Ile dzieli nas od szczęścia? Czasami 3971 km, a czasami jeden krok. 3971 km to odległość z Łodzi do Marrakeszu, a jeden krok to dystans, który trzeba pokonać, by robić to, co „w duszy gra”. Magdalena Wieczorek i Ewa Pankiewicz-Filipiuk spełniają swoje marzenia. Stworzyły niezwykłą, wnętrzarską markę NOMAD BUNGALOW, która korzenie ma w Maroku.

Czy to będzie opowieść o tym, jak dwie „nomadki” założyły biznes?

MAGDALENA: (śmiejąc się)… raczej o tym, jak wyruszyły w podróż. Poznawanie świata to pierwsza i największa pasja. Wnętrzarstwo było na drugim miejscu, ale przejawiało się w dekorowaniu własnego domu oraz drobnych podpowiedziach stylizacyjnych podczas remontów u przyjaciół. NOMAD BUNGALOW to jednak nie projektowanie wnętrz. To kolekcjonowanie rzeczy, które mają własną historię. Każdy element jest unikatowy, wykonany ręcznie z największą dbałością o detale. Takie przedmioty „budują” klimat domu. Sprawiają, że nabiera on niepowtarzalnego charakteru.

Kiedy więc podróż stała się sposobem na życie?

EWA: Kiedy zrozumiałyśmy, że nie tylko my zachwycamy się etnicznymi dodatkami. Modern tribal, bo tak określa się ten styl, zawojował Skandynawię, Hiszpanię, Francję, Belgię, czy Australię. To aktualnie najsilniejszy trend wnętrzarski. Biały wełniany dywan w rąby – Beni Ouarin, obecny w każdym wnętrzu „skandi”, to chyba najbardziej rozpoznawalny ambasador tego stylu. Fajne jest to, że nie trzeba urządzać całego domu w tym duchu. Czasem wystarczy jeden oryginalny dodatek. Wierzymy, że Polki też pokochają nasze kolekcje.

Maroko to kolor, a jaka jest kolekcja NOMAD BUNGALOW?

MAGDALENA: Niezmiennie wierzę, że mniej znaczy więcej. Cała kolekcja opiera się na stonowanych, wyciszonych kolorach: białym, szarym, brązowym i czarnym. Jest w niej dużo materiałów naturalnych, tj. drewno, rafia, wełna, czy bawełna. Wszystko zachwyca jakością wykonania. W Maroko sztuka rzemiosła nie zanika. I to jest piękne. Super jest widzieć, że to nie masowa produkcja. A jeszcze lepiej jest wiedzieć, że kolekcje powstają z zachowaniem zasad „fair trade” (uczciwego handlu – przyp. red.). Tu nie ma mowy o polityce wielkich koncernów. Znamy każdego z artystów, którzy wykonują nasze produkty. Wiemy, że pieniądze, które trafiają do nich
za ich pracę mają realne przełożenie na jakość życia ich rodzin. Ale to też widać. Jeśli coś jest robione z sercem, to przekłada się to na projekt, a może w dobie masowej produkcji można nawet użyć zapomnianego już słowa „rękoDZIEŁO”.

Macie swoich faworytów w kolekcji? Powiedzmy, TOP 3?

MAGDALENA: Zdziwię Cię, jeśli powiem, że uwielbiam każdy element kolekcji? OK, ale jeśli mam wybrać tylko trzy to: numer jeden to przepiękna ceramika Chabi Chic, której jesteśmy jedynym dystrybutorem na Polskę. Fantastycznie sprawdzi się w loftowych wnętrzach, przełamując industrialny charakter. Ceramika, to generalnie mój faworyt, ponieważ nic tak jak jedzenie nie łączy ludzi. W domu może nie być wielu rzeczy, ale stół, krzesła i talerze być muszą (śmiech). Zdjęcia Marie Bestide – „Marysia” jak nikt potrafi uchwycić charakter czerwonego miasta. Do tego miałam ogromną frajdę móc ją poznać i zaprzyjaźnić się z nią. Na trzecim miejscu są lampy, a właściwie wyplatane abażury i miedziane lampiony. Te lampiony to moja obsesja.

EWA: Mój faworyt na liście to dywan vintage beni – miłość od pierwszego wejrzenia. Oryginalny „Beni” z historią to inwestycja, która zyskuje na wartości z roku na rok. Ostatnie sztuki na rynku – bo tych vintage nie zostało wiele – są masowo wykupywane przez Australijczyków, Amerykanów, Belgów, Francuzów, czy Skandynawów. Numer dwa to drewniane deski i akcesoria kuchenne. Obłędny zapach drewna, unikatowe kształty. Numer trzy – zgodzę się z Magdaleną – to ceramika. Jest niezwykła, zdobiona złotem. Idealna do pierwszego domu, na prezent ślubny lub po prostu do kuchni, w której kocha się jeść i celebruje się posiłki. Dorzucam jeszcze koce pom-pom. To już cztery?

Warto postawić na własny biznes?

Nigdy nie jest zbyt daleko do naszych marzeń. Odwagi. W życiu. W biznesie. Warto wyruszyć w podróż tu i teraz. Takiego dnia, jak „jutro” nie ma przecież w kalendarzu.