Marcin Maciejczak, 13-latek z Bartochowa pod Sieradzem wygrał trzecią edycję „The Voice Kids”. Nam opowiedział o wielkich marzeniach, nowych wyzwaniach i planach na przyszłość.

LIFE IN. Łódzkie: Jak się poczułeś, gdy dosłownie po chwili od momentu, kiedy zacząłeś śpiewać podczas przesłuchań w ciemno w programie „The Voice Kids”, wszystkie fotele jurorów się odwróciły?

Marcin Maciejczak: Nawet nie potrafię powiedzieć, co czułem, kiedy po pierwszych wersach piosenki odwróciły się wszystkie fotele jurorów – Cleo, Dawida Kwiatkowskiego oraz Tomsona i Barona z zespołu Afromental. Gdy wychodziłem na scenę, serce biło mi naprawdę mocno i myślałem tylko o jednym: chciałem zaśpiewać najlepiej jak potrafię utwór „I’ll Never Love Again” z repertuaru Lady Gagi. Reakcja jurorów, jak do tej pory była największym szokiem w moim życiu.

Duża konkurentów trzeba było pokonać, by dostać się do przesłuchań w ciemno?

Do programu zgłosiło się ponad dwa tysiące dzieci z całej Polski w wieku 8-15 lat. Do etapu przesłuchań w ciemno dostało się siedemdziesiąt osób.

Od razu wiedziałeś, kto ma zostać twoim trenerem?

Od początku chciałem iść do Cleo, bo wydawało mi się, że będziemy mieć wiele wspólnych tematów, ale na scenie serce podpowiadało mi, że mam iść do Dawida. I nie żałuję. Dobrze nam się wspólnie pracuje. Nawet zaprosił mnie, bym supportował jego koncert w Warszawie. To było wielkie przeżycie.

Skąd pomysł na wzięcie udziału w talent show?

Chciałem spróbować swoich sił, dlatego zgłosiłem się do programu „Mam talent”. Chociaż moje wykonanie utworu Zbigniewa Wodeckiego „Zacznij od Bacha” wzruszyło jurorów i publiczność, nie zakwalifikowałem się do finałowej czterdziestki. W ogóle mnie to nie zniechęciło i zgłosiłem się na castingi do trzeciej edycji „The Voice Kids”. I oczywiście, nie żałuję.

Kiedy zacząłeś śpiewać?

Siedem lat temu, moja babcia pojechała ze mną do Warckiego Domu Kultury i zapisała mnie na pianino, bo bardzo chciałem, ale babcia nalegała, żeby zapisać mnie jeszcze na lekcje śpiewu. Ja jej tłumaczyłem, że nie, bo nie dam rady uczyć się śpiewu i gry na pianinie. Po roku z pianina zrezygnowałem, bo uznałem, że do mnie nie pasuje i zostałem przy śpiewie.

Ćwiczysz codziennie?

Nie. Są takie dni, że w ogóle nie śpiewam, bo mam poczucie, że nie muszę. Bardzo dużo śpiewam przed koncertami, wówczas też układam sobie w głowie własną choreografię.

A piosenki do śpiewania skąd bierzesz?

To z reguły mój nauczyciel wybiera repertuar. W ogóle zaczynałem od bardzo poważnych utworów – Anny German – Człowieczy los i Tańczące Eurydyki, Edyty Gepard, Violetty Villas.

Myślałeś może, żeby tworzyć już własne utwory?

Jeszcze jest za wcześnie na to, jeszcze mam za mało doświadczenia, śpiewam głównie covery. Na kanale YouTube opublikowałem dwie własne wersje singli Billie Eilish – “When the party’s over” i “All the good girls go to hell”. Chciałbym już śpiewać swoje piosenki i sam je tworzyć, ale przede mną jeszcze sporo nauki w tym zakresie.

Jak koledzy odbierają Twoje sukcesy?

Dobrze, życzą mi powodzenia, cała klasa mnie wspiera, nikomu nie przeszkadza też mój styl, taki bardziej artystyczny. Nauczyciele też bardzo mnie wspierają.

Jakie masz marzenia?

Oczywiście związane z muzyką, marzę o własnej płycie, własnych trasach koncertowych, zespole. I te marzenia zaczynają się spełniać, mam już podpisany kontrakt z Universal Music Polska, pierwszy singiel i płytę w planach. Jestem szczęśliwy. Wystąpię też 18 lipca na Open Hair w Sieradzu, w maju mam koncerty związane z promocją funduszy europejskich. Bardzo lubię występować na scenie. Czuję się jak ryba w wodzie. Myślę o przeprowadzce do Warszawy, ale Łódź też mi się podoba, to takie artystyczne miasto.

Już wiem, że z muzyką chciałbyś związać swoją przyszłość, co jeszcze Cię interesuje?

Lubię rysować, lubię polski i historię, i lubię gotować. Moje ulubione potrawy to carbonara i naleśniki. Nawet starszej siostrze robię je czasami. W ogóle jestem taką artystyczną duszą.

Rozmawiała Beata Sakowska
Zdjęcie Paweł Keler