Teatr nie powstaje sam z siebie – on wychodzi z rzeczywistości, z życia. Podobnie jest z każdą twórczością, która odzwierciedla naszą filozofię codziennych działań. Chodzi o pasję życia – jeśli mamy na nie apetyt, jesteśmy ciekawi każdego dnia – mówi Ewa Pilawska, dyrektor Teatru Powszechnego i dyrektor artystyczna Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych.

LIFE IN. Łódzkie: Pierwsze dni festiwalowe za nami. Pełne były emocji, tym razem nie tylko związanych z rewelacyjną sztuką „Wstyd”, która zainaugurowała Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych, ale wyjątkową nagrodą, którą Pani otrzymała. Czym jest dla Pani Srebrna Gloria Artis?

Ewa Pilawska: To niezwykle ważne być docenionym, otrzymać potwierdzenie, że idziemy w dobrym kierunku. Takie momenty są uskrzydlające. Kiedy przed wręczeniem przedstawicielka biura Wojewody odczytała, że takie samo odznaczenie otrzymali między innymi Wajda, Seweryn czy Dymna, poczułam wzruszenie, ale jednocześnie pewne skrępowanie i zawstydzenie. Brązową Glorię otrzymałam kilka lat temu i bardzo ją lubię, ta jest Srebrna z piękną błękitną wstążką w kolorze nieba. Jest w niej coś metafizycznego, boskiego. Ale to tylko symbol – dla mnie najważniejsze jest, że mogę spojrzeć wstecz i uczciwie powiedzieć, że nie „przeczekałam życia”.

Skąd wziął się pomysł, by tegoroczną edycję festiwalu dedykować teatrowi?

Z potrzeby szerszej rozmowy o teatrze.

Teatr wydawałoby się słowo oczywiste, ale czy takie na pewno jest. Co dla Pani znaczy?

Teatr jest dla mnie pewną wyspą – wyspą marzycieli. Wypełnia moją codzienność, ale się nie rutynizuje. Uważam, że teatr w ogóle powinien być nienasycony, żeby niezmiennie poszukiwać. To sztuka rozmowy z drugim człowiekiem i odwagi odkrywcy, ale jednocześnie odpowiedzialności.

Co znaczy „odwaga” we współczesnym Teatrze?

W festiwalowym „wstępniaku” postawiłam pytania, bo uważam, że taka jest rola teatru. Nie chciałabym na nie odpowiadać, bo znacznie ciekawsza jest moim zdaniem rozmowa, w której słyszymy dwie strony. I nie jest tak, że tylko jedna odpowiedź jest poprawna. Każdy z widzów wychodzi ze swoimi indywidualnymi odczuciami. Zresztą – żyjemy w świecie, kiedy dzięki Internetowi praktycznie każdy z nas może dzielić się z innymi swoimi subiektywnymi wrażeniami i przemyśleniami, również na temat teatru i obejrzanych spektakli. Każdy z nas może pisać i może być autorem własnej recenzji. I to jest fantastyczne, że mamy różne gusty, smaki, wrażliwość, to zderzanie opinii również tworzy teatr – byle byśmy się nawzajem nie ranili.

Ubiegłoroczny festiwal dedykowany był publiczności?

Jak się ona zmieniła przez te wszystkie lata? Publiczność się zmienia, ale niezmiennie stawia przed teatrem wysokie wymagania. Oczekuje uczciwej rozmowy, mistycyzmu i tajemnicy, właściwych tylko teatrowi. Z pewnością jest tak, że w festiwalu biorą udział osoby, które mają potrzebę obcowania z szerszym spectrum teatru.

Skąd czerpie Pani pomysły na festiwale. Tegoroczny jest już 26. i ani się przez te lata nie zestarzał, ani nie przestał być atrakcyjny. Zdradzi Pani przepis na sukces?

Teatr nie powstaje sam z siebie – on wychodzi z rzeczywistości, z życia. Podobnie jest z każdą twórczością, która odzwierciedla naszą filozofię codziennych działań. Chodzi o pasję życia – jeśli mamy na nie apetyt, jesteśmy ciekawi każdego dnia. Nie chcemy żyć biernie i zachowawczo – kręcą nas wszystkie zdarzenia, które każą nam wyjść poza naszą strefę komfortu. Mam naturę, która nie lubi stagnacji. Gdy wyczytuję, że gdzieś, np. w Krakowie, Warszawie czy Londynie, będzie wystawa ważnego dla mnie artysty (na przykład Hoppera, Rothko czy Modiglianiego), kupuję bilety lotnicze, które są obecnie bardzo tanie, i jadę ją obejrzeć. Takie podejście jest niezbędne, aby mieć odwagę tworzyć na przykład festiwal teatralny. Ludzie są różni, dlatego świat jest piękny. Niektórzy boją się konfrontacji z własnymi ograniczeniami – ale bez wyzwań stalibyśmy w miejscu. Ten optymizm jest niezbędny – na swojej drodze przecież często spotykamy małych ludzi, którzy chcą nam odebrać radość życia. Ale problem, który mają, nie leży w nas, ale właśnie w nich. Mam wielkie szczęście w życiu, że robię to, co mnie interesuje. Zawsze mnie „nosiło” – moi bliscy śmieją się nawet, że jest we mnie nie jedno, a wiele żyć. Może dlatego nie jestem zmęczona ani znudzona tworzeniem programu festiwalu – do każdego spektaklu podchodzę z niezmienną ciekawością. Pyta Pani o przepis – nie wiem, ja go nie znam. To wszystko dzieje się naturalnie. Gdy zamykam repertuar jednej edycji, zaczynam myśleć, co dalej. To takie poczucie oczekiwania od siebie więcej, które prowokuje do pójścia jeszcze o krok dalej.

Na koniec zapytam o kondycję nie festiwalu, ale Teatru Powszechnego, nie tak dawno robiliście Państwo coroczne podsumowanie. Co z niego wynika?

Publiczność chyba najlepiej odpowiada na Pani pytanie – mam na myśli ilość widzów, nagrody, wyróżnienia, liczbę zagranych spektakli i wpływy z biletów. To potwierdza, że właściwie wszystko nam się udało. Nie wyszło z remontem Dużej Sceny i czekamy na wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, do którego złożyliśmy skargę, bo nie zgadzamy się z oceną naszego projektu modernizacji. Nie chciałabym, żeby ten temat zdominował naszą rozmowę, ale jednocześnie nie mogę tego przemilczeć, bo obecnie przyprawia się nam „gębę”, próbując wmówić, że sobie nie poradziliśmy. Przypomnę – mieliśmy podpisaną umowę i ogłosiliśmy dwa przetargi, w których nie wyłoniliśmy wykonawcy. Ale przecież nie było naszą winą, że wszystkie oferty przerastały kwotę dofinansowania, którą dysponowaliśmy. Okoliczności były niezależne od nas – nikt nie był w stanie przewidzieć takiego wywindowania cen za usługi budowlane. Ten problem dotknął mnóstwa inwestycji w Łodzi. Chcieliśmy dopasować się do realiów i zmienić zakres projektu, szukać wykonawców, ale nam odmówiono. Z naszej wiedzy wynika, że w takich sytuacjach w Polsce umowy były aneksowane – nam kazano złożyć nowy wniosek. Miała to być formalność. Upierałam się przy aneksowaniu, bo nie wyobrażałam sobie, żeby napisać nowy wniosek o tym samym, ale innymi słowami.

Udało się aneksować umowę?

Odmówiono nam. Byliśmy zmuszeni, aby złożyć wniosek ponownie. Przygotowywał go zespół fachowców z dziedziny prawa unijnego, obsługi projektów i finansów, inżynierów, ekspertów z miasta. Kierowała nim kierownik projektu mająca w Łodzi opinię jednej z największych specjalistek w funduszach europejskich. Na jej wniosek przygotowanie „Studium Wykonalności” zleciliśmy zewnętrznej firmie, która została wyłoniona w wyniku postępowania zgodnie z obowiązującymi przepisami. Cały czas słyszeliśmy, że to formalność – przecież „bliźniaczy” wniosek został już raz oceniony pozytywnie. Finał sprawy zaskoczył wszystkich. Na ostatnim etapie oceny wniosku okazało się, że dwójka anonimowych ekspertów oceniła nasz projekt negatywnie. Zabrakło nam 4,33 punkta. W takiej sytuacji eksperci mają prawo poprosić o złożenie dodatkowych wyjaśnień. Nie zrobili tego, bo – jak usłyszeliśmy – „nie mieli wątpliwości”. Uznano między innymi, że projekt zakłada zbyt niski wzrost liczby widzów… Czy to znaczy, że mieliśmy podać fikcyjne liczby, żeby później płacić kary? Odwiedza nas w skali roku ponad 130 000 osób i niemożliwe jest, żeby ta liczba wzrosła na przykład dwukrotnie. Jak mówiłam, aktualnie trwa sprawa przed sądem. Cały problem jednak w tym, że mimo naszego protestu złożonego do Urzędu Marszałkowskiego, na ostatnim posiedzeniu poprzedniego Zarządu Województwa rzutem na taśmę zostaliśmy wykreśleni ze wszystkich planów, między innymi z listy projektów priorytetowych województwa łódzkiego. Zresztą zapraszam do zapoznania się ze szczegółowym kalendarium modernizacji, które znajduje się na stronie internetowej Teatru. Dzisiaj szereg osób (włącznie z dawnymi urzędnikami Urzędu Marszałkowskiego) dziwi się, dlaczego rozwiązaliśmy pierwszą umowę. Nie mieliśmy wyboru wobec odmowy aneksowania. Od wielu osób słyszymy, że podobno komuś bardzo zależało na zatrzymaniu modernizacji Teatru Powszechnego. Pewnie niedługo dowiemy się więcej szczegółów. Proszę wybaczyć, że zamiast rozmawiać o sztuce, opowiadam o modernizacji, ale uważam, że aby sztuka mogła się rozwijać, powinna mieć przyjazne, harmonijne warunki.

Jaka jest kondycja teatrów w Polsce?

Czy dla młodego widza teatr nadal jest atrakcyjny, czy woli on spędzać czas oglądając seriale Netflixa? Publiczność na widowniach teatralnych w Polsce jest bardzo zróżnicowana i bardzo podobna do tych w Europie. Przychodzą ludzie i dojrzali, i młodzi. Teatr zawsze zwycięża, kiedy jest dobry – niezależnie od wieku widzów. Moim zdaniem nie ma nic złego w oglądaniu seriali na Netflixie. Sama mam swoje ulubione, np. „Grace and Frankie”. Zresztą – przecież nie wszyscy muszą chodzić do teatru, nie wszyscy muszą to lubić. Fantastycznie, że ludzie odnajdują się i realizują w różnych dziedzinach. Pięknie, jeśli żyjemy z pasją.

Rozmawiała Beata Sakowska
Zdjęcia Maciej Zakrzewski