Kiedy na przełomie wieków pokolenie wyżu demograficznego i transformacji ustrojowej wchodziło na rynek pracy, szczytem marzeń o ścieżce kariery była zakończona sukcesem rekrutacja do pracy w wielkiej, światowej korporacji. Powodowani wyobrażeniami o wadze i randze naszego uczestnictwa w globalnej organizacji wystartowaliśmy w wyścigu, którego cel był mglisty, ale w pewnym sensie ekscytujący. Zapędzeni machinalnie w tryby kombinatów nowej ery nie zadawaliśmy sobie pytań o sens nadludzkiego nierzadko wysiłku. Nie zastanawialiśmy się, co będzie potem, na końcu. Zadowolone z utrwalanych stereotypów korporacje coraz śmielej sięgały po nasz czas, umiejętności i skłonność do rezygnacji.

Rezygnacji z życia rodzinnego, a nawet z samych siebie. Zaczęły konsumować nas, a nas nauczyły konsumować to, co same wytworzyły. Dwadzieścia lat później sytuacja wygląda zgoła inaczej. Młodzi, wchodzący na rynek pracy, patrzą na korporacje mniej chętnie. Przybyło wiele pogardliwych określeń o pracy „korpoludków w mordorach”.

Era maratonu przygasa. Nikim nie powoduje już pościg za Zachodem. Dziś zaczynam się liczyć JA, moje sprawy, wizje, plany na życie oraz prywatny czas. Kwestie społeczne to tylko jeden element „korpozmiany”. Coraz prężniej z gigantami zaczynają konkurować mali gracze. Są mniej ograniczeni w działaniu, a zatem bardziej elastyczni. Szybkość decyzji i działania w połączeniu z pasją tworzenia, kreują wartość gospodarczą nieznaną korporacjom. Opierając się o wiedzę i entuzjazm najlepszych pracowników, korzystając z produktów i usług lokalnych partnerów, tworzą nowy ekosystem biznesowy. Co więcej – wielkie już dawno przestało być efektywne.

Społeczne i środowiskowe koszty funkcjonowania korporacji, wynikające z ich zorientowania głównie na dobro samych siebie, powoli zaczynają uwierać nas wszystkich. Problem zmian klimatycznych, a co za tym idzie nowe postawy społeczne, proces ten tylko przyspieszają. Powoli zaczynamy ważyć zasadność inwestowania w gigantów poprzez decyzje życiowe i zakupowe. Owszem – nadal będziemy korzystać z naszych Samsungów i iPhone’ów. Natomiast wszystko to, co pochodzi od wytwórców lokalnych będzie jedynie zyskiwać na znaczeniu. Zamiast posiłku lub kawy z sieciówki – kosztownej dla planety, a bezwartościowej dla społeczności – wybierać będziemy lokalność.

Skomplikowane i obciążające środowisko łańcuchy dostaw ustępować będą systemom prostszym. Globalne ocieplenie i idące za nim zmiany wymuszą rezygnację z dostępności wszystkiego i zewsząd. Wyższość lokalnych mikrosystemów gospodarczych wynikać będzie wprost z ich efektywności i wydajności oraz oszczędniejszego podejścia do coraz bardziej ograniczonych zasobów surowców. Korpozmiana nie oznacza, że giganci znikną. Na wielu polach uniezależnienie się od nich jest niemożliwe. Ich przyszłością jest postęp technologiczny, robotyzacja i sztuczna inteligencja.