Mural przy Diasferze Łódzkiej, znajdujący się na tylnej ścianie kamienicy przy ul. Targowej, powstał dzięki połączonym mocom poznańskiej firmy Duda Development, Fundacji Urban Forms

oraz dwóch potężnych kreatywnych umysłów, twórców street artu: Maćka Polaka i MARTYNA GILLA. Ten ostatni zgodził się opowiedzieć nam o tym, jak wyglądała praca nad dziełem, jakie ma poglądy na współczesną sztukę uliczną oraz gdzie szukać tajnej wiadomości, którą ukrył w muralu.

Czy mógłbyś opowiedzieć, jak wygląda proces tworzenia muralu, od projektu aż do zakończenia?

Zaczynamy od podstawy, czyli wymiarów, bo jeśli ich nie mamy, to nie wiemy, na jakim „płótnie” możemy działać. Dlatego najpierw trzeba dokonać dokładnych pomiarów, poznać wysokość, szerokość i geometrię ściany. Nie wolno też zapominać o kontekście miejsca, w którym tworzony będzie mural: o wysokościach, piętrach, kominach. Gdy to mamy, zaczynamy robić projekt i to już jest głównie inwencja twórcza. Czasem jest to wręcz wymyślanie jakiejś historii. W przypadku muralu, o którym rozmawiamy, ustaliliśmy, że będzie to opuszczona kamienica, z której wyrastają kwiaty. I o ile proces twórczego myślenia zabiera sporo czasu, to zdecydowanie więcej pochłania go samo wykonanie.

Porozmawiajmy więc o pracy koncepcyjnej. Współpracujesz z różnymi markami, które zapewne mają własne wizje, jak więc udaje Ci się zachować równowagę pomiędzy własną kreatywnością a wymaganiami inwestora?

Lubię ograniczenia, bo można znaleźć w nich dużo przestrzeni dla kreatywności. Tu tak naprawdę jedynym wymogiem było przedstawienie fasady kamienicy, więc pomyślałem sobie, jak ja sam chciałbym widzieć ten mural. Bo murali z kamienicami w Łodzi jest kilka, nie jest to zupełnie nowy pomysł. Można więc zastanowić się, jak zrobić go na nowo. I to właśnie jest atrakcyjne: znaleźć w ograniczeniu coś świeżego.

Przygotowujesz prace, które sam chciałbyś oglądać. Czy mógłbyś w takim razie powiedzieć, co robisz, żeby organicznie wrastały w swoje otoczenie, by mural nie był naroślą na ścianie, tylko czymś, co wygląda, jakby powinno, musiało tam być?

Łódź od dawna nazywana jest miastem murali. Powstało tu bardzo dużo takich prac, nawet gdy spojrzeć na to w skali europejskiej. Trzeba myśleć o kontekście tego miejsca. Jeżeli malujemy kamienicę, to niech ona ma proporcje łódzkich kamienic, niech nawiązuje do ornamentów, które można kojarzyć z Łodzią. Choć starałem się zawrzeć w projekcie dużo mojego własnego stylu, to jednak czerpałem też dużo z miasta – spacerowałem, robiłem zdjęcia, zbierałem inspiracje. Myślę, że ważne są tu uwaga i czujność na to, co jest dookoła. Włączanie tego, a nie działanie przeciw temu, czy patrzenie na pracę jak na przedłużenie własnego ego. Bo tu nie jestem ważny tylko ja, lecz także miejsce, w którym praca się znajdzie, oraz ludzie, którzy będą ją oglądali.

Jestem ciekawa, jak praca nad muralem kształtuje się od tej ludzkiej perspektywy. Pracowaliście z Maćkiem we dwóch, mieliście nawet trzech i więcej pomocników. Jak wygląda bycie zespołem i zarządzanie zespołem? To przecież coś, czego z reguły nie doświadczają artyści pracujący w mniejszej skali, bo praca zespołowa nie jest tam taka istotna albo w ogóle jej nie ma.

Fakt, graficy zwykle pracują jako samotne wilki. Czasem jako stada samotnych wilków. (śmiech) Pracując z Maćkiem nad projektem, mieliśmy dość wyraźny podział tego, jakie są nasze role. Jego były kwiaty i roślinność, moje – kamienica i inne detale architektoniczne. To nie było trudne, bo Maciek zatrudniał swoje osoby, ja swoje i obaj pracowaliśmy obok siebie, starając się wspólnie dogrywać pewne elementy.

Skoro mówimy o interakcjach międzyludzkich, to czy zdarzało się Wam, że ktoś podchodził i jakoś reagował na to, co dzieje się na ścianie?

Gdy przychodzili ludzie z budowy, to coś tam krzyknęli – żeby na przykład namalować gołą babę. (śmiech) Większość reakcji była bardzo pozytywna. Ludzie przychodzili, mówili „Szacuneczek!”. Panie z balkonów Diasfery często z nami rozmawiały.

Czyli mural nawet jeszcze nie był skończony, a już wywoływał emocje! A gdybyś Ty jako artysta i jako empatyczny człowiek miał zaprojektować swoją wymarzoną reakcję na to dzieło, które przecież kosztowało cię dużo czasu, stresu i wysiłku, to jakby ona wyglądała?

To nie jest takie proste. Ta reakcja nie rodzi się w danej chwili, ona dorasta przez wiele lat. Przykładowo dziecko, które będzie dorastać w budynku Diasfery i każdego ranka spoglądać na mural, to jego życie w jakiś sposób stanie się lepsze. Zresztą nie tylko dziecka, tylko wszystkich mieszkańców.

To jest piękne! Mówiliśmy zresztą o tym, jak ważne jest, by sztuka uliczna wrastała w tkankę miejską, z perspektywy przestrzennej i estetycznej. Ty mówisz o jej wrastaniu w tkankę czasu i o tym, w jaki sposób funkcjonuje na przestrzeni lat.

To coś, co jest dla mnie bardzo osobiste, bo mam wrażenie, że sam jestem pierwszym pokoleniem takich właśnie „postmuralowych” dzieci.

Czujesz się pokoleniem, które nie pamięta czasów przed muralami?

(śmiech) Czuję się pokoleniem, które pamięta, jak wraz z muralami tworzyła się moja świadomość artystyczna.

Czyli to działa! Wiemy, że byt określa świadomość, i wiemy, że nasza przestrzeń nas kształtuje. Tym większą wagę należy przywiązywać do tego, w jaki sposób kształtujemy przestrzeń: żeby z kolei ona kształtowała kolejne pokolenia. Rozszerzmy więc jeszcze bardziej perspektywę tego, o czym już mówiliśmy. Jaką funkcję twoim zdaniem sztuka może pełnić w przestrzeni miejskiej? Czy tylko zdobi i sprawia, że miasto wygląda ciekawiej, czy jednak może robić coś jeszcze?

Zdobi, oczywiście, i to było potrzebne Łodzi, miastu, które naprawdę było w kiepskim stanie, gdy powstawały tu pierwsze murale – gdzieś w okolicy 2011, 2012 roku. Ale z czasem ta potrzeba się zmienia, sztuka ma wchodzić w kontekst i rozwijać miasto również w innych aspektach. Street art ma jeszcze dużo do zaoferowania na innych polach. W ostatnich czasach zaczęły powstawać instalacje, które są trochę ozdobą, a trochę też komunikatem, przekazem jakiejś myśli. Niedaleko stąd, na Narutowicza, jest taki neon „Wdech – Wydech”, który pulsuje. To jest fajne, bardzo kojące, i może służyć do znalezienia spokoju w mieście, w którym jest tyle różnych bodźców. Właśnie taka sztuka może być następnym krokiem. Sam mam pewne pomysły, ale może na razie nie będę o nich mówił, bo najpierw trzeba je zrealizować…

Szkoda by było, gdyby ktoś podkradł pomysł! Choć to nie działa tak prosto.

Gdyby zostały podkradzione, to byłbym szczęśliwy, bo chciałbym, żeby faktycznie zostały zrealizowane, i to w bardzo dużej skali. Nie musiałbym być jedynym, który to robi! Ale myślę, że tak: street art się zmienia i coraz bardziej zaczynamy myśleć o kontekście miejsca, o tym, jak oddziałuje na przestrzeń.

A czy jest coś, co chciałbyś powiedzieć, a do czego nie nawiązaliśmy do tej pory?

Jest jedna rzecz. Wiele z okien na muralu przy Diasferze ma takie wstawki, małe ornamenty. To symbole ludzi, którzy pomagali nam przy pracy. Są tam uwiecznieni.

Czyli w muralu jest ukryta zagadka?

Tak! Jest kilka symboli, które są do rozszyfrowania tylko dla nielicznych. A niektóre są do rozszyfrowania dopiero w przyszłości.

Mrugnięcie okiem, do ciebie, twoich znajomych, znajomych Maćka?

Tak, ale umieściłem tam też bliskie mi powszechnie znane symbole. Na przykład tybetański węzeł nieskończoności, który jest na samym środku, gołąbka pokoju albo węża Uroboros. Jest kilka takich rzeczy, które są dla mnie ważne albo po prostu przychodziły mi do głowy, gdy malowałem mural.

To świetny przyczynek do tego, o czym mówiliśmy, gdy rozmawialiśmy o szukaniu równowagi między zleceniem a wizją. Bo to też jest taka – może nie jakaś bardzo wielka – ale jednak przyjemna furtka, by dać coś naprawdę od siebie w komercyjnej pracy.

Tak, bo – wiadomo – trzeba to wyważyć. To w końcu improwizowanie na czymś, co nie jest zatwierdzone. Ale jest to na tyle niewinne, że myślę, że mogłem sobie na to pozwolić.

Rozmawiała Ewelina Krawczyk
Zdjęcia Dominik Kusztelak