Wcześniej dokarmiał własne ego, a aktorstwo uprawiać zaczął dopiero parę lat temu. Zakompleksiony i sfrustrowany? To do niego nie pasuje, ale właśnie taki był. Długo borykał się z niskim poczuciem własnej wartości. Teraz już niczego nie musi udawać i śmiało mówi o swoich słabościach. Kamil Maćkowiak, aktor, reżyser, prezes Fundacji Kamila Maćkowiaka.

LIFE IN. Łódzkie: Jak się zaczął dzień?

Kamil Maćkowiak: Od mocnej kawy. Odkąd rok temu rzuciłem palenie, z używek pozostała mi tylko kofeina. Jest dopiero dziesiąta, a ja już piję drugą kawę. Ostatnio każdy dzień, który zaczyna się inaczej niż te przez ostatni rok, jest po prostu dobry. W końcu udało mi się wyjść z tego długotrwałego kryzysu.

Co takiego wydarzyło się przez ostatni rok?

Ten rok przeczołgał mnie chyba najbardziej w życiu. Choroba mamy i jej śmierć, na którą jak większość z nas, nie byłem gotowy. To wydarzyło się zbyt szybko. Po paru latach zakończył się też mój związek. To były dla mnie graniczne doświadczenia. Przyniósł mi za to jedną wspaniałą rzecz, której wcześniej nie doceniałem – uświadomiłem sobie, że w mojej fundacji mam wielką bazę wsparcia.

Masz ludzi, którzy zawsze ci pomogą.

Ludzi, którzy mi pomogli, bo ten rok zweryfikował także moje przyjaźnie. Funkcjonuję w dużej grupie znajomych i teraz wiem, że czasami nadużywałem słowa przyjaźń. Przekonałem się, kto jest prawdziwym przyjacielem. Kiedy przyszedł ten dół totalny – rozpadły się moje dwa światy, odeszła mama, mój związek nie przetrwał próby czasu, musiałem siebie zdefiniować od nowa i zdecydować co dalej. Wtedy przekonałem się na kogo mogę naprawdę liczyć – na dziewczyny, z którymi pracuję w fundacji. One sprawdziły się w najtrudniejszym momencie mojego życia. Byłem w stanie tylko grać spektakle, one zajęły się całą resztą i fundacja nie tylko się utrzymała, ale się rozwinęła.


Teraz wychodzisz na prostą, a czy za chwilę nie będzie gorzej? Jak wspomniałeś w jednym z felietonów obawiasz się zbliżającej czterdziestki.

Teraz jestem nieco bardziej optymistyczny, ale w ogóle mam depresyjną osobowość. I zazwyczaj widzę szklankę do połowy pustą. Nie należę do ludzi, którzy się cieszą małymi rzeczami, ja się tego z bardzo wielkim trudem uczę.

Ale coraz częściej się cieszysz tymi małymi rzeczami?

Tak. Wiele mogę sobie zarzucić, ale naprawdę nad sobą pracuję. Dziewiąty rok chodzę na terapię. Świadomie ją kontynuowałem i kontynuuję, mimo że problem, z którym tam trafiłem wiele lat temu, już jest nieaktualny. Wielu rzeczom się przyglądam i na bieżąco zmieniam.

Sam byś sobie nie poradził?

W pewnych sprawach na pewno nie. Może na ból kolana wystarczyłaby kapusta, ale lepiej skorzystać z rehabilitacji i terapia jest dla mnie jej formą, po części związaną z moim zawodem, który ewidentnie cały czas nadwyręża psychikę i po części z poczuciem własnej wartości, z którym miałem problem u punktu wyjścia.

Jak to, Kamil Maćkowiak nie wierzył w siebie?

Totalnie, ja nie znałem bardziej zakompleksionego i sfrustrowanego człowieka ode mnie.

Stąd pomysł na aktorstwo. Ale czy to się trochę nie kłóci?

Nie, wręcz przeciwnie, rozdęte ego i kompleksy się nie wykluczają. Wiem to, bo mam jedno i drugie (śmiech). Jestem facetem, który przerabia kompleks za kompleksem na każdym poziomie, a mój komunikat do świata zawsze był inny – twardego faceta. Dzięki terapii ja już niczego nie muszę udawać, mogę śmiało mówić o swoich słabościach. Wygodniej się żyje będąc szczerym, nie kumuluje się emocji.

Nawet, gdy ta szczerość może kogoś zranić?

Staram się ją czasem podawać z zastrzykiem znieczulającym. W fundacji, w pracy, jestem szczery, muszę czasem punktować błędy czy nieskuteczność. Staram się być zawodowcem i nazywać rzeczy po imieniu i dzięki temu moja ekipa wie na czym stoi. Nie kumuluję w sobie złości przez kilka miesięcy, by na końcu eksplodować. Staram się chwalić, doceniać, ale z artykułowaniem tego nadal mam problem. Uczę się menedżerowania na żywym organizmie, nie kształciłem się w tym kierunku. Jedyne co robię, to kupuję książki poradnikowe, które potem dobrze prezentują się na półce, bo jakoś nie mam ochoty na ich czytanie. Dwie półki już zapełniłem. W mojej fundacji to relacje są najważniejsze, my się przyjaźnimy, jeździmy razem na wakacje.

Ucieknijmy na chwilę od zarządzania, zostańmy przy relacjach, ale tych rodzinnych, wróćmy na chwilę do twojego dzieciństwa, tak pięknie mówisz o miłości rodziców. Dzieciństwo miałeś szczęśliwe.

Trudno powiedzieć. Wiesz, ja mam wrażenie, że się urodziłem z takim stemplem poczucia bycia nieszczęśliwym. Gdy miałem dziesięć lat napisałem swój pierwszy wiersz o życiu. Moja polonistka była przekonana, że to dzieło osoby dorosłej chorującej na depresję. Nie mam żadnych traum z dzieciństwa. Moi rodzice bardzo się kochali, ale to nie jest tak, że ja jako nastolatek miałem z nimi wspaniałe relacje. Byłem trudnym dzieckiem, jak miałem dziewięć lat zamieszkałem w internacie szkoły baletowej. Mama przyjeżdżała raz w tygodniu i próbowała mnie wychować, ale ja byłem hardy i pozornie pewny siebie, bo tę pewność dawał mi balet, dokarmiał moje ego. A tak naprawdę pewność siebie na poziomie wartości człowieka leżała i kwiczała. Brakowało mi męskich wzorców, tata – kapitan żeglugi wielkiej – rzadko bywał w domu, a balet sprawiał, że byłem gdzieś doceniony, w jednej ważnej dla mnie sferze. W aktorstwie na początku szukałem czegoś podobnego, czegoś co mnie przytuli i dowartościuje, pokaże światu, że jestem coś wart. W dużej mierze ten zawód wybierają ludzie jakoś zaburzeni, na poziomie samooceny, własnej wartości. Teraz wiem, że aktorstwo uprawiam dopiero od kilku lat, wcześniej uprawiałem dokarmianie ego Kamila Maćkowiaka.

Jeden fajny obrazek z dzieciństwa?

Mam wiele cudownych wspomnień, dzięki temu, że tata był kapitanem, zabierał w rejsy całą rodzinę. To były naprawdę cudowne chwile. Jako ośmiolatek byłem w Brazylii, Argentynie, Hiszpanii, jako jedenastolatek w Izraelu, potem w Skandynawii. Pamiętam jak dziś – któregoś razu tato przywiózł zgrzewkę coli, to wypiliśmy jej z bratem tyle, że się porzygaliśmy. Przywoził też krewetki, których wówczas nienawidziłem. Nie doceniałem tych luksusów i zawsze zazdrościłem Adamowi, koledze z klasy, kanapek z paprykarzem.

A dzisiaj pochwaliłbyś się takimi luksusami na FB? Gdzie jest granica prywatności, której nigdy nie przeskoczysz?

Dla fundacji zrobiłem z siebie produkt. Moja wrażliwość, moja twarz, moje umiejętności aktorskie czy reżyserskie są produktem fundacji i nie mam z tym żadnego problemu. Dla fundacji jestem w stanie zrobić bardzo dużo, nawet przekroczyć pewne granice, które dla mnie jako aktora wcześniej były nieprzekraczalne, ale celebrytą brylującym na ściankach nie będę, na to nie pozwoliłoby sobie moje ego. Chcę być artystą i chcę być identyfikowany ze sztuką, bardziej lub mniej ambitną, ale ze sztuką, nie z bywaniem, skandalami. Szczęśliwie, kiedy dziesięć lat temu miałem taki okres popularności, grałem w trzech serialach równolegle, to paparazzi za mną nie jeździli. Oj, parę skandali wyszłoby na jaw.

A jakie?

Przeżywałem je w tajemnicy, w zaciszach różnych domostw i niech tak pozostanie. A na FB, nigdy nie pokażę tego, co jest intymne.
Wracając do fundacji – wspomniałeś , że cały czas się rozwija, idzie w dobrym kierunku, mimo iż byłeś na zakręcie. Cały czas uczę się odpowiedzialności, dzięki temu, że stałem się menedżerem. Tej zawodowej odpowiedzialności nie miałem wcześniej jako aktor teatru. Dziś wiem, że Kamila Maćkowiaka z roku 2009, 2010, 2011 w swojej fundacji nigdy bym nie zatrudnił.

Dlaczego?

Bo nie chciałbym problemów. Nie chciałbym mieć histerycznego, nieodpowiedzialnego kolesia. Byłem niesłowny, nieprzewidywalny, musiałem manifestować swoją obecność, moje ego krzyczało. Teraz znam swoje miejsce i nie dążę do konfrontacji za wszelką cenę. Bardzo dobrze pracuje mi się na planie serialu „Przyjaciółki” z reżyserem Grzegorzem Kuczeriszką, który jest silnym samcem alfa i nie sprawia mi żadnego problemu ulokowane się w szeregu. Może dlatego się zmieniłem, bo mam swoją przestrzeń, w której się realizuję jako artysta, menedżer. I dlatego, że z tej rozhisteryzowanej, niestabilnej emocjonalnie magmy wyrósł facet, który bierze odpowiedzialność za innych. Teraz potrafię być elementem i nie muszę zawsze być na samej górze.

W jakim dalej kierunku pójdzie fundacja?

Jesteśmy na takim etapie, że w tej formule dłużej niż półtora roku nie pociągniemy. Jeśli nie uda nam się znaleźć swojego miejsca, miejsca na własną scenę, to pewnie fundacja przestanie istnieć. Żeby pójść dalej musimy stworzyć markę poza Kamilem Maćkowiakiem, markę miejsca. Pracuję z ludźmi, którzy muszą dostawać wyzwania i produkcja dwóch kameralnych spektakli w sezonie to zdecydowanie za mało. Jesteśmy gotowi na własną scenę.

A jaką masz szansę? Czego potrzebujesz?

Albo kogoś kto mi zaufa, prywatny sponsor – w co słabo wierzę, ale cuda się zdarzają – i da mi przestrzeń, w której będę mógł poprowadzić teatr, albo wydzierżawię lokal od miasta, taki, na który będzie mnie stać i tam zrobię kameralną scenę.

Myślisz, że jest przestrzeń na kolejną scenę w Łodzi?

Oczywiście, na naszą inicjatywę jest miejsce. Gramy tylko 6-7 razy w miesiącu, w miejscu, w którym wynajmujemy scenę. Zapotrzebowanie na to, co proponujemy jest zdecydowanie większe niż nasze możliwości. Bilety na spektakle szybko się rozchodzą. Niestabilność biznesowa związana z wynajmem sceny ogranicza nam możliwości rozwoju. Dostaję propozycje zrobienia czegoś w innych teatrach, ale póki mam fundację, chcę pracować na własną markę. Poza tym nie szukam etatu dyrektora, ani możliwości pracy, szukam miejsca, gdzie będziemy tworzyć autorską instytucję.

Wiem, że już czytasz następne scenariusze…

Jesienią mamy premierę, ale niewiele jeszcze mogę powiedzieć poza tym, że wyreżyseruje ją Waldemar Zawodziński, który robi z nami trzecią realizację po „Cudownej terapii” i „Wywiadzie”. Spektakl „50 słów” będzie dwuosobówką, ale nie zdradzę jeszcze kto zagra. Poza tym robię swój monodram o Klausie Kinskim.

Czemu akurat on?

To jest powrót do moich fascynacji toksycznymi i autodestrukcyjnymi geniuszami. To jest tak jak z Niżyńskim – gdy przeczytałem jego Dzienniki wiedziałem, że muszę się nim stać. Z Kinskim jest podobnie, zafascynowała mnie jego autobiografia. To był potwór z niewiarygodną historią i osobowością.

A nie obawiasz się, że ta rola wyczerpie cię tak jak „Niżyński”?

W pewnych momentach miałeś już dość? Ale to jest coś za coś. Teraz może się wydawać, że bardziej jestem aktorem komediowym niż klasycznym i to mnie bardzo cieszy, ale przez lata w Teatrze Jaracza byłem specjalistą od hardcorów, bardzo traumatycznych ról. Wierzę w widza, wierzę, że on nie tylko potrzebuje rozrywki. Lubię bawić ludzi, ale czasami mam potrzebą wejścia w inną skórę, pogrzebania w „mrocznych rejonach”. Jako aktor dotknąłem już wielu zaburzeń – alkoholizmu, narkomanii, ale seksoholika nigdy nie grałem. Z Kinskim mam tylko jeden problem – to pedofilia, którą upubliczniła jego córka. Tego wątku w spektaklu nie podejmę.

Kamil nie wierzę, że już skończyłeś z „Niżyńskim”.

To nie koniec, bo przecież została wydana płyta DVD. Nie znam żadnego innego spektaklu, który doczekałby się takiego wydawnictwa. A reanimuję go tylko wtedy, gdy będę miał własną scenę.

Co zostało w Tobie po „Niżyńskim”?

Gdyby nie „Niżyński” nie byłoby fundacji, był pierwszym dużym krokiem w niezależność zawodową, mimo że zrobiłem go mając zaledwie 25 lat. Pomysł na realizację tego monodramu wyszedł ode mnie, zająłem się też adaptacją tekstu, choreografią. „Niżyński” sprzedawał się bardzo dobrze i miał wyjątkowo entuzjastyczne opinie krytyków i to jego sukces zaważył na mojej decyzji o odejściu z Jaracza. Wielu mówiło, że to zawodowe samobójstwo, a ja wierzyłem, że widz pójdzie za mną i się udało.

Mistrz aktorski…

Teraz bardziej poszukuję mistrza ze sfery biznesu. Wierzę w to, że można w biznesie osiągnąć sukces i wcale nie trzeba iść po trupach, kosztem wyzysku ludzi. Chcę być fajnym szefem choć wymagającym, to się daje łączyć.

Czyli po zasadach obowiązujących w korporacji nie ma już śladu?

Nie ma. Ja przez parę lat miałem taką potrzebę, żeby w tej fundacji liderem był ktoś inny, ja chciałem być tylko twarzą. Dopiero od tego roku, kiedy ten potencjalny lider odszedł, ja naprawdę przejąłem odpowiedzialność. Pracuję z samymi kobietami, każda z nich doskonale wie, za co odpowiada i fundacja doskonale się rozwija.

Co ostatnio przeczytałeś?

Kończę „Codzienność w Toskanii”, to z takiego mojego nurtu książek do wanny (śmiech).

To długo siedzisz w wannie, chyba że szybko czytasz.

Długo siedzę w wannie, to taki mój rytuał dnia, nie codziennie oczywiście, ale jak wchodzę to na półtorej godziny przynajmniej. Lubię czytać, ten rok nawet się dobrze zaczął, bo zrobiłem taki plan, by czytać jedną książkę tygodniowo. Początek był dobry, potem się trochę rozeszło. Lubię biografie, autobiografie, dzienniki i literaturę dotyczącą drugiej wojny światowej, i te czytadła do wanny, gdzie w tle jest jedzenie.

Bardzo lubisz jedzenie.

To chyba widać. Najbardziej lubię wszelkiego rodzaju węglowodany, kocham ziemniaki, makarony, kasze…mógłbym jeść tylko to, ale jakoś z trenerem nie możemy wkalkulować w moją dietę dziennie 1,5 kg ziemniaków smażonych na maśle z jajkiem sadzonym. Lubię prostą kuchnię.
Lubisz gotować. Lubię i umiem, robię sobie obiady, takie szybkie, czerpię z tego przyjemność, nie traktuję tego w kategoriach wyzwania. Przedwczoraj zrobiłem galaretkę z nóżek, żeby się odstresować, wczoraj kapustę z grzybami, sałatkę z kurczaka, surówkę i to rozmawiając przez telefon. To mnie naprawdę relaksuje.

Co sprawia Ci największą przyjemność?

Teraz to wszystko jest związane z pracą – rozwój firmy, bycie liderem i głównym elementem jakiegoś przedsięwzięcia. Reżyseruję, piszę, gram, załatwiam masę innych rzeczy, wymyślam strategie, robię festiwale, realizuję się na wielu poziomach, na tylu dostaję też kopa w du…
Hardcorowe poczucie humoru… Lubię żarty po bandzie, ale muszę mieć pewność, że nikogo nimi nie urażę, lubię też żartować z siebie i strasznie przeklinam.

Co Ci to daje?

To po prostu moja ekspresja.

Rozmawiała Beata Sakowska
Zdjęcia Joanna Jaros