Nie marzyłam o wielkich rolach, ani byciu aktorką, ale moje życie nauczyło mnie, że jest nieprzewidywalne, zaskakujące, pełne niespodzianek i przypadków – mówi aktorka Jowita Budnik, którą już w styczniu zobaczymy w premierowej sztuce Teatru Fundacji Kamila Maćkowiaka inaugurującej nową, łódzką scenę – Scenę Monopolis.

LIFE IN. Łódzkie: Pani Jowito jak to się stało, że zobaczymy Panią w spektaklu „Śmierć i dziewczyna”, który zainauguruje działalność nowej łódzkiej sceny – Sceny Monopolis?

Jowita Budnik: Właściwie historia jest długa, ale proszę się nie denerwować, opowiem ją w wersji nieco skróconej. Kamila Maćkowiaka, który zaprosił mnie do zagrania w tej sztuce, znam od wielu lat. Poznaliśmy się w czasach, gdy nasze relacje były jeszcze zgoła odmienne, pracowałam wówczas w agencji aktorskiej i zajmowałam się zawodowo sprawami Kamila. Potem nasze drogi się rozeszły, Kamil odszedł z agencji, później ja też zrezygnowałam z tej pracy i poświęciłam się tylko i wyłącznie aktorstwu. Dwa lata temu na zaproszenie Fundacji Kamila Maćkowiaka zagrałam swój monodram „Supermenka” w łódzkim Pasażu Róży i wówczas Kamil zaproponował, żebyśmy w Łodzi zagrali coś razem.

Długo się Pani zastanawiała nad tą propozycją?

Nie, od razu powiedziałam, że bardzo chętnie, a Kamil zaczął poszukiwać odpowiedniej sztuki. I tak się szczęśliwie złożyło, że teraz udało nam się spotkać w pracy, już nie w relacjach agent – aktor tylko jako partnerom i mamy ten zaszczyt, że otwieramy nową łódzką scenę teatralną, Scenę Monopolis. Mogę powiedzieć, że po raz kolejny jestem wielką szczęściarą. Czuję, że to będzie prawdziwe wydarzenie w Łodzi. Cieszę się bardzo.

Do szczęścia jeszcze wrócimy, ale najpierw chciałam zapytać, jak doszło do tego, że ostatecznie wystawicie spektakl „Śmierć i dziewczyna”. Z tego co wiem, początkowo braliście pod uwagę zupełnie inne sztuki.

Pierwszy tekst, który Kamil mi przysłał, to była sztuka dobra i ciekawa, ale zupełnie nie dla mnie. Nie ten rodzaj ekspresji, prowadzenia postaci i myślenia o niej. Nie chcę działać wbrew sobie, chcę grać takie rzeczy, w których wiem, że będę się dobrze czuła. Przysłał więc kolejny tekst i ten mi się spodobał, właściwie już byliśmy na niego zdecydowani, ale Kamil wciąż czuł jakiś niedosyt. Dla niego Scena Monopolis jest bardzo ważna, więc dalej szukał czegoś spektakularnego, istotnego, sztuki, która ma szansę stać się takim mocnym tytułem i w końcu padło na „Śmierć i dziewczynę”.

Dlaczego?

To sztuka, którą w takim żargonie aktorskim określa się „mięsem”, jest bardzo mocna, niesie ze sobą ogromny ładunek emocjonalny i nikogo nie pozostawia obojętnym, ani aktorów, ani widzów. To naprawdę skok na głęboką wodę i cieszę się z tego bardzo. Oczywiście moglibyśmy zagrać coś łatwego i przyjemnego, taki samograj, którego każde wykonanie byłoby strzałem w dziesiątkę. Ale cieszę się, że postawiliśmy na poważną sztukę i taką, która da nam pokazać, że Scena Monopolis będzie ważnym miejscem na łódzkiej teatralnej mapie.

Opowie nam coś Pani o postaci, którą gra. Kim jest ta dziewczyna z tytułu i czemu towarzyszy jej śmierć?

Powiem szczerze, że niechętnie. Nie lubię opowiadać zbyt wiele przed powstaniem spektaklu. W kilku słowach: moja bohaterka to osoba, która ze względu na traumatyczne przeżycia z przeszłości ciężko radzi sobie ze światem, a tak właściwie, to wcale sobie z nim nie radzi. Funkcjonuje w domu, w swojej wydawałoby się bezpiecznej przestrzeni, ale i tu nie czuje się bezpieczna. Sztuka opowiada o nocy i dniu i konfrontacji z traumatyczną przeszłością, która wyzwala w niej różne siły, z jednej strony takie niszczące, destrukcyjne, a z drugiej pozwalające jej stanąć twarzą w twarz i zmierzyć się z przeszłością. Rola wyzwanie i takie bardzo lubię.

Wspomniała Pani o tym, że nie w każdej roli czułaby się dobrze. Czy można jakoś scharakteryzować te, w których się Pani czuje najlepiej?

Jestem człowiekiem, który głównie pracuje z emocjami, dlatego dla mnie ten aspekt emocjonalny roli jest bardzo ważny, co nie oznacza, że to muszą być trudne emocje, to mogą być każde emocje. Źle się czuję w rolach, które nazwałabym umownie „intelektualnymi”, takich gdzie ich siła leży w prowadzeniu myśli, precyzji wypowiedzi, rzeczach, które są takie brane na chłodno. Może dlatego, że nie czuję się przekonana do wygłaszania mądrych tez, wzbraniam się przed takimi rolami. Oczywiście nie deklaruję tu, że nigdy się z taką postacią nie zmierzę, ale zdecydowanie trudniej mi sobie wyobrazić przyjemność z takiej pracy.

Jak się Pani współpracuje z Kamilem, Mariuszem Słupińskim i Waldemarem Zawodzińskim?

Jak zacznę mówić, że wspaniale, to wszyscy pomyślą, że Kamil jako prezes Fundacji, która mnie zaangażowała, kazał mi mówić same dobre rzeczy (śmiech), ale ja naprawdę nie mam na co narzekać. Atmosfera rewelacyjna, towarzystwo doskonałe i niezwykle profesjonalne, stresów żadnych. No to, żeby nie było tak cukierkowo, przyznam, że w ogóle mam szczęście do ludzi i szczerze mówiąc nie przypominam sobie zbyt wielu miejsc, gdzie przychodziłabym z niechęcią albo takim poczuciem, że nie ma to wielkiego sensu. Po prostu mam szczęście.

A skąd ono się wzięło?

Nie wiem, po prostu je mam i już.

Podoba się Pani Łódź? Bywała tu Pani wcześniej?

Z Łodzią, dzięki aktorstwu, związana jestem od najmłodszych lat, tu był realizowany pierwszy film, w którym zagrałam – „Kochankowie mojej mamy” w reżyserii Radosława Piwowarskiego. Później, ponieważ grałam głównie w kinie, siłą rzeczy ta Łódź była mi pisana, to były czasy, gdy filmy robiło się praktycznie zawsze w Łodzi, w Wytwórni przy ulicy Łąkowej. Potem miałam dość długą przerwę w aktorstwie, więc i do Łodzi rzadko było mi po drodze. Wróciłam, by zagrać „Supermenkę” w Pasażu Róży, później spędziłam tu miesiąc na próbach do spektaklu „Życie przecięte” przygotowanego przez Fundację Trzeci Wymiar Kultury z okazji rocznicy Marca 1968 roku. Bywałam też gościnnie ze spektaklem „Nerwica natręctw”. Jak widać, Łódź zawsze zajmowała ważne miejsce na mojej zawodowej mapie, a teraz to się tak zadomowiłam, że chadzam już nawet swoimi drogami.

Wspomniała Pani, że rozstała się z aktorstwem, czym to było spowodowane. Jako dziecko i nastolatka zagrała Pani w tylu filmach, że wszyscy byli przekonani, że po maturze będzie Pani zdawać do szkoły aktorskiej?

Tak się wszystkim wydawało, z wyjątkiem mnie. Debiutowałam, mając lat 11 i do matury grałam non stop w kinie, teatrze. Aktorską przygodę zaczynałam w Ognisku Teatralnym państwa Machulskich przy Teatrze Ochota. I jak to w moim życiu, którym w dużej mierze rządzi przypadek – trafiłam tam przypadkiem. Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych zdawałam maturę i musiałam zdecydować na jakie studia iść, w polskiej kinematografii praktycznie nic się ciekawego nie działo, jeśli w ogóle powstawały filmy – to takie typu „Psy” Władysława Pasikowskiego, w których grało 60 mężczyzn i jedna modelka. Typem modelki nie jestem i mam tego świadomość. Poza tym już wówczas, mimo młodego wieku, wiedziałam, czym grozi ten zawód. Patrzyłam na atrakcyjne aktorki, stokroć bardziej ode mnie utalentowane, jak siedzą i nic nie robią i wiedziałam, że jak tak nie chcę. Dlatego zupełnie świadomie podjęłam decyzję, że będę zdawała na Uniwersytet Warszawski i wybór padł na Instytut Nauk Społecznych.

To wszyscy musieli być bardzo zdziwieni?

I owszem, tym bardziej że mniej więcej w tamtym czasie grałam w serialu „W labiryncie” – pierwszej polskiej telenoweli, która cieszyła się niebywałą popularnością, oglądało ją 18 milionów widzów. Ale tak jak już wspomniałam byłam bardzo świadomą dziewczyną i w żaden sposób nie chciałam tej pięknej dziecięcej przygody zamieniać na frustracje wynikające z braku ról. Siedzenie i czekanie na telefon, to w ogóle nie leży w moim temperamencie, ja się do tego nie nadaję. Na dodatek uświadomiłam sobie, że skoro modelek nie zagram, zostaną mi co najwyżej salowe, uznałam, że szkoda życia i poszłam na solidny uniwersytet. Robiłam specjalizację z psychologii społecznej i przez chwilę przemknął mi nawet pomysł, bym zrobiła doktorat.

I co się takiego wydarzyło?

Dopadła mnie proza życia, trzeba było zarobić na życie i po okresie imania się rozmaitych zajęć, znalazłam pracę w agencji aktorskiej.

A jednak ciągnęło Panią do aktorstwa?

To nie tak. Nie znalazłam się tam dlatego, że chciałam być bliżej filmu i z góry zakładałam, że jak się tam dobrze ulokuję, to może mi się przydarzy kolejna rola. Znowu zdecydował zupełny przypadek. W agencji pracował mój ówczesny narzeczony i poszukiwał asystentki. I tak się tam znalazłam, a potem okazało się, że to moja wymarzona praca. Nie wiem, czy już o tym wspomniałam, ale jestem specjalistką od tego, żeby ludziom życie urządzać i w tej pracy to się doskonale sprawdzało. Trafiały mi się też sporadycznie, raz na kilka lat, jakieś małe epizody na zastępstwo albo jak ktoś inny nie chciał zagrać roli, postaci, która nie pojawi się już w dalszej części serialu. Nie marzyłam o wielkich rolach ani byciu aktorką, ale moje życie nauczyło mnie, że jest nieprzewidywalne, zaskakujące, pełne niespodzianek i przypadków.
I znowu dochodzimy do przypadku… Ten przypadek mnie absolutnie definiuje, bo nigdy w życiu bym nie wymyśliła takich scenariuszy, które napisało dla mnie życie. To jest niemożliwe, takie rzeczy się nie zdarzają.

To też przypadkiem trafiła Pani na małżeństwo państwa Krauze – Joannę i Krzysztofa?

Dokładnie tak było, choć znałam ich twórczość i bardzo ceniłam. Najpierw przypadkiem zagrałam epizod w realizowanym przez nich filmie „Dług”, bo Jurek Gudejko poprosił mnie o nagłe zastępstwo. Wolę tego nie wspominać, to było zawstydzające doświadczenie i byłam przekonana, że nasze drogi już nigdy się nie skrzyżują. Ale jak to w moim przewrotnym życiu bywa… przypadkiem znów się spotkaliśmy i Joanna z Krzysztofem prawie mnie nie znając, zaproponowali mi główną rolę w jednym z odcinków tryptyku „Wielkie rzeczy”, który właśnie nagrywali. Zagrałam w odcinku zatytułowanym „Sieć’ – to był film telewizyjny zupełnie nietypowy dla ich twórczości – lekki, łatwy, komediowy. Bardzo dobrze nam się razem pracowało i kiedy skończyliśmy zdjęcia, Joanna z Krzysztofem powiedzieli, że chcą napisać coś specjalnie dla mnie. Pięknie podziękowałam, ale ani przez sekundę nie uwierzyłam, że to prawda. To było tak abstrakcyjne, że nie miało prawa się wydarzyć, może w Hollywood, ale nie w Polsce.

A jednak się wydarzyło i powstał obsypany licznymi nagrodami „Plac Zbawiciela”?

To była moja pierwsza główna rola w filmie, świadomie budowana, więc nie mogłam przypuszczać, że tak wpłynie na moje życie. Rzeczywiście posypały się liczne nagrody, ale nawet kiedy w sobotę odebrałam Złote Lwy w Gdyni, w niedzielę wracałam do Warszawy, a w poniedziałek siedziałam już za biurkiem w agencji aktorskiej i zakładałam, że tak zostanie. Zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo wcale nie zmieniło się moje spojrzenie na zawód aktora. Wówczas byłam nadal przekonana, że swojego życia nie chcę wiązać z aktorstwem, bo to jest tak niepewny zawód.

Ale jednak podjęła Pani tę decyzję.

Niezupełnie ja, znowu głównie zdecydował przypadek. Po „Placu Zbawiciela” minęło parę lat i kiedy Joanna z Krzysztofem poszukiwali aktorki do zagrania w ich nowym filmie zatytułowanym „Papusza”, sama też się w te poszukiwania zaangażowałam. W castingu, poza prawdziwymi romskimi artystkami, wzięły udział chyba wszystkie najwybitniejsze polskie aktorki, a tu nagle reżyserzy stwierdzili, że ja muszę zagrać tę rolę, bo inaczej oni tego filmu nie robią. W głowie mi się nie mieściło jak pisana prozą, pszenno-buraczana pyza z Mazowsza może zagrać romską poetkę. Jednak ich wyobraźnia zawsze była nieograniczona i to, że nie pasowałam fizycznie do roli, w ogóle nie robiło na nich żadnego wrażenia. A skoro oni byli do tego przekonani, ja zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby przygotować się i zagrać najlepiej jak potrafiłam. I to właśnie „Papusza” była w moim życiu takim momentem przełomowym, bo trwających dziewięć miesięcy zdjęć, a później jeszcze długiego życia festiwalowego tego filmu, już nie dało się pogodzić z pracą w agencji. Ale wcale nie było tak, że nagle w euforii powiedziałam – super, to teraz nareszcie będę aktorką. Długo biłam się z myślami. Do dzisiaj mam świadomość, że to nie jest najmądrzejsza decyzja, żeby oprzeć swoje życie na tak kruchym fundamencie zawodowym, jakim jest aktorstwo. I czasem myślę – miałaś dobrą, stałą pracę, wszystko dobrze się układało, co cię podkusiło? Mądrzejsza byłaś, kiedy miałaś lat 18 niż 40. Ale stało się i teraz próbuję żyć z tego zawodu i mieć jeszcze satysfakcję.

Udaje się?

Dopóki pracuję, nie odważę się narzekać. Choć czasami ta perspektywa, że teraz nie mogę myśleć o aktorstwie wyłącznie jak o wspaniałym hobby i jestem absolutnie szczęśliwa, kiedy zagram w filmie raz na siedem lat, trochę mnie jednak przeraża.

Czuje Pani, że zostanie w tym do końca?

Pewnie, że nie. Po pierwsze dlatego, że w aktorstwie niewiele zależy ode mnie, oczywiście mogę przyjąć propozycję lub nie, ale to czy ją dostanę, nie zależy ode mnie. Mogę liczyć na to, że reżyserzy, którzy ze mną pracowali, będą chcieli wrócić albo ktoś, z kim jeszcze nie pracowałam, pomyśli, że fajnie by było się spotkać. Także tych ról, które mogą pojawiać się z upływem lat, jest hipotetycznie coraz mniej z każdą dekadą. Jestem ostatnią osobą, która by mówiła coś kategorycznie o swoim życiu, ponieważ wiem, że w moim przypadku takie plany można sobie robić, a potem i tak życie je zweryfikuje. I może na tym polega różnica między mną a prawdziwymi aktorami: że oni mówią, że sobie nie wyobrażają życia bez aktorstwa, a ja absolutnie sobie wyobrażam, niezależnie od tego jak kocham granie i jaką mi satysfakcję sprawia. A najchętniej to zostałabym rentierką. (śmiech)

Często bywa Pani na planach filmowych?

Nie tak często jak bym chciała. Nie schodzę z jednego planu i od razu trafiam na kolejny, czasami przerwa między jednym a drugim filmem trwa kilka lat i wcale nie przez to, że aż tak starannie dobieram role. Owszem staram się wybierać ciekawe rzeczy do zagrania, ale nie otrzymuję ich znowu tak dużo. Na szczęście trafiają mi się role wyjątkowe, z których jestem bardzo zadowolona.

Ale najczęściej to postacie delikatne, złamane przez życie.

Nie wiem, czemu tak jest. Może kiedy po raz pierwszy wystarczająco przekonywająco wypadłam w takiej roli, pojawiła się u twórców pokusa, żeby korzystać z moich podobnych predyspozycji. Zawsze się śmieję, że czekam na reżysera, który obsadzi mnie po warunkach – nie ma we mnie nic uległego, pokornego, nie ma osoby, po której można sobie bezkarnie „jeździć”. Czekam na kogoś, kto dojrzy tę moją stronę osobowości. Tak naprawdę mogłabym grać jakieś wredne baby, takie co to potrafią ludziom życie uprzykrzać.

Nie wierzę, pewnie zbyt krótko się znamy, bym dostrzegła w Pani „wredną babę”?

A która z dotychczasowych ról sprawiła największą przyjemność? Nie umiałabym wybrać. Mam kilka ważnych ról na swoim koncie, a każda z nich pojawiła się na zupełnie innym etapie mojego życia. Zresztą zdecydowaną większość z nich zagrałam w filmach Joanny i Krzysztofa. Każdą z nich wspominam z ogromnym sentymentem, każda była ważna i tworzyła mnie jakby na nowo. Stały się też nie tylko kamieniami milowymi w moim aktorskim dorobku, ale wielką pozazawodową przygodą życia.

Nie widać Pani na ściankach? Nie lubi Pani tego blichtru, tego błysku fleszy?

Bywam na ściankach za każdym razem, kiedy jest ku temu powód. Jeszcze mi się nie zdarzyło, żebym nie przyszła na premierę filmu, w którym grałam, czy nie uczestniczyła w promowaniu rzeczy, w których wystąpiłam. Uważam, że jest to nieodzowna część pracy, może nie moja ukochana, ale absolutnie konieczna. Nie jestem osobą, która lubi modę, stylizację, make-upy i tylko czeka, aż będzie okazja, żeby gdzieś zabłysnąć. Lubię za to bywać na festiwalach filmowych, szczególnie tych kameralnych, gdzie mam okazję się spotkać z dawno niewidzianymi znajomymi i przyjaciółmi.

Jest Pani w życiu szczęśliwa? Co daje najwięcej szczęścia?

Powiem, że bywam szczęściarą. Los obchodzi się ze mną łaskawie i jak na razie raczej mnie rozpieszcza – mam nadzieję, że potrwa to dalej.

Jak Pani lubi spędzać czas wolny?

Bardzo lubię mieć czas wolny, w zasadzie to mogłabym go mieć cały czas. (śmiech) Ponieważ bardzo wcześnie zaczęłam
pracować, był taki moment w moim życiu, kiedy mi się zdawało, że bez mojej aktywności świat się zawali, co było związane z typem pracy, jaki wykonywałam. Będąc agentką nosiłam na swoich barkach taką odpowiedzialność, że kiedy to się skończyło po 20 latach, że kiedy doświadczyłam takiego poczucia, że jakoś dalej się kręci bez mojego udziału, a ja po prostu mogę być tu i teraz i czerpać z tego przyjemność, to mnie wprawiło w taki stan, że właściwie teraz to bym najbardziej lubiła leniuchować (śmiech) i robiła tylko takie rzeczy, które sprawiają mi przyjemność. To nie są jakieś szczególne rzeczy – lubię podróżować, lubię czytać, lubię oglądać, spędzać czas w domu. Nie robię nić spektakularnego, lubię wieść taki żywot nieśpieszny.

Nie chciałaby Pani jeszcze raz zostać agentką, z taką pasją Pani o tym opowiada?

Coś jest w tym powiedzeniu o wchodzeniu po raz drugi do tej samej rzeki. Bardzo trudno by mi było teraz z wielu powodów, między innymi organizacyjnych, wrócić do takiej pracy, która pochłania mnie 24 godziny na dobę. A szczerze mówiąc, to dziś by mi się nawet trochę nie chciało – to było świetne na tamte czasy, kiedy byłam młodą osobą i nie miałam rodziny. Fantastyczna praca, która bardzo mi się podobała, ale wcale nie tęsknię do tych stresów, telefonów o piątej rano z pytaniem – dlaczego artysta nie dotarł jeszcze na plan, a ja nie wiem, bo przecież z nim nie śpię. Ale nigdy nie zakładam, ani nie wykluczam, co mi jeszcze życie przyniesie i co będę robiła za dziesięć lat.

Czy jest Pani na stałe związana z jakąś teatralną sceną?

Nie, grywam gościnnie.

Czy nadal głównie monodramy?

Na szczęście to już się zmieniło. Pierwsze dwie moje sztuki po 20 latach przerwy w teatrze, to były monodramy i wtedy – pół żartem, pół serio – pomyślałam: Aha, nikt nie chce ze mną grać. Trudno, nie to nie. Będę grała monodramy. Na szczęście to się odmieniło i każda kolejna sztuka, w którą wchodzę, a jest ich trochę w ostatnim czasie, jest kilkuosobowa.

Ma Pani bohaterkę, którą chciałaby koniecznie zagrać?

Nie. Nigdy bym nie wymarzyła bohaterek, które do tej pory zagrałam. Chciałabym grać różnorodne rzeczy. Ale nawet kolejne smutne, poturbowane przez życie kobiety, choć noszą moją twarz, zawsze się czymś różniły. A przynajmniej bardzo się starałam, żeby tak było.

Rozmawiała Beata Sakowska
Zdjęcia Izabela Urbaniak
Make-up Patrycja Jundo
Zdjęcia zralizowane w Scena Monoplis