Na początku była pustynia. Potem Bóg stworzył Słońce, Księżyc i gwiazdy. Niewiele więcej było potrzeba temu miejscu. Poza studnią, którą w figlarnym kaprysie Stwórca ukrył głęboko i daleko. Poza zasięgiem wzroku.


Jadąc do Maroka, nie planowałam odbicia w głąb lądu w stronę pustyni. Sahara jawiła mi się jako obiekt pożądania na kolejną wyprawę. Jakiś jednak przypadek sprawił, że poddałam się impulsowi i ruszyłam w tę długą drogę z Fezu do Merzougi. Był świt pierwszego dnia Nowego Roku 2018. Jeśli doszukiwać się symboli w podróżach, to właśnie w takich momentach. Wtedy nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, jak pięknych zbiegów okoliczności doświadczam. Nie zaglądam w gwiezdne konstelacje, więc nie wiedziałam, że Księżyc, który widzę, nie jest zwykłym Księżycem i że początek Nowego Roku spędzam na oglądaniu niecodziennego kosmicznego spektaklu na niebie.

Księżyc, który przetoczył się nad moją głową 2 stycznia, był drugim z serii trzech Superksiężyców z rzędu i zarazem tym największym i najjaśniejszym, jaki tylko być może – Księżycem w perygeum, czyli w odległości najbliższej Ziemi. Nieświadomie przyjęłam jego obecność jako immanentną część saharyjskiego krajobrazu, skąd w ciszy i pustce blisko już do gwiazd. Wedle starych wierzeń zjawisko Księżyca w pełni czyni nas bardziej podekscytowanymi, nienasyconymi i pobudliwymi. Budzą się w nas wówczas potrzeby przez codzienność tłumione, przez społeczne normy wyparte.

Może to powód, dla którego z dwójką równie omamionych wilczą pełnią Hiszpanów i Marokańczykiem, który jako jedyny znał okolicę, przemierzyliśmy kilometry, wdrapując się całkowitą nocą na najwyższy wydmowy szczyt w zasięgu wzroku. Po nocnych eskapadach udałam się do berberyjskiego namiotu, gdzie we wszystkich ubraniach, jakie ze sobą miałam oraz pod czterema pledami nadal trzęsłam się z zimna. W takich wrunkach pęcherz usilnie przypomina o swoich potrzebach, aż w końcu zmusza do opuszczenia poniekąd ciepłego legowiska.

Wyszłam z namiotu dokładnie w momencie, kiedy Superksiężyc zawisł nad pustynią niczym lampa w epicentrum Wszechświata – centralnie nad moją głową i naszym obozowiskiem. Wokół nie było nikogo, tylko popiół w wygaszonym ognisku i mój wielki zachwyt. Po kilku godzinach przerywanego snu pobudka, by o wschodzie słońca dopełnić pustynnego doświadczenia. Jeśli istnieją powody, dla których warto o świecie zrywać się z łóżka, to właśnie takie.

Widok pęczniejącego na horyzoncie Słońca zawsze rekompensuje wszelkie niewygody i niewyspanie. Na grzebiecie wielbłąda weszłam w nowy dzień Nowego 2018 Roku. Na początku była pustynia. A ja wiedziałam, że gdzieś w niej ukryta jest studnia.

Agnieszka Cytacka
Autorka bloga taken from travel

– Gwiazdy są piękne, ponieważ na jednej z nich istnieje kwiat, którego nie widać.
Odpowiedziałem – Oczywiście – i w milczeniu patrzyłem na wydmy piasku w poświacie księżyca.
– Pustynia jest piękna – dorzucił.
To prawda. Zawsze kochałem pustynię. Można usiąść na wydmie. Nic nie widać. Nic nie słychać. Ale mimo to coś promieniuje w ciszy.
– Pustynię upiększa to – powiedział Mały Książę – że gdzieś w sobie kryje studnię.
Nagle ze zdziwieniem zrozumiałem to tajemnicze promieniowanie piasku. Gdy byłem małym chłopcem, mieszkałem w starym domu, do którego przywiązana była legenda o ukrytym skarbie. Oczywiście nikt skarbu nie znalazł, a może nawet nie szukał go. Lecz on rzucał czar na dom. Mój dom ukrywał w sobie tajemnicę.
– Tak – powiedziałem Małemu Księciu – to, co upiększa dom czy gwiazdy, czy pustynię, jest niewidzialne.
Antoine de Saint-Exupéry „Mały Książę”