Co wydanie LIFE IN. Łódzkie „zabawa” z felietonem zaczyna się od początku. Najpierw sobie obiecuję, że tym razem będzie inaczej, że nie przekroczę wszystkich możliwych deadlinów, nie doprowadzę Beaty (redaktor naczelna) do stanu przedzawałowego, a temat kolejnego felietonu dobrze przemyślę, wybiorę, najlepiej z wyprzedzeniem napiszę kilka różnych, a w redakcji wybiorą sobie ten, który według nich jest najciekawszy. I co numer jest to samo- chaos, pustka w głowie, ostatni kwadrans przed wysłaniem do druku rozpaczliwie spisuję wewnętrzny monolog i czekam, co będzie… Co gorsza, uzmysławiam sobie przecież, że tak było zawsze, od najwcześniejszych lat.

W szkole, jako ten „zdolny, ale leniwy”, wszystko robiłem na ostatnią chwilę, byłem mistrzem w „laniu wody”, w liceum na kilku przeczytanych ponadprogramowo książkach „jechałem” tak skutecznie, że z polskiego przyznali mi nawet indywidualny tok nauczania. No właśnie, zawsze miałem poczucie, że coś mi się udaje przez przypadek, jakby fuksem, że niewystarczająco na jakikolwiek sukces zapracowałem, przez co nigdy mnie one nie cieszyły.

Zawsze brakowało najważniejszego – powodu do dumy z samego siebie. Ostatnie lata mocno to jednak zmieniły. Co prawda w dwóch dziedzinach wciąż przegrywam sromotnie: a) felietony pisane na czas, b) dieta (nadal uważam, że nic tak nie podnosi endorfin, jak micha smażonych pyrów o trzeciej w nocy). Jednak, poza tymi porażkami, udaje mi się przechodzić przez survival, szkołę samodyscypliny i konsekwencji, czyli wytrwać we własnej firmie. Każdy mały przedsiębiorca wie, że balansowanie na granicy przetrwania to chleb powszedni.

Tak, jak bezsenne noce, monity o niezapłacone faktury i marzenie o bezpiecznym etacie i możliwości pójścia na L4. Wiem o tym dobrze od kilku lat, jednak ostatnie miesiące przeczołgały mnie bardziej niż kiedykolwiek. Nielojalny pracownik, któremu zaufałem bardziej niż powinienem, a w konsekwencji długi, doprowadziły moją Fundację na skraj przepaści.

Załamałem się …. na chwilę. A potem przestałem się nad sobą rozczulać i z moją fantastyczną ekipą zacząłem walczyć. I nie o walce chcę Wam pisać. Ale gdy jest się w przededniu czterdziestych urodzin i wreszcie człowiek sobie udowadnia, że przestał być roszczeniowym, niekonsekwentnym chłopcem, któremu wszystko udaje się mimochodem, to jest to naprawdę duża sprawa. Bo wreszcie jestem z siebie dumny. Z tego faceta, którym długo nie potrafiłem się stać.