudowanymi wiedzą teoretyczną: technologia, procesy, metody, historia dań…

Gdzie wyszukujecie swoich trenerów?

Można powiedzieć, że świat dzisiaj stał się globalną wioską. Wystarczy wejść do internetu, na media społecznościowe – tam są wszyscy. Poza tym pozostały mi kontakty z wcześniejszej pracy. Bywam też na wielu targach, gdzie poznaję cukierników, kucharzy i innych specjalistów od sztuki kulinarnej. Zależy nam na trenerach, którzy mają bardzo dobrą wiedzę technologiczną i potrafią ją przekazać innym. Nie każdy dobry kucharz jest dobrym trenerem, dlatego najpierw muszę poznać osobę, która będzie później prowadzić u nas szkolenia.

Ile osób przeszkoliliście w Ashanti w ciągu trzech lat?

Przeszkoliliśmy około czterech tysięcy, z których zdecydowana większość to zawodowcy, którzy chcą podnieść umiejętności.

A pamięta Pani początki szkoły?

Pamiętam dokładnie. Sprzedawaliśmy pierwsze szkolenie, gdy w lokalu nie było jeszcze podłogi. Pierwsze szkolenie wyznaczyliśmy 8 marca, a klucze dostaliśmy 29 lutego. Wszystko działo się trochę na wariackich papierach. Pod tym adresem była kiedyś fabryka skarpetek, potem biura. Mieliśmy sporo pracy, by przysposobić to miejsce na nasze potrzeby gastronomiczne. Wentylacja, dźwięk, oświetlenie – staraliśmy się zadbać o najdrobniejsze szczegóły.

Jak jest zorganizowana szkoła i ile szkoleń w miesiącu możecie zrealizować?

Szkoła jest podzielona na dwie części: słoną i słodką. Obie różnią się od siebie wyposażeniem – mają inne piece i wyciągi wentylacyjne. Część słodką dodatkowo dzielimy na dwie części – w jednej szkolimy cukierników, a w drugiej prowadzimy szkolenia lodziarskie, baristyczne. A jeżeli chodzi o liczbę szkoleń, to wszystko zależy od miesiąca. Rekord to 10 szkoleń w tygodniu. Wtedy naprawdę jest to wyzwanie dla wszystkich, a musi sobie z tym poradzić sześcioosobowy zespół.

Znajduje Pani czas, by się szkolić?

Chciałabym, ale wygrywają codzienne obowiązki. Bywam na szkoleniach w innej roli – wchodzę, podglądam, czasem o niektóre zagadnienia dopytam. Lubię mieć kontakt z uczestnikami szkoleń, widzieć czy są zadowoleni. Od nich uzyskuję też informację, jakich szkoleń oczekują.

A jakich oczekują?

Jeżeli chodzi o szkolenia cukierników, to jeszcze do niedawna na topie było cukiernictwo nowoczesne – przede wszystkim monoporcje, które należy traktować trochę jak arcydzieła sztuki cukierniczej. Codzienne potrzeby i oczekiwania konsumentów są jednak inne, oni wolą klasyczne ciasta w nowoczesnym wydaniu. Podobnie jest w kuchni słonej, gdzie też dominuje klasyka. Szkolimy nawet z kuchni staropolskiej, ale dominują szkolenia z kuchni świata – japońskiej, włoskiej, francuskiej, hiszpańskiej.

A proponujecie jakieś nietypowe szkolenia?

Mamy takie, choćby szkolenia na temat mąki. Prowadzi je Gianluca Padula. Właśnie on uświadomił mi kiedyś, jak bardzo skomplikowanym produktem jest mąka. Dziś na jego szkoleniach „Zrozumieć mąkę” pojawia się coraz więcej osób.

Organizujecie również spotkania integracyjne dla firm. Na czym one polegają?

Takich spotkań jest coraz więcej. Pracownicy wspólnie gotują, potem sami przygotowują otoczkę takiej kolacji, degustują. Kiedyś organizowaliśmy spotkanie dla prezesów z 30 krajów świata. Przy takich okazjach kucharz czy cukiernik muszą być angielskojęzyczni, a szkolenie często jest łączone z obecnością sommeliera, który dopasowuje wino do potrawy. Chcielibyśmy organizować więcej takich spotkań – z opinii uczestników – jest to doskonały sposób na integrację i motywację zespołu. Można się też wiele nauczyć.

A szkolenia dla amatorów – jest zapotrzebowanie na nie?

Od jakiegoś czasu cieszą się sporym zainteresowaniem i z tygodnia na tydzień jest ich coraz więcej. Największym zainteresowaniem cieszy się Ramen, Włoskie makarony, czy organizowanie na Walentynki Afrodyzjaki w kuchni.

Wszystkie szkolenia są dla dorosłych?

Do szkoły przyjmujemy osoby, które ukończyły 16 lat, ale zdarza się, że czasami łamiemy tę zasadę. Ostatnio mieliśmy zapytanie od rodziców 12-latka, czy ich syn mógłby wziąć udział w warsztatach. Zgodziliśmy się pod jednym warunkiem – dziecko musiało być przez cały czas pod opieką rodziców. Chodzi o względy bezpieczeństwa, poza tym mamy stoły dostosowane do dorosłych.

Zapytam o plany na przyszłość – może filia szkoły w Warszawie?

Nie mamy w planach otwierania filii Ashanti. Uważam, że przy takiej działalności jak nasza, nie dałoby się dopilnować jakości. Mamy swoje standardy i nie chcemy iść na skróty. W ubiegłym roku uzyskaliśmy akredytacje Kuratorium Oświaty. Jesteśmy w samym środku Polski, do Łodzi dobrze i łatwo można dojechać. Mamy umowy z hotelami w centrum Łodzi więc o bazę noclegową też się nie martwimy.
Rozmawiał Damian Karwowski

Łódź, ul. Sienkiewicza 82/84
biuro@ashanti.pl
tel. 42 942 09 88
www.ashanti.pl